W roku 2001 studiowałem na 4-tym roku teologii w Katowicach. Był on potrzebny do otrzymania świeceń kapłańskich. Dojeżdżałem tam z Gliwic, gdzie pracowałem i mieszkałem na jezuickiej parafii. Wsiadałem w każdy czwartek do pociągu o godz. 7:00 rano, aby dojechać na uczelnię katowickiego seminarium. W pociągu widziałem wiele twarzy, które po kilku miesiącach rozpoznawałem już bez problemów. Wiele osób ten odcinek przemierzało codziennie, jadąc do pracy czy uczelnię. Jednak te ludzkie twarze nie utkwiły w mojej pamięci tak mocno, jak twarz jednej młodej dziewczyny – narkomanki, która na Dworcu Głównym w Katowicach żebrała o pieniądze na – jak twierdziła – jedzenie.

Pamiętam dzień, kiedy pierwszy raz ją zobaczyłem. Miała w sobie bardzo dużo energii i życia. Jednak z upływem miesięcy było widać, że blask w jej oczach, energia życia coraz bardziej z niej ulatuje.Wzrok staje się mętny i bez wyrazu. Blask życia został zamieniony w przerażenie tym życiem.

Osobiście czułem się bezradny, gdy pewnego dnia zapytałem dlaczego to sobie robi? Odwróciła się ode mnie i pobiegła do następnej osoby, żebrząc tym razem i prosząc o parę groszy na bilet do Sosnowca. Mnie wmawiała, że została okradziona i to parę razy. Tych wymyślonych historyjek miała kilkanaście. Opowiadała je w zależności od tego, co akurat przyszło jej do głowy. Próby pomocy tej dziewczynie kończyły się z każdym razem jej ucieczką. Czy było jej dobrze w tej sytuacji? Chyba nie…

Kiedy wspominam tę historię wziętą z prawdziwego życia, z realnego świata, zastanawiam się nad motywem postępowania ludzi, którzy potrafią doprowadzić się do takiego stanu. Myślę, że w pewnym momencie w ich życiu pojawił się brak roztropności, a przynajmniej w początkowej fazie, taka była właśnie główna tego przyczyna.

O braku roztropności jest dziś mowa w Ewangelii św. Mateusza (25, 1-13). Oto mamy panny roztropne i nierozsądne. Jedne i drugie wiedzą, że ma przyjść Oblubieniec. Jedne potrafiły zaopatrzyć się w oliwę, drugie tego nie zrobiły. One wierzą, że gdy będzie taka potrzeba, by zaopatrzyć się w oliwę, wtedy pójdą do tych panien, co ją posiadają. One przecież im pomogą w zdobyciu oliwy – tak sobie naiwnie myślą. Jednak samo życie to weryfikuje i zostają zaskoczone zaistniałą sytuacją. Łudzą się jednak do samego końca, że ich lenistwo zostanie niezauważone i znajdzie się naiwny, który im pomoże. Ich obowiązek spadnie na kogoś innego, kto jest dobry, ale ma naiwne serce.

Bardzo podobny mechanizm działa w ludziach, którzy nadużywają czyjejś życzliwości. Dotyczy to osób, które często nawet jawnie przyznają się, że są leniwi i nic im się nie chce w życiu robić. Sam pamiętam sytuację, gdy na dworcu głównym, tym razem w moim rodzinnym mieście Wrocławiu, jeden młody chłopak siedział z dziewczyną na posadce. Mężczyzna miał przy sobie kubek i kawałek kartonu na którym widniał napis: „Jestem leniem, zbieram na piwo”. Szczerość – można powiedzieć – aż do bólu…

Jak zatem pomagać ludziom, którzy tej pomocy tak naprawdę nie potrzebują, a my sami mamy świadomość, że za chwilę zostanie wykorzystana nasza dobroć, a naiwność zbierze swój owoc. Jak pomagać ludziom, którzy twierdzą, że nie potrzebują pomocy i dobrze im jest tak, jak jest. Na ile jest to prawda? A na ile bezradność? Na ile choroba? A na ile faktyczny brak sensu w życiu?

Kiedy mój ojciec, jeszcze w latach 80-tych był zaangażowany w naszej jezuickiej parafii we Wrocławiu w grupie osób, które pomagały ludziom ubogim,chodzili oni po domach i pytali się kto potrzebuje konkretnej pomocy.Oferowali ciuchy, żywność, olej, ser, oraz małą pomoc finansową. Zasadniczo w latach 80-tych tej pomocy potrzebowała większość. Mój ojciec powiedział mi wtedy jedną rzecz, którą do dziś pielęgnuję w swoim sercu: „Mariusz, ci którzy naprawdę potrzebują pomocy, często o tę pomoc nie proszą, bo… się wstydzą. Ja sam dowiaduję się o ludziach, którzy realnie tej pomocy najbardziej potrzebują, ale od sąsiadów, kolegów, czy przyjaciół tych osób. Tak, jak np. dopiero co sąsiad z bloku obok powiedział mi, że tej pani trzeba pomóc, bo ma 5-cioro dzieci, które są w wieku od 3-10 lat. Ma co prawda męża, ale jest alkoholikiem. Nie jest w stanie wziąć odpowiedzialności nie tylko za rodzinę, ale nawet za samego siebie. Jego żona nigdy nie przyjdzie prosić o pomoc, bo wstydzi się tego jak jest w tej patologicznej rodzinie. Na jej twarzy i całym ciele widać siniaki od pobicia. Ona wstydzi, że to wyjdzie na jaw. Co powiedzą sąsiedzi – mówi i ukrywa rodzinną „tajemnicę” przed całym światem. Cierpi, ale nic nie jest w stanie zrobić. Wpadła w koło bez wyjścia. Wszyscy o tym wiemy, a ona nadal łudzi się, że ta rodzinna „tajemnica” pozostaje tylko w czterech ścianach jej zdewastowanego mieszkania, gdzie panuje smród, chłód i ubóstwo.Pomagać zatem, czy nie?

Jest takie wstrząsające i jednocześnie zabawne opowiadanie o ludziach, którzy żyją wciąż czyimś kosztem, na czyimś garnuszku. „Kochanie” – powiedziała żona – „Wstydzę się naszego sposobu życia. Ojciec płaci czynsz za dom, brat przysyła nam z wioski jedzenie i pieniądze na ubrania, wujek zaś płaci nasze rachunki za wodę i elektryczność, a nasi przyjaciele zaopatrują nas w bilety to kina i teatru. Naprawdę nie skarżę się, ale uważam, że możemy lepiej sobie radzić”. – „Oczywiście, że tak – odpowiedział mąż. – „Ostatnio też o tym myślałem. Masz brata i dwóch innych wujków, którzy nie przysyłają nam ani centa. Może z nimi mogłabyś pogadać…”

Panny roztropne nie pomogły. Powiedziały: „Nie!”, żeby „nam i wam nie zabrakło, idźcie raczej do sprzedających i kupcie sobie”. Pojawia się zatem proste pytanie, czy zatem pomagać ludziom potrzebującym: narkomanom, alkoholikom, osobom uzależnionym? „Nabywaj mądrości, bo lepsza nad złoto i staraj się o roztropność, bo lepsze nad srebro” – mówi powiedzenie.

Tak, pomagać, ale bardzo rozsądnie. Dlatego na pewno nie dając pieniędzy, które mogą tylko pogorszyć stan w jakim dana osoba się znajduje. Bo przez swój nałóg nie myśli ona rozsądnie, gdyż uzależnienie jest silniejsze od wolnej woli. Lepiej raczej wspomóc organizacje, które tej pomocy w sposób fachowy i profesjonalny mogą udzielić. Na tym polega ludzka mądrość i rozsądek.

Fragment Ewangelii św. Mateusza (25, 1-13) uczy nas dziś rozsądku w naszym postępowaniu, zwłaszcza przy udzielaniu pomocy bliźniemu. Ważne jest, aby nasz rozsądek górował nad lenistwem, a naszym postępowaniem kierowała miłość. Roztropność to cnota ze wszystkich najbardziej dla człowieka użyteczna, ale ludzkie uczucia, sprawiedliwość, szczodrość i obywatelska postawa to przymioty najbardziej użyteczne dla innych.

Mt 25, 1-13

Jezus opowiedział swoim uczniom tę przypowieść:

«Podobne będzie królestwo niebieskie do dziesięciu panien, które wzięły swoje lampy i wyszły na spotkanie pana młodego. Pięć z nich było nierozsądnych, a pięć roztropnych. Nierozsądne wzięły lampy, ale nie wzięły z sobą oliwy. Roztropne zaś razem z lampami zabrały również oliwę w swoich naczyniach. Gdy się pan młody opóźniał, senność ogarnęła wszystkie i posnęły.

Lecz o północy rozległo się wołanie: „Oto pan młody idzie, wyjdźcie mu na spotkanie!” Wtedy powstały wszystkie owe panny i opatrzyły swe lampy. A nierozsądne rzekły do roztropnych: „Użyczcie nam swej oliwy, bo nasze lampy gasną”. Odpowiedziały roztropne: „Mogłoby i nam, i wam nie wystarczyć. Idźcie raczej do sprzedających i kupcie sobie”.

Gdy one szły kupić, nadszedł pan młody. Te, które były gotowe, weszły z nim na ucztę weselną, i drzwi zamknięto. Nadchodzą w końcu i pozostałe panny, prosząc: „Panie, panie, otwórz nam!” Lecz on odpowiedział: „Zaprawdę, powiadam wam, nie znam was”.

Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny».