Prawdopodobnie nie jeden raz słyszeliśmy tę piękną przypowieść Jezusa o dobrym Samarytaninie: w szkole, na lekcjach religii, niejednokrotnie na Mszy św. w czasie czytania Ewangelii. Ta sylwetka Samarytanina utrwalała się w naszej pamięci jako tego, który pomaga. I za każdym razem ta historia wzrusza, ale zarazem zastanawia, dając pytanie: jak ja bym w takiej sytuacji postąpił? Dziś wielu jest takich, którzy na różny sposób pomocy potrzebują. Wielu jest i takich, którzy dostają szansę zachowania się tak jak Samarytanin.

Znam taką historię, która …. wydarzyła się naprawdę. Było to we Francji. W jednej z rozgłośni radiowych ogłoszono ankietę i ufundowano symboliczne nagrody za najlepszy referat o miłości bliźniego. W wyznaczonym czasie uczestnicy konkursu mieli się kolejno zgłaszać do studia i wygłaszać do mikrofonu swoje dziesięciominutowe prelekcje. Zorganizowany konkurs był jednak sprytnie wymyśloną pułapką dla tych, którzy mieli wiele do powiedzenia światu na wymieniony temat: miłość bliźniego. Obok bowiem przejścia prowadzącego do rozgłośni, ułożono na ziemi człowieka, który pozorował stan omdlenia, zasłabnięcia. Okazało się, że zaledwie kilku uczestników konkursu zatrzymało się, by pospieszyć z pomocą „człowiekowi potrzebującemu pomocy”;  wszyscy inni, tej wielkiej grupy chętnych, minęli go z po pośpiechem, uważając swój referat za ważniejszy, niż konkretna pomoc bliźniemu. Referat był dla nich o wiele ważniejszy niż czyjeś życie. Oczywiście konkurs wygrali ci pierwsi, którzy okazali pomoc, przez sam fakt zainteresowania się tym człowiekiem i konkretna pomoc. Ci, którzy zrezygnowali z okazji popisu przed mikrofonem. Nie chodziło w sumie przecież o konkurs. Chodziło bardziej o realne spojrzenie na reakcję w stosunku do potrzebującego człowieka.

Wielu jest takich, którzy dostają szansę zachowania się tak jak Samarytanin.

Jest jeszcze, jedna historia. Ona też… jest prawdziwa. Wydarzyła się w Stanach Zjednoczonych. Jeden z gości bankietu, na którym spotkały się osoby pomagające ludziom, zjechał windą do podziemnego garażu-restauracji, gdzie było przyjęcie, aby stamtąd odjechać swoim samochodem. Kiedy zbliżył się do swojego auta, nagle poczuł silny ból głowy. Ktoś z tyłu uderzył go kawałkiem kija, może była to metalowa rurka. Upadł na ziemię. Nie wiadomo jak długo tam leżał, ale gdy się przebudził zobaczył, że praktycznie nie ma już samochodów. Wcześniej parking był wypełniony autami. Zdziwiony szedł przed siebie i wtedy zrozumiał, że ci wszyscy, którzy tak ofiarnie pomagali bliźnim: biznesmeni, gwiazdy show-biznesu, ludzie kultury, mediów, ludzie, którzy ofiarowują niemałe sumy pieniędzy dla potrzebujących. Ludzie, których znał, bo był jednym z nich, wtedy w ogóle nie byli zainteresowani własnymi rękami pomagać drugiemu człowiekowi. Kiedy tak myślał, obok niego przechodziło dwóch panów, którzy tego wieczoru trochę więcej niż zwykle wypili napojów wysokoprocentowych, popatrzyli na niego, wezwali karetkę, bo widzieli, że człowiek ten potrzebuje pomocy. Mimo stanu w jakim sami byli, wiedzieli, że trzeba, że należy pomóc. Marynarka oblana krwią rana z zakrzepła krwią na głowie nie robiła na nikim, na nich również, najlepszego wrażenia.

Wielu jest takich, którzy dostają szansę zachowania się tak jak Samarytanin.

Patrzymy dziś na nich: współcześni samarytanie, współcześni kapłani, współcześni lewici… Ci, którzy przechodzą obok człowieka, i go nie widzą ale tacy, którzy nie są w stanie przejść obojętnie. Chrystus daje nam dziś w Ewangelii znaki, wskazówki. Chodzi bowiem o to, że nie ważne czy jesteś bogaty, czy biedny; jakie zajmujesz stanowisko; czy masz większy, czy mniejszy status społeczny… Najważniejsze jest serce – Twoje serce, które patrzy oczami wiary i miłości na drugiego człowieka.

Dzisiejsza Ewangelia pragnie zwrócić naszą uwagę na to, jak mamy postępować. Przypowieść opowiedziana przez Pana Jezusa daje nam wskazówki i metodę opartą na trzech punktach. Punktach, które mówią nam jak mamy postępować. Metoda jak „być dobrym Samarytaninem”, jak „wykorzystać szansą zachowania się jak Samarytanin”, zawarta jest w jednym zdaniu.

Powtórzmy zatem przeczytany fragment Ewangelii. „Pewien Samarytanin, będąc w podróży, przechodził również obok niego. Gdy go zobaczył, wzruszył się głęboko: podszedł do niego i opatrzył mu rany… (Łk 10,34). Mamy zatem trzy etapy: najpierw trzeba zobaczyć, potem ulitować się i działać.

Po pierwsze: „Gdy go zobaczył…”

Pierwsze zadanie w działaniu samarytanina to dostrzeżenie czyjejś potrzeby. Wymaga to czasem nie małego wysiłku od nas samych, rozejrzenia się wokół siebie, w rodzinie, wśród najbliższych, ale także tych, którzy z nami mieszkają w klatce schodowej, bloku, sąsiednim budynku – i dostrzeżenia tych, którzy tej pomocy potrzebują naszego. Często są to osoby, które wstydzą się wyciągnąć rękę o pomoc. Tym bardziej należy im pomóc.

Po drugie: „Wzruszył się głęboko…”

Nie wystarczy samo dostrzeżenie potrzebującego pomocy. Powinno ono być podbudowane naszym głębokim przekonaniem o potrzebie pomocy drugim. Są sytuacje, w których nasze współczucie drugim nie może ograniczyć się tylko do pięknych słów. Oczekujący naszej pomocy powinien odczuć nasze wzruszenie. Nasze autentyczne poruszenie jego sytuacją w której się znalazł.

Obrazem i przykładem bliźniego, jest człowiek miłosierny. Kto to jest? Pojęcie „miłosierdzia” odsłania swe znaczenie w łacińskim brzmieniu: misericordia -miseris cor dare, czyli dać serce nieszczęśliwym. To znaczy, nie wystarczy uczynić coś dobrego, udzielić pomocy nieszczęśliwemu. Ważniejsza jest postawa, wewnętrzne nastawienie, z którego wypływa pomocne działanie. Także przypowieść zwraca na to uwagę. Co bowiem wyróżnia Samarytanina? Inni ludzie, kapłan i lewita, zobaczyli nieszczęśliwego – i go minęli. Natomiast Samarytanin zobaczył – i wzruszył się głęboko. Nieszczęśliwy człowiek poruszył jego serce, ale nie czysto sentymentalnie, uczuciem, które przemija. To było prawdziwe miłosierdzie, serdeczne poruszenie do działania, do okazania serca w potrzebie. To była miłość, która nie przemija, skoro się wcieliła – w czynnej miłości człowieka.

Po trzecie:  „Podszedł do niego i opatrzył mu rany…”

Po tych dwóch etapach wstępnych: dostrzeżeniu cierpiącego materialnie lub moralnie i naszym głębokim wzruszeniu – przechodzimy do konkretnego czynu. Przypomina to metodę wypracowaną w Ruchach młodzieżowych we Francji, która oparła się na zasadzie: widzieć – rozeznać – działać.

To nasze działanie może mieć bardzo szeroką skalę: życzliwy uśmiech, podtrzymywanie na duchu, wysłana kartka lub list, krótka wizyta. Czasem wystarczy jedynie z kimś pobyć. Można nawet nic nie mówić, tylko cierpliwie drugiego wysłuchać. Wreszcie są i takie sytuacje, że trzeba pomóc materialnie, gdy zachodzi taka potrzeba. Wzruszone i czułe serce zawsze nam podpowie, co mamy czynić w konkretnym przypadku. Wtedy będziemy mogli sobie odpowiedzieć na pytanie: „Kto jest moim bliźnim?”, które zadane  zostało przez człowieka, uczonego w Prawie; człowieka niezbyt szczerego, zadufanego w sobie, ale przede wszystkim oczytanego i znającego swój fach, tzn. prawodawstwo. I tu właśnie znajduje swoją odpowiedź: bliźni to ten, kto okazuje mi serce, miłosierdzie, kiedy jestem w potrzebie.

Często nam się wydaje, że nikogo takiego nie ma – że jesteśmy sami. Przypowieść Jezusa mówi coś zupełnie innego… Przykłady które przedstawiłem na początku też tego dowodzą. Teraz może czas na mnie…

Wielu Jest takich, którzy dostają szansę zachowania się tak Jak Samarytanin…

Łk 10,25-37

Powstał jakiś uczony w Prawie i wystawiając Go na próbę, zapytał: Nauczycielu, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne? Jezus mu odpowiedział: Co jest napisane w Prawie? Jak czytasz? On rzekł: Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całą swoją mocą i całym swoim umysłem; a swego bliźniego jak siebie samego. Jezus rzekł do niego: Dobrześ odpowiedział. To czyń, a będziesz żył.

Lecz on, chcąc się usprawiedliwić, zapytał Jezusa: A kto jest moim bliźnim? Jezus nawiązując do tego, rzekł: Pewien człowiek schodził z Jerozolimy do Jerycha i wpadł w ręce zbójców. Ci nie tylko że go obdarli, lecz jeszcze rany mu zadali i zostawiwszy na pół umarłego, odeszli.

Przypadkiem przechodził tą drogą pewien kapłan; zobaczył go i minął. Tak samo lewita, gdy przyszedł na to miejsce i zobaczył go, minął. Pewien zaś Samarytanin, będąc w podróży, przechodził również obok niego. Gdy go zobaczył, wzruszył się głęboko: podszedł do niego i opatrzył mu rany, zalewając je oliwą i winem; potem wsadził go na swoje bydlę, zawiózł do gospody i pielęgnował go.

Następnego zaś dnia wyjął dwa denary, dał gospodarzowi i rzekł: Miej o nim staranie, a jeśli co więcej wydasz, ja oddam tobie, gdy będę wracał. Któryż z tych trzech okazał się, według twego zdania, bliźnim tego, który wpadł w ręce zbójców? On odpowiedział: Ten, który mu okazał miłosierdzie. Jezus mu rzekł: Idź, i ty czyń podobnie!