Kilka lat temu młody człowiek zgłosił się do katolickiej szkoły w Indiach, chcąc w niej pracować jako nauczyciel. Dyrektor zapytał go, czy jest praktykującym katolikiem. „Nie, ja jestem hindusem, ale znam bardzo dobrze katolicyzm. Ukończyłem katolickie szkoły. Jestem gotów przejść wszystkie testy potwierdzające moją przydatność do wykonywania tego zawodu” – odpowiedział kandydat na nauczyciela. Dyrektor szkoły wyjaśnił młodemu człowiekowi, że istota katolicyzmu nie należy w znajomości prawd wiary, ale życiu według nich. Wiedza powinna być wprowadzona w czyn. Nie wystarczy być słuchaczem, znawcą słowa Bożego, trzeba być „działaczem” słów Pana Boga. Liczą się bardziej czyny, niż same słowa…

Kiedy czytamy dziś fragment Ewangelii św. Mateusza z Jego 23 rozdziału (23, 1 -12) słyszymy: „Czyńcie więc i zachowujcie wszystko, co wam polecą, lecz uczynków ich nie naśladujcie”. Do uczonych w Piśmie i faryzeuszy Pan Jezus odnosi się jednocześnie z szacunkiem, jak i gniewem. Szacunek należy im się za to, że siedzą na „katedrze Mojżesza” – są największym autorytetem w interpretowaniu Prawa. Są stróżami tego Prawa. Zasługują jednak na gniew i krytykę, bo ich postępowanie nie jest zgodne z ich nauczaniem. Postępowanie wręcz zaprzecza temu co głoszą. Pan Jezus nazwał to obłudą.

Kto przekazuje Słowo Boże i je interpretuje, powinien też żyć zgodnie z tym co głosi. Tymczasem faryzeusze i uczeni w Piśmie żądali od ludzi bardzo wiele, a sami w ten sposób nie postępowali. Pan Jezus zarzuca im, że swoje uczynki spełniają tylko po to, aby przypodobać się ludziom, a przecież powinni starać się przypodobać tylko samemu Bogu. Lubili też pierwsze, zaszczytne miejsca, chcieli, by ich pozdrawiano i zwracano się do nich używając zaszczytnych tytułów. Dlatego Chrystus wzywa: „Czyńcie więc i zachowujcie wszystko, co wam polecą lecz uczynków ich nie naśladujcie”. Nie jesteśmy tak naiwni, by sądzić, że ostrzeżenie przed obłudą miało znaczenie tylko w czasach Jezusa. Odnosiły się te słowa do ludzi w ciągu całej historii Kościoła. W wielu wypadkach świętość życia, dawanie dobrego przykładu, znaczyło wiele więcej niż rozległa wiedza filozoficzna czy teologiczna. Wystarczy podać, wskazać przykład życia św. Jana Vianney’a. Był kilka razy odsuwany od święceń, ponieważ nie mógł przyswoić sobie wiedzy teologicznej. Gdy w końcu został kapłanem i rozpoczął pracę w niewielkiej parafii w Ars, zaczęły do niego ściągać tłumy, które z zapartym tchem słuchały jego prostego wykładu, ale potwierdzonego równocześnie świętością Jego życia. Trzeba było w długich kolejkach czekać na spowiedź u tego kapłana. Był drogowskazem dla wielu zabłąkanych dusz…

Drogowskazy to pożyteczny wynalazek: pokazują, którędy mamy iść, pomagają w dotarciu do celu. Bez nich zabłądzilibyśmy, zeszlibyśmy na bezdroża, zjechalibyśmy z trasy. Drogowskazy mają jednak jedną wadę: stoją na skraju dróg nieruchomo, majestatycznie i milcząco. Trzeba ich wypatrywać, by ostatecznie samemu znaleźć wskazywaną przez nie drogę. Drogowskazy są pomocne, ale lepiej jest mieć towarzysza, z którym będzie nam raźniej w obcych stronach, który razem z nami poszuka właściwej drogi, porozmawia, umili długą podróż, doda odwagi, umocni w trudnościach, pomoże zawrócić ze złej drogi.

Z drogowskazami można porównać uczonych w Piśmie i faryzeuszy z Ewangelii. „Czyńcie i zachowujcie wszystko, co wam polecą”, mówi Jezus do tłumów i swoich uczniów. Nie powinni jednak naśladować ich uczynków i postaw. Nie dbajcie tak jak oni – głosi Jezus – o wyróżniające was stroje, nie zabiegajcie o zaszczytne miejsca na ucztach, nie zajmujcie pierwszych krzeseł w synagogach, nie uzurpujcie sobie prawa do powszechnego szacunku, nie zakładajcie masek, nie bądźcie obłudni, nie wykonujcie uczynków pobożnych tylko na pokaz, nie bądźcie bezkrytyczni wobec siebie samych, nie nakładajcie na innych ciężarów nie do uniesienia i nie uważajcie, że to, co głosicie, was samych nie dotyczy. Wszyscy macie być dla siebie nawzajem braćmi, sługami, towarzyszami na drogach życia – nie tylko drogowskazami!

Oczywiście, to już z pewnością dużo, gdy człowiek może być człowiekowi drogowskazem, wskazując mu swoimi czynami, słowami i postawami właściwą drogę. Wszyscy jednak powinniśmy być dla siebie wzajemnie przede wszystkim towarzyszami drogi, którzy pomagają znosić różne obciążenia, czynią lżejszym brzemię życia. Towarzysz drogi to ktoś, z kim „przez życie lżej”. On nie spieszy się z odpowiedziami, nie narzuca gotowych rozwiązań; pomaga za to poszukać właściwej drogi, ma czas na rozmowę, uchroni przed samotnością, doda otuchy, doradzi, pomoże wstać po potknięciu czy upadku. Na tym polega służba towarzysza drogi.

Aby być dobrymi towarzyszami drogi, módlmy się dziś o dar zgodności i jedności tego co na ustach, tego co głosimy i mówimy, z tym co robimy i jak postępujemy na co dzień w naszym życiu.

Mt 23, 1-12

Jezus przemówił do tłumów i do swych uczniów tymi słowami: «Na katedrze Mojżesza zasiedli uczeni w Piśmie i faryzeusze. Czyńcie więc i zachowujcie wszystko, co wam polecą, lecz uczynków ich nie naśladujcie. Mówią bowiem, ale sami nie czynią. Wiążą ciężary wielkie i nie do uniesienia i kładą je ludziom na ramiona, lecz sami palcem ruszyć ich nie chcą.

Wszystkie swe uczynki spełniają w tym celu, żeby się ludziom pokazać. Rozszerzają swoje filakterie i wydłużają frędzle u płaszczów. Lubią zaszczytne miejsca na ucztach i pierwsze krzesła w synagogach. Chcą, by ich pozdrawiano na rynkach i żeby ludzie nazywali ich Rabbi.

A wy nie pozwalajcie nazywać się Rabbi, albowiem jeden jest wasz Nauczyciel, a wy wszyscy jesteście braćmi. Nikogo też na ziemi nie nazywajcie waszym ojcem; jeden bowiem jest Ojciec wasz, Ten w niebie. Nie chciejcie również, żeby was nazywano mistrzami, bo jeden jest tylko wasz Mistrz, Chrystus.

Największy z was niech będzie waszym sługą. Kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony».