Pewien kierowca dojechał do stacji benzynowej dysponującą pełną obsługę. Trzech ludzi z personelu natychmiast ruszyło do akcji. Pierwszy zaczął myć szybę, drugi sprawdził silnik, a trzeci ciśnienie w oponach. Kiedy skończyli, kierowca zapłacił za 40 litrów benzyny i odjechał. Zawrócił jednak po trzech minutach. I znów cała trójka chciała sie zająć jego samochodem. „- Trochę jestem zakłopotany, powiedział kierowca, ale muszę zapytać, czy któryś z was nalał mi benzyny?”. Obsługa popatrzyła na siebie. Okazało się, że żaden z nich nie pamiętał o zatankowaniu, w tym całym pośpiechu, każdemu z nich wyleciało z głowy to, co najważniejsze…”

To wydarzenie oddaje dobrze sytuacje, które czasami się zdarzają w codziennym życiu. Jesteśmy często tak bardzo zajęci „przeżywaniem życia”, że zapominamy dlaczego Bóg obdarzył nas tym życiem. Często wielu ludzi nie zatrzymuje się dłuższej refleksji, aby zapytać się samych siebie, czy to, co planujemy w naszym życiu, rzeczywiście jest tym, co powinniśmy z nim robić. Często choćby chwila namysłu i refleksji pozwala na radykalną przemianę życia. które przypomina podróż samochodem pod prąd. Tu od razu przypomina mi się kawał, który usłyszałem od jednego z przyjaciół. Jeden pan jechał samochodem (znów coś z motoryzacji…) i w radiu usłyszał takie słowa: -„- Uwaga, uwaga, na autostradzie nr 5 jedzie jeden kierowca pod prąd. Jedzie bardzo szybko miedzy innymi samochodami. zapewne jest zdesperowany, albo niezrównoważony psychicznie. Prosimy o zachowanie szczególnej uwagi!!!”. Na co ten kierowca mruczy do siebie samego pod nosem, patrząc na to, co dzieje się przed nim: ” – Co ten redaktor opowiada? Żaden jeden kierowca, toż to przecież całe tabuny! Wszyscy jada pod prąd!”

Potrzeba nieustannej refleksji w naszym codziennym życiu nad tym, co za nami, co obecnie się dzieje, spoglądając przy tym też w przyszłość. Warto „wczytać się” w siebie, szczególnie w swoje serce i myśli. Chrystus, stale przebywając z apostołami zwracał im uwagę na to, co powinno być dla nich najważniejsze. Mówił o krzyżu, który miał na niego przyjść. Oni go jednak nie słuchali. Woleli spierać się o to, „kto z nich jest największy”. Niezdrowe ambicje zaślepiły uczniów do tego stopnia, że zamiast zbliżać się do Jezusa, poznawać Go, oni systematycznie od niego się oddalali. Fizycznie byli blisko, ale ich duch był jakby „z dala”. Słowa, które Jezus do nich kierował przelatywały im koło uszu i znikały w oddali. Dopiero fakt realizacji słów Jezusa, których byli naocznymi świadkami: droga krzyżowa i samo już ukrzyżowanie doprowadziły do przebudzenia się ze snu w którym żyli uczniowie Jezusa.

Zobaczmy, że w naszym codziennym życiu dopiero jak spadnie na nas krzyż: utrata najbliższych, choroba, samotność, odrzucenie, ludzka niesprawiedliwość, krzywda, wtedy bardzo szybko otwierają się nam oczy. Słowa Jezusa nabierają wtedy innych barw, przeważnie czarno-białych, które są wyraźne i czytelne, a nie ubrane w „kolorowe piórka”, które rozmydlają sedno całej sprawy. Dotychczas ledwo słyszalne, teraz głośno odczuwalne w całym naszym ciele. Uczniowie Jezusa mieli swój plan, swój sposób myślenia. Był on czysto ludzki: kariera, profity, pieniądze, sława, urządzenie się, popularność, bycie w pierwszych rzędach, beztroska, „easy life”. Dlatego nie byli jeszcze na tym etapie, aby zobaczyć to Jezusowe „więcej”.

Mark Link SJ w książce „Decyzje” podaje takie słowa: „Ktoś zauważył, że uczniów Jezusa można podzielić na trzy kategorie: holowniki, żaglowce i tratwy”.

Holowniki idą za Jezusem nie tylko podczas słonecznej pogody, lecz również podczas sztormu. Idą za Nim nie tylko wtedy, gdy sprzyja im wiatr i fale, lecz również, gdy są im przeciwne. To ludzie, którzy kochają nie tylko wtedy, gdy im się to podoba, lecz zawsze, ponieważ Jezus powiedział: „Miłujcie się tak, jak Ja was umiłowałem” (J 15, 12).

Żaglowce idą za Jezusem podczas słonecznej pogody. Idą w Jego kierunku tylko wtedy, gdy sprzyja im wiatr i fale. Kiedy nadchodzi sztorm, płyną w kierunku, w którym popycha ich wiatr. Krótko mówiąc, idą bardziej za tłumem, niż za Jezusem.

Wreszcie mamy uczniów na tratwach. Właściwie można ich zaliczyć do tych którzy naśladują Jezusa i idą za Nim. Nie mają zamiaru pójść za nim nawet wtedy, gdy sprzyja im wiatr i fale. Idą w Jego kierunku tylko wtedy, gdy są popychani lub przyciągani. Postępują jak chrześcijanie nie dlatego że tego pragną, lecz dlatego, ze są do tego zmuszeni lub dlatego, ze odnoszą z tego osobiste korzyści.

Dziś warto zapytać siebie samego: Jaki rodzaj ucznia ja reprezentuje? Kiedy przychodzi sztorm, to Kogo lub czego się chwytam? Zadajmy sobie dzisiaj to pytanie i spróbujmy na nie odpowiedzieć.

Apostołowie zamiast przysłuchiwać się temu o czym mówił do nich ich Mistrz, wolą spierać się o to, który z nich jest najważniejszy, pierwszy, lepszy. Współzawodnictwo zaślepia ich do tego stopnia, że nie widzą Tego, który jest najważniejszy. Ich pycha czyni z nich ludzi bardzo słabych, bo skoncentrowanych tylko na sobie samym. Egoizm i wygoda, szukanie pierwszych miejsc i krzeseł zajmuje im więcej czasu niż wsłuchanie się w tego, który jest dla nich lekarstwem. Uczniowie są jak ten przysłowiowy „Pan Hilary” z książki Juliana Tuwima, który ma swoje okulary na nosie, a szuka ich po całym domu. Apostołowie poświęcają uwagę temu, co jest mało istotne i zbyteczne. Tracą jednocześnie to, co mają od Jezusa podane i gotowe na „tacy”.

W trakcie rekolekcji jeden z misjonarzy mówił o siedmiu grzechach głównych współczesnego człowieka. Pycha stała na pierwszym miejscu. Ilustrując przykładem jej skutki, podkreślił: – Zazwyczaj wielkie mniemanie o sobie samym, świadczy, że jest to jedyna wielka myśl tego kto je o sobie posiada.

Jezus uczy nas, że wielkość człowieka polega na służbie drugiemu. Aby tak się stało, potrzeba nam modlitwy i zaufania. Jezus mówi, że musimy stać się jak dzieci, aby jeszcze bardziej otworzyć się na otaczającą nas rzeczywistość: na siebie, drugiego człowieka i wszystkie materialne rzeczy pomocne dla naszego zbawienia. Tylko wtedy potrafimy widzieć rzeczywistość „oczami samego Boga”. Bo Bóg nie chce nam dać nowych okularów, ale nowe oczy, aby nowym spojrzeniem na rzeczywistość i na siebie samego zmieniać na lepsze to, co jest w świecie. Dlaczego?

Chcemy być „ważni” i przede wszystkim „dostrzeżeni” wśród innych ludzi. Chcemy być „zauważalni” za to kim jesteśmy i co robimy.  I nie jest to ani tylko złe, ani tylko dobre. W zależności jednak od tego jak bardzo chcemy być zauważeni i jak bardzo chcemy pochwalić się swoimi zdolnościami czy umiejętnościami to od tego zależy jak ludzie nas widzą i co o nas mówią. Ważniejsze jednak jest to, jak my się z tym czujemy i jak widzi to przede wszystkim Bóg. A jak widzi? Serce nam podpowie. Ono wie. Opinia ludzka jest przeważnie zdeformowana, bo skażony grzechem. Kiedy widzimy świat takim, jakim widzi go Bóg, wtedy idziemy właściwą drogą.

Jezus odwraca nasz sposób widzenia i funkcjonowania w rzeczywistości otaczającego nas świata. Nie ci pierwsi są dla Niego najważniejsi: mocni, wygadani, zapatrzeni w swoje bogactwa, patrzący na innych z pogardą i wyniosłością, itp., ale ci, którzy się źle mają: słabi, przelęknieni, uciśnieni, czy właśnie biedni i bezradni. Co nie oznacza, że ta pierwsza grupa jest dla Niego nieważna. Raczej chodzi mu o to, ze w naszym człowieczeństwie, każdy z nas jest równy i godny, aby nazywać go „dzieckiem bożym”. Co człowiek z tym zaproszeniem zrobi, to już inna sprawa. Ważne jest jednak to, aby nasze działanie w teraźniejszym świecie miało odniesienie do tego świata przyszłego, które my nazywamy „niebem”. Musimy mieć ciągłą świadomość odnoszenia naszego ziemskiego życia w kategoriach widzenia przed sobą nieba, życie wiecznego. Wtedy nasza perspektywa widzenia tego świata zmienia się zupełnie i nie patrzymy już tylko horyzontalnie, ale również i wertykalnie.

Olbrzymie zainteresowanie wywołała na całym świecie książka doktora Raymonda Mood’ego – „Life after life”. Człowieka bardzo interesuje problem „Życia po życiu”. Dlaczego? Cała bowiem ludzka egzystencja jest ku przyszłości. Z nią wiąże się wszystkie tęsknoty, marzenia i plany

W każdej niemal sytuacji rodzi się stłumione pytanie, co będzie potem, jakie perspektywy zawierają się w tym, czego jeszcze w tej chwili nie można powiedzieć ani odgadnąć. Czy po śmierci można się jeszcze czegoś spodziewać? Wszelka nadzieja w obliczu śmierci zda się być szaleństwem. Tylko człowiek jest zdolny do takiego szaleństwa

Tylko człowiek potrafi żyć nadzieją sięgającą poza granicę śmierci. Nadzieją, która skierowana jest na coś, co nie zależy tylko od niego.

Książka Moode’ego w swej wymowie potwierdza prawdę, że człowiek nie potrafi zrozumieć swego przeznaczenia otwartego na świat, jak tylko w łączności z życiem poza grobowym. Nie rozstrzygajmy problemu, co należy sądzić o świadectwach ludzi, którzy „wychylili się” nieco poza granicę śmierci. Chrystus zagwarantował swym autorytetem obietnicę, że kto wierzy w Niego, choćby i umarł, żyć będzie.

Wielu z nas zastanawia się co będzie potem, po naszym życiu na tej ziemi. I nie jest to nic dziwnego, bo przecież nie przyjmujemy nawet do wiadomości, że potem już nic nie będzie. I to jest dobre nie tylko dla nas, ale dla życia innych ludzi. Gorzej jednak, jeśli zaniedbujemy to teraźniejsze życie, poświęcając przyszłości i rozważaniu na jej temat całe nasze życie i czas. Tymczasem nasze życiu „tu i teraz” to przedsionek tego życia w przyszłości. Zatem teraźniejszość jest częścią przyszłości. Warto zatem nią żyć całym swoim umysłem i sercem.

Jezus dzielił się sobą z innymi ludźmi. Cieszył się, że są z Nim „tu i teraz”. Wciąż jednak mówił o tym, co będzie potem. Przygotowywał ludzi do „życia po życiu”. Życie ziemskie, które uwikłane w grzeszność tego świata, miało potem być zastąpione życiem w Bożej miłości, samym Bogiem. Aby ucieszyć się tym, co będzie, trzeba żyć w wierze, nadziei i miłości tu i teraz. Przejście z ziemi do nieba będzie wtedy dla nas o wiele łatwiejsze.

Mk 9, 30-37

Druga zapowiedź męki i wezwanie do pokory

Jezus i Jego uczniowie przemierzali Galileę, On jednak nie chciał, żeby ktoś o tym wiedział. Pouczał bowiem swoich uczniów i mówił im: «Syn Człowieczy będzie wydany w ręce ludzi. Ci Go zabiją, lecz zabity, po trzech dniach zmartwychwstanie». Oni jednak nie rozumieli tych słów, a bali się Go pytać.

Tak przyszli do Kafarnaum. Gdy był już w domu, zapytał ich: «O czym to rozprawialiście w drodze?» Lecz oni milczeli, w drodze bowiem posprzeczali się między sobą o to, kto z nich jest największy.

On usiadł, przywołał Dwunastu i rzekł do nich: «Jeśli ktoś chce być pierwszym, niech będzie ostatnim ze wszystkich i sługą wszystkich». Potem wziął dziecko, postawił je przed nimi i objąwszy je ramionami, rzekł do nich: «Kto jedno z tych dzieci przyjmuje w imię moje, Mnie przyjmuje; a kto Mnie przyjmuje, nie przyjmuje Mnie, lecz Tego, który Mnie posłał».