Zesłanie Ducha Świętego, Uroczystość Trójcy Przenajświętszej – wielkie Tajemnice naszej wiary. Dziś kolejna dla nas chrześcijan tajemnica– Tajemnica Eucharystii, czyli Uroczystość Przenajświętszej Krwi i Ciała Chrystusa, zwane Bożym Ciałem.

Słyszymy świadectwo Ewangelisty św. Marka (Mk 14, 12-16.22-26) o tym jak Chrystus ustanowił Sakrament jakim jest Eucharystia. Trwały znak Jego miłości do człowieka. Znak jego stałej obecności tu na ziemi. Pod postacią chleba i wina Chrystus przebywa i jest z nami tu na ziemi. Ten fakt pobudza nas do zadania sobie pytania: czym jest i powinna być dla nas Eucharystia w której uczestniczyć powinniśmy „całym sobą”?

Każdy z nas posiada pewne przyzwyczajenia. Wielu z nas oglądało film pt. „Dzień świra” w reżyserii Marka Koterskiego. Film sam w sobie bardzo wulgarny. We mnie pozostawił pewien niesmak. Jednak trzeba przyznać,  że pokazuje on pewien ważny element w naszym codziennym życiu. Jest nim nasze przyzwyczajenie. Każdy z nas je ma bez względu na wyznawaną religię, kolor skóry czy język.

Ponad 20 lat temu poszedłem do kina oglądnąć bardzo rozreklamowany wówczas polski film. Tytułu dziś już nie pamiętam, minęło bowiem „trochę” czasu, ale wiem, że oglądnąłem go w kinie „Apollo” przy zbiegu ulic Floriańskiej i bodajże św. Tomasza. Wszedłem lewymi drzwiami do środka. Wtedy zauważyłem, że moje miejsce jest po drugiej stronie sali kinowej. Nie chcąc przeszkadzać osobom już siedzącym na krzesłach, postanowiłem, że obejdę te wszystkie rzędy, idąc do samego końca z przodu sali, aby nie uruchomić fali osób, które już siedziały. I tak też zrobiłem. Okazało się, że jak zawsze w życiu bywa, że „każde dobro musi zostać ukarane”. Przychodząc na środku między ekranem, a pierwszym rzędem krzeseł instynktownie uklęknąłem odwracając się w kierunku ekranu i… instynktownie uklęknąłem na jedno kolano, jak w kościele w czasie Mszy św.  Nie wiedziałem, jak ratować zaistniałą sytuację. „Dyskietka, hard drive” mojego mózgu podpowiadał mi: „zawiąż buta, zawiąż buta…”. Widownia miała była tym wielce zainteresowana. Niektórzy mieli też i ubaw, bo tym gestem zdradziłem z jakiej jestem „organizacji”. Miałem też dziwne przeczucie, że wszystkie oczy są w tym momencie na mnie zwrócone. Nawet potem, gdy w sali było ciemno, gdy oglądaliśmy film, ciągle zastanawiałem się, jak się „wystawiłem” przez moje przyzwyczajenie. Nadal płonąłem ze wstydu.

Ta krótka historia mojego życia oddaje wiele naszych codziennych ludzkich spraw. Myślę tu o naszym podejściu do Eucharystii. Są takie trzy punkty w tym opowiadaniu, które wydają się ważne i które mogą dać garść refleksji o naszym codziennym życiu Eucharystią.

„Instynktowne uklęknięcie”

W kinie jest podobnie, jak w… kościele. Są przecież ludzie, krzesła, duża sala, audytorium, scena, tzn. miejsce centralne, specyficzny „klimat tłumu”, głośniki, a nawet ekran. Dzięki niemu wiele osób może odważnie śpiewać pieśni w kościele, a w kinie oglądać film nie przymrużając oczu. I to wszystko daje nam poczucie misji, które „zawsze takie było”. Ułatwia nam w funkcjonowaniu tak, jak jakiś robót, bez zastanowienia się, gdzie jestem i co teraz robię. Wywołuje to również gesty nad którymi się nie zastanawiamy. Dotyczy to zatem ważnego elementu jakim jest nasza wielka rola świadomości „tu i teraz”. Od niej zaczynają się nasze codzienne sprawy, życie, które jest właśnie takim mechanicznym ogrywaniem „roli aktora na stanie tego świata”. Często niestety nie zastanawiając się, czy to co robię, daje mi wewnętrzna satysfakcję. Życie przelatuje nam bowiem jak „piórko na wietrze”. A jest to bardzo ważne, bo od tego zależy nasze szczęście tu na ziemi.

Dziś możemy się przyglądać sobie, czy moje podejście do niedzielnej Eucharystii, takie właśnie jest. Zbliża się niedziela i wiem, że „należy pójść do kościoła”, wysłuchać (mniej lub bardziej udanego) kazania, dać na tacę, a po wyjściu z kościoła wrócić do swojego „codziennego i normalnego życia”; do tego samego stylu i rytmy codziennego działania.

Pamiętam to bardzo dobrze z mojego życia, gdy jako młody człowiek, zawsze chodziłem w niedzielę na Mszę św. o godzinie 09:15. Była to tzw. „msza młodzieżowa”. Jeśli nie udało mi się na nią wstać i pójść, bo oglądałem wieczorem za dużo filmów w telewizji, wtedy ten dzień zaliczałem do „nieudanych”. Zadawałem sobie wtedy pytanie: co dla mnie jest ważne? Sama Eucharystia i uczestnictwo w niej, czy może zburzenie mojego sposobu, stylu niedzielnego funkcjonowania. Zburzony został pewien schemat, przyzwyczajenie i jeden z puzzli nie spasował, a on przecież tworzył właśnie… dzień wolny od pracy, moją niedzielę…

Każdy z nas, czy tego chce, czy nie, tworzy sobie własny świat przyzwyczajeń, bo często jest do tego „zmuszany”. Jest przecież codzienna ranne wstawanie, szkoła, zakupy, dom, gry komputerowe, film, spotkania z innymi ludźmi. Przez taki „styl życia”, Eucharystia może być sprowadzona do jednego z puzzli w układance, a który jest ważny, ale dla nas nie najważniejszy. Tymczasem powinien to być specjalny czas, który poświęcamy Pan Bogu i przede wszystkim samemu sobie. Jest to czas, jak ja to nazywam, naładowania naszego „duchowego akumulatora” do funkcjonowania na resztę dni tygodnia. Takie pozytywne naładowanie swoich akumulatorów, baterii, aby przybliżyć się i odkrywać Boga i w Nim szukać sensu własnego życia.

Zawiąż buta… zawiąż buta…

Sznurowadła, które miałem w dłoniach, aby zawiązując buta i przy okazji ratując krępującą sytuację, są symbolem sparaliżowania, związania sobie rąk. Gdy klęczałem na podłodze, ciągle zastanawiam się jak ja teraz pokażę ludziom w kinie swoją twarz? Co ludzie o mnie powiedzą? Co o mnie pomyślą? Paraliżował mnie strach w podjęciu jakiegoś sensownego rozwiązania tej całej zaistniałej sytuacji.

Eucharystia jest miejscem, gdzie mogę powiedzieć Panu Bogu jakim jestem człowiekiem. Jest miejscem, gdzie mogę stanąć twarzą w twarz przed Bogiem oraz stanąć w prawdzie przed samym sobą. Jest też miejscem, gdzie mogę zacząć rozwiązywać sznurowadła, które mnie plączą, krępują, blokują w podjęciu jakiejś decyzji w codziennych sprawach. To jest miejsce, gdzie w spotkaniu z Panem Bogiem mogę prosić Go o światło w rozwiązywaniu codziennych problemów. Zadawać sobie pytania, jak uwolnić się od sznurków, które nie pozwalają mi żyć i funkcjonować? To właśnie na Eucharystii można prosić o to światło, które samo z siebie się nie zapali. Zwłaszcza tam, gdzie ciemność wypełnia serce, gdzie jest to ból, rozpacz, rozczarowanie, rozgoryczenie, łzy, rozterka, znaki zapytania, niepewność, lęk i przede wszystkim grzech.

„Wszystkie oczy są zwrócone na mnie”

W każdym z nas jest instynktowne podświadoma chęć pokazania się i zaimponowania innym ludziom. U jednych jest to nawet cały sens ich życia. Powiedzieć „byle co”, tylko, żeby mnie „zalajkowano”. To często sens życia dla wielu młodych. Chcemy na siebie zwrócić uwagę, a przynajmniej powiedzieć, że jestem i żyję. Chcemy być choć przez chwilę zauważalni, widoczni, aby nas widziano. I im więcej człowiek skupia się na tym, aby zwrócić na siebie uwagę, tym jeszcze bardziej doświadcza smutku, że nie jestem „widoczny dla świata”. Założenia i oczekiwania zostają zranione. Pozostaje tylko smutek i rozgoryczenie.

Tymczasem tylko mądre oczy, które patrzą, które widzą oraz które doceniają pracę innych są ciche i pokorne. Wdzięczność zawsze podchodzi małymi krokami. Trzeba na nią zapracować i poczekać na nią w kolejce. Jej nie widać, a ujawnia się w chwilach dla nas najbardziej zaskakujących i niespodziewanych.

Zwrócenie na siebie uwagi może krępować. Ja tego doświadczyłem, wstając z kolan, które już mnie bardzo bolały od klęczenia. Eucharystia jest miejscem, gdzie nasze oczy nie powinny koncentrować na samym sobie, ale na osobie Jezusa Chrystusa. To On jestem tym, który przemienia świat. Nie własnymi siłami, lecz wspomagani łaską od Boga, mamy siłę zmieniać ten świat. Zmieniać to, co jest w nas złe na lepsze. Nie o własnych siłach, lecz mocą Chrystusa. To on jest tym, który daje siłę wszystkim ludziom. Dlatego to spotkanie z żywym Bogiem w Eucharystii, spotkanie z nim „twarzą w twarz”, jest dla nas tak ważne.

Trzy elementy

Eucharystia niech będzie zatem dla nas:

  1. miejscem bez rutyny, tzn. nie jednym z elementów, ale najważniejszym elementem mojego życia;
  2. miejscem, gdzie bez skrępowania powiem Bogu o sobie bez tajemnic oraz z otwarciem na to, co nowe, przemieniające mnie jako człowieka;
  3. miejscem, gdzie właściwie ustawię hierarchię moich wartości, bez koncentrowania się na sobie samym.

Eucharystia ma moc przemiany człowieka na lepsze. Wykorzystajmy ten dar, bo jest nam dany od Chrystusa: „Bierzcie i jedźcie, bierzcie i picie… To jest ciało moje… to jest krew moja…”. Niech Eucharystia, pod postacią wody i wina, daje nam moc przemiany na lepsze dziś, jutro i przez całe nasze życie.

Mk 14,12-16.22-25

W pierwszy dzień Przaśników, kiedy ofiarowywano Paschę,  zapytali Jezusa jego uczniowie: Gdzie chcesz, abyśmy poszli poczynić przygotowania,
żebyś mógł spożyć Paschę?  I posłał dwóch spośród swoich uczniów z tym poleceniem:  Idźcie do miasta, a spotka się z wami człowiek, niosący dzban wody.
Idźcie za nim i tam gdzie wejdzie, powiedzcie gospodarzowi:  Nauczyciel pyta: gdzie jest dla Mnie izba, w której mógłbym spożyć Paschę
z moimi uczniami? On wskaże wam na górze salę dużą, usłaną i gotową. Tam przygotujcie dla nas. Uczniowie wybrali się i przyszli do miasta,
gdzie znaleźli tak jak im powiedział i przygotowali Paschę. (…)

A gdy jedli, wziął chleb odmówił błogosławieństwo, połamał i dał im mówiąc:  Bierzcie, to jest Ciało moje. Potem wziął kielich i odmówiwszy dziękczynienie dał im,
i pili z niego wszyscy, l rzeki do nich: To jest moja Krew Przymierza, która za wielu będzie wylana. Zaprawdę, powiadam wam:  Odtąd nie będę już pił z owocu winnego krzewu,  aż do owego dnia kiedy pić go będę nowy w królestwie Bożym. Po odśpiewaniu hymnu wyszli w stronę Góry Oliwnej.