Ciężko i trudno jest mówić o śmierci, bowiem ze śmiercią bardzo często łączy się ból i rozgoryczenie, wspomnienia po osobie, która odeszła. Może też i dlatego Chrystus w bardzo spektakularny sposób przedstawił nam wizję końca świata, aby poruszyć naszą wyobraźnię, nasze serca, nasze myśli. Wszystko po to, aby temat końca naszego życia nie był nam obojętny. W życiu musimy w sumie tylko dwie rzeczy: urodzić się, jeść, mieć dach nad głowa, spać i umrzeć. Reszta powinna być wdzięcznością i radością za dar życia, które od Boga pochodzi. On wie wszystko, tak więc nie ma co się zamartwiać za wiele.

Żył sobie kiedyś biedny drwal. Mieszkał pod lasem w małej ubogiej chatce, zarabiał niewiele, ale był zadowolony z tego, co posiadał. Promieniował szczęściem i cały dom wieczorem trząsł się od śmiechu i śpiewu. Chętnie też przychodzili inni, aby cieszyć się ich naturalną radością.

To właśnie denerwowało króla, który codziennie wracając z polowania, musiał przechodzić koło rozśpiewanej chaty. – Z czegóż taki wyrobnik może się tak śmiać? – pytał z przekąsem monarcha. I zaraz następnego dnia posłał gońca z rozkazem: Pan i władca życzy sobie, abyś jeszcze przed północą dostarczył na zamek pięćdziesiąt worków trocin; w przeciwnym razie zginiesz ty i cała twoja rodzina.

Drwal zmarkotniał, bo wiedział, żę nie sposób w ciągu tak krótkiego czasu „zorganizować” taką masę trocin. Po krótkiej naradzie z żoną postanowili jednak, że spędzą i ten ostatni wieczór (bo śmierć pewna) tak samo w gronie dzieci i przyjaciół: właśnie w imię zasady, iż trzeba umierać tak, jak się żyło.

I tak też nastał ten wieczorny czas: znowu zeszło się mnóstwo gości – było pięknie i serdecznie. Przed północą wszyscy powrócili do swoich domów. Drwal z żoną zostali sami, dzieci poszły spać. O północy pocieszają się wzajemnie: lepiej umrzeć szczęśliwie i w pokoju, niż żyć w strachu i w niewoli.

W tym momencie słychać właśnie kołatanie do drzwi. Ociągając się, wstał mąż, aby wpuścić oczekiwanych katów. Na dworze stał jednak tylko jeden urzędnik. Zmieszany wszedł do środka i suchym głosem zakomenderował: – „Przygotuj sześć desek na trumnę… król umarł niespodziewanie… przed chwilą”.

James Feehan pisze tak: „Życie każdego z nas jest opowieścią; opowieścią jedyną w swoim rodzaju. To opowieść o radościach i smutkach, o nadziejach i rozczarowaniach, o sukcesach i porażkach o chwilach przyjemnych i pełnych bólu. Historię mojego życia zakończy śmierć, czyż nie tak? Każda śmierć jest wyjątkowa, każde uczucie straty jest wyjątkowe, każda żałoba jest wyjątkowa, bo historia każdego z nas jest jedyna i niepowtarzalna”. Tyle autor tekstu…

Ponad 15 lat temu, brałem udział w pogrzebie w Stanach Zjednoczonych. Poproszono mnie, abym poprowadził modlitwę w domu pogrzebowym. Wśród wielu obecnych osób, które żegnały zmarłego była żona zmarłego, dwie córki i syn. Wszędzie rozłożone kwiaty w wazonach przypominały o wielkiej miłości do zmarłego męża i ojca dzieci. Byli tez przyjaciele, łzy, ale tez i tablica na której przypięte były kolorowe zdjęcia na których zmarły był przedstawiony w różnych sytuacjach za życia: w pracy, na wakacjach z rodziną, z przyjaciółmi na wspólnym przyjęciu, z wycieczki. Zdjęć było około trzydziestu.

Wśród nich było jedno, które przyciągnęło moją uwagę. Było o zdjęcie (jedyne takie!!!), gdzie zmarły był na ujęciu sam. Patrzył prosto w obiektyw i osobę, która robiła to zdjęcie. Był uśmiechnięty, pełen radości, w oczach było widać, że jest szczęśliwym człowiekiem. W rękach miał… dwie walizki. Zapewne wrócił z dalekiej podróży, albo wręcz odwrotnie, właśnie w nia się wybierał.

Pamiętam, że od razy, kiedy zobaczyłem to zdjęcie, to pomyślałem sobie i powiedziałem potem to na głos w czasie krótkiego przemówienia na koniec, , że oto „dziś wybiera się w ostatnią podróż swojego ziemskiego życia”. Co prawda bez walizek, bo mu nie będą już potrzebne, ale za to z ogromnym bagażem doświadczeń i miłości, którą ofiarował swoim najbliższym i której sam doświadczył przez całe swoje ziemskie życie.

Przez całe nasze ziemskie życie, każdy z nas zbiera bagaż doświadczeń. Często to od nas zależy, czy ten bagaż i jego waga jest ciężka czy lekka. Często to od nas zależy, tzn. od naszych decyzji, czy mądrze i pięknie przeżyjemy ten czas dany nam tu na ziemi.

Kiedyś, młody człowiek dawno temu mi powiedział, że chrześcijanie to smutasy, wciąż tylko myślą i mówią o grzechu, piekle, o śmierci. Dołują siebie i tym gadaniem próbują zdołować też innych. Po co? Życie jest piękne, radosne, trzeba stawiać na optymizm. Przytaknąłem mu odruchowo, jakby instynktownie. Kilka miesięcy później spotkaliśmy się i podjęliśmy rozmowę od nowa. Okazało się, że kilka dni wcześniej zmarła jego mama. Chciał usłyszeć o śmierci. Chciał wiedzieć co będzie po śmierci. Jego patrzenie na to doczesne życie zmieniło się diametralnie, jakby o 180 stopni. Świat obrócił się dookoła osi. To, co białe, zaczęło być czarne i odwrotnie. Świat nie był już tak kolorowy. Zrozumiał, że nie chodzi o dołowanie siebie i innych, ale raczej realne spojrzenie na siebie samego w perspektywie wieczności.

Tę perspektywę można odkrywać tylko z Chrystusem. To On dziś do nas mówi przez Ewangelistę Marka (13, 24-32): „Niebo i ziemia przeminą, ale słowa moje nie przeminą”. Każdego z nas czeka koniec. Ktoś kiedyś mądrze powiedział: „Nasze walizki powinny być zawsze spakowane, a my gotowi do podróży”.

Kiedy wielki hiszpański pisarz, Lope de Vega leżał na łożu śmierci, czyniąc rachunek sumienia ze swojego życia, jego lekarz pocieszał go: – „Pan może umierać szczęśliwy. Odniósł pan wiele sukcesów. Oczarował pan ludzi więcej niż tysiącem sztuk. Ludzie oklaskiwali pana. Świat o panu nigdy nie zapomni”. – „Panie doktorze – powiedział umierający – na łożu śmierci widzę wszystko inaczej. Przed Bogiem wielki jest tylko ten, kto ma dobre serce. Oddałbym dziś wszelkie oklaski jakie w życiu otrzymałem, za to, bym mógł zrobić jeden dobry uczynek więcej”.

Jan Kiepura (1902-1966), wybitny śpiewak estradowy i operowy, ma grób na warszawskich Powązkach, a na grobie taki napis:

„Gdy człowiek umiera,
Nie pozostaje po nim na tej ziemi nic,
Oprócz dobra, które uczynił innym”.

Ksiądz Ryszard Koper napisał w swojej książce „Ku wolności” o tym, jak znalazł w księgarni książkę pt: „Death and dying” (dr Kubler-Ross), gdzie mowa jest o etapach reakcji człowieka na świadomość nieuchronnie zbliżającej się śmierci.

Świadomość śmierci przeradza się w bunt i gniew, bunt się wyczerpuje i umierający stara się zawrzeć układ z Bogiem; jeśli wyzdrowieje, to odpłaci się dobrem. Ten etap przechodzi w depresję, następnie umierający godzi się ze swoim losem i w Bogu szuka nadziei. W tym ostatnim etapie, człowiek analizując swoje życie uświadamia sobie, co był najważniejsze w jego życiu. Auto pisze: „W ostatecznych analizach widza oni, że tylko dwie rzeczy są najważniejsze: dobro, jakie wyświadczyliśmy innemu, i miłość. Wszystkie inne rzeczy, które uważamy za ważne, jak słowa, pieniądze, prestiż, i siła, są już nieważne”.

Poeta chiński Li Tai-po umierając, kazał umieścić na swoim nagrobku następujący napis: „Umarł, ponieważ był potrzebny Bogu na tamtym świecie”. Te odczucia pokrywają się z nauczaniem Jezusa o miłości, która wyraża się w służbie Bogu i ludziom. Jest to często droga przez mękę, droga  krzyżowa za życia, pełna poświeceń i łez.

Ostatnie chwile życia słynnego kaznodziei, dominikanina Jana Baptysty Lacordaire (1802 – 1861) urastają do rangi symbolu. Z wykształcenia prawnik leżał nieprzytomny na łożu śmierci. Majaczył. Czuwający przy nim brat zakonny usłyszał, jak misjonarz wychodzi w malignie na ambonę i głosi kazania.

Wreszcie Lacordaire obudził się i spokojnie zapytał:- Bracie, podaj mi misyjny krzyż, podaj mi, umieram.- Ojcu nie wolno umierać – brat na to – wszystkie ambony Francji czekają na ojca.- Bracie, podaj mi krzyż. Umieram – powtórzył prośbę misjonarz.

Wziął w ręce podany mu krzyż i wpatrzony w niego powtarzał:- Panie otwórz mi, Panie otwórz mi…Głowa zakonnika opadła bezwładnie na poduszkę. Nie żył. Krzyż był mu kluczem do nieba.

Z miłości będziemy sądzeni, a zatem ona, to miłość powinna dawać nam radość codziennego życia. O taką miłość módlmy się każdego dnia.

Bał się śmierci. Jak każdy z nas. Bał się rozstania z tym co ukochał. Od kilku miesięcy wiedział, że umrze. Rak. Zostawił w pamięci przyjaciół i najbliższych 25 lat swojego życia. I modlitwę, która towarzyszyła mu w cierpieniu:

„Który jesteś nade mną i we mnie. Dałeś mi ból i gorycz – wplotłeś bezsiłę w oddech i w krok każdy. Dałeś mi tęsknotę za niewiadomym, którą żyję i którą umieram. Naznaczyłeś mnie śmiercią, co jak cień towarzyszy i dziś, i jutro, i do końca. Lękam się Ciebie, który jesteś Ostateczny, i kocham Ciebie, który jesteś Miłości. Daj, abym mógł zawsze patrzeć spokojnie w Twe niebo białe od chmur i migotliwe od gwiazd. Daj proste drogi stopom i odważny rytm sercu. Daj, aby ostatnie moje spojrzenie bez trwogi spoczęło w Twoim”.

Mk 13, 24-32

Sąd ostateczny

Jezus powiedział do swoich uczniów:

«W owe dni, po wielkim ucisku, „słońce się zaćmi i księżyc nie da swego blasku. Gwiazdy będą spadać z nieba i moce na niebie” zostaną wstrząśnięte.

Wówczas ujrzą Syna Człowieczego, przychodzącego w obłokach z wielką mocą i chwałą. Wtedy pośle On aniołów i „zgromadzi swoich wybranych z czterech stron świata, od krańca ziemi po kraniec nieba”.

A od figowca uczcie się przez podobieństwo. Kiedy już jego gałąź nabrzmiewa sokami i wypuszcza liście, poznajecie, że blisko jest lato. Tak i wy, gdy ujrzycie te wydarzenia, wiedzcie, że to blisko jest, u drzwi.

Zaprawdę, powiadam wam: Nie przeminie to pokolenie, aż się to wszystko stanie. Niebo i ziemia przeminą, ale słowa moje nie przeminą. Lecz o dniu owym lub godzinie nikt nie wie, ani aniołowie w niebie, ani Syn, tylko Ojciec».