Małżeństwo psychologów odpoczywało na wakacjach nad brzegiem basenu. Nagle jak spod ziemi wyrosła przed nimi dziewczynka. Powiedziała, że ma na imię Jessica i ma siedem lat. Mężczyzna miał zwyczaj zadawać trudne, zmierzające do sedna pytania. Spojrzał na rezolutnie wyglądającą dziewczynkę i rzucił od niechcenia: – O co chodzi w życiu? Jessica zastanowiła się chwilę i odparła: – Żeby być dobrym i kochać, służyć pomocą innym i zmieniać świat na lepszy niż ten, który zastaliśmy. Zaskoczeni małżonkowie aż usiedli. Spytali dziewczynkę, skąd wie takie rzeczy. – Rodzice ci powiedzieli? – Nie – odpowiedziała Jessica. – Dowiedziałaś się w szkole? – Nie. – A może w kościele? – Nie. – No to gdzie się tego nauczyłaś? – Po prostu wiedziałam, zanim jeszcze tu przyszłam…

Patrząc wstecz na nasze życie, przypomnijmy sobie, jak wiele wiedzieliśmy jako dzieci – ile wiedzieliśmy o prawdzie i uczciwości? Ile z tego zdążyliśmy zapomnieć lub zaniedbać? Ile poświeciliśmy z obawy, z rozpaczliwej chęci dostosowania się do społeczeństwa, narażając tym samym własną integralność?

Ilustruje to doskonale… Aleksander Sołżenicyn pisze w swojej książce Archipelag Gułag: „W podmoskiewskim miasteczku odbywał się wiec polityczny. Na podium zasiadły najważniejsze osobistości miasta. Między ludźmi na sali siedzieli jak zwykle funkcjonariusze bezpieki ubrani po cywilnemu. Było wiele przemówień. Punktem kulminacyjnym był referat ku czci Stalina, wielkiego wodza Rosji. Ledwo mówca skończył, wszyscy wstali i zaczęli klaskać entuzjastycznie. Klaskano, klaskano i klaskano… Każdy wiedział, że tajniacy z Moskwy obserwują bacznie, kto pierwszy przestanie klaskać. Nikt jednak nie przestawał. Sześć minut, siedem, osiem minut. Starszym ludziom serca łomotały od głośnych oklasków, ale wszyscy bali się przerwać. Dziewięć, dziesięć minut. Teraz każdy był już przerażony: kiedy to się skończy? Jedenaście minut. Dyrektorowi fabryki papieru, stojącemu na podium, wydało się, że już dość tej błazenady. Był odważnym człowiekiem. Przestał klaskać i usiadł. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki na sali zapanowała cisza. Można było przestać. Wszyscy zostali wybawieni. Tydzień później dyrektora aresztowano. Oskarżenie brzmiało: złe zarządzanie. Został skazany na dziesięć lat więzienia. Na końcu rozprawy sędzia rzucił mimochodem: – Następnym razem uważajcie, by nie przestać za wcześniej bić braw Stalinowi”.

Naturalnie nie tylko komuniści mają swoich bożków! Także my mamy swoich idoli: jedni samochody, inni filmy, ubrania, pieniądze, a także bardziej ukryte bóstwa – przyjemności, władzę, sukces. W ten sposób przebiegając (przelatując) przez drogę naszego życia, tracimy powoli poczucie prawdy o Bogu i człowieku, o świecie, a wraz z nimi: smak życia. A Chrystus powiedział: jeśli chcesz żyć w pełni, weź swój codzienny krzyż i mnie naśladuj, bo ja jestem Drogą, Prawdą i Życiem. Co znaczy: żyć w pełni?!?…

Naszemu życiu towarzyszy zazwyczaj pośpiech i niepokój. Martwimy się prawie o wszystko. Żyjemy bardziej niż kiedyś poza domem. Od pobudki, wczesnym rankiem, szybkim krokiem rozpoczynamy gonitwę z czasem. W pośpiechu realizujemy (często tylko zaliczamy) zadania wyznaczone nam przez los, które pośpiesznie w głowie poukładamy sobie dnia poprzedniego. Wędrówka przez drogi tego świata przypomina często maraton, do którego jesteśmy zupełnie nie przygotowani. Zmęczenie odczuwalne jest już na progu tej gonitwy… Dlaczego?

Z pewnością dzieje się tak min. przez to, że każdy z nas, przychodząc na świat, przynosi zarodek ciekawości, pasję poznania, radość i niepokój działania, które same w sobie są elementem twórczym. Jednakże dzisiejsza niespokojna ruchliwość (wręcz przymus ruchliwości), którą powszechnie przeżywamy, nie jest już tylko wynikiem wewnętrznej potrzeby. W wielu wypadkach jest ona wymuszona przez okoliczności życia. Czy to oznacza: życie w pełni człowieczeństwa? Chyba nie…

Nadmierna ruchliwość pozbawiła wielu z nas możności refleksji nad samym sobą; zabiera ona nieustannie czas. Nie stać nas – ludzi – na to, aby zapytać samych siebie, czy jesteśmy panami samych siebie, czy staliśmy się po prostu: „popychadłami”? Czy nie zmieniliśmy słowa „chcę” na „muszę”? Łatwo – moi drodzy – przejść od postawy „chcieć” do …. „zachcieć”… a są to jakże skrajnie dwie różne postawy w naszym życiu. Czy nie zmieniliśmy postawy wolnego człowieka, na postawę spętanego pół niewolnika i kierowani jesteśmy przez cudze myśli i inicjatywy?

Thomas Merton powiedział kiedyś: „Ludzie, którzy nie wiedzą, że po tym życiu następuje inne życie, albo którzy nie mogą zdobyć się na to, by żyć w czasie jako istoty przeznaczone do spędzenia wieczności w Bogu, zwalczają owocne milczenie własnej duszy nieustannym hałasem. Nawet gdy ich języki spoczywają, umysły trajkoczą bez końca i sensu albo pogrążają się w ochronnym hałasie maszyn, zgiełku ulicznego lub radia. Gdy ich własny hałas się wyczerpał, szukają ucieczki w hałasie wytworzonym przez innych.

Tymczasem, chrześcijanin jest powołany, by żyć w pełni życiem, aby kąpać się w świetle, rzucać się w objęcia krzyża, a nie wegetować. Tymczasem nasze życie jest często zgaszone, inteligencja przyćmiona, wola niezdecydowana, bo wychowani w tym świecie jesteśmy przyzwyczajeni żyć sobie własnym życiem, co jest zupełnym przeciwieństwem życia chrześcijańskiego (Chiara Lubich).

„Od pierwszego uderzenia serca, od pierwszego oddechu, przez całe życie idziemy ku Bogu. W tym celu zostaliśmy stworzeni (św. Augustyn). Chrystusowe „Ja jestem Drogą” nadaje sens naszemu życiu. W Nim bowiem idąc przez Drogę naszego życia, powinniśmy odnajdywać Prawdę o Bogu i człowieku, a tym samy mieć pełnię Życia.

J 14, 1-12

Jezus powiedział do swoich uczniów: „Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie. W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce. A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem. Znacie drogę, dokąd Ja idę”.

Odezwał się do Niego Tomasz: „Panie, nie wiemy, dokąd idziesz. Jak więc możemy znać drogę?” Odpowiedział mu Jezus: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej, jak tylko przeze Mnie. Gdybyście Mnie poznali, znalibyście i mojego Ojca. Ale teraz już Go znacie i zobaczyliście”.

Rzekł do Niego Filip: „Panie, pokaż nam Ojca, a to nam wystarczy”. Odpowiedział mu Jezus: „Filipie, tak długo jestem z wami, a jeszcze Mnie nie poznałeś? Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca. Dlaczego więc mówisz: Pokaż nam Ojca? Czy nie wierzysz, że Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we Mnie? Słów tych, które wam mówię, nie wypowiadam od siebie. Ojciec, który trwa we Mnie, On sam dokonuje tych dzieł. Wierzcie Mi, że Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we Mnie. Jeżeli zaś nie, wierzcie przynajmniej ze względu na same dzieła.

Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Kto we Mnie wierzy, będzie także dokonywał tych dzieł, których Ja dokonuję, owszem i większe od tych uczyni, bo Ja idę do Ojca”.