Kościół widzialny jest bytem realnym tego świata. Tak jak i we wszystkich ludzkich instytucjach ma on również swoją zewnętrzną fasadę. Z wszystkimi kancelariami, kodeksami, trybunałami działa w świecie i stale przypomina o swojej obecności. Dopominając się swoich praw stale wnika w społeczną tkankę i przekształca jej strukturę. Stale na horyzoncie pojawia się nieustanna walka miedzy „społecznością doskonałą”[1] – społecznością Kościoła, a społecznością świecką. Nawet w wypadku zawiązania się jakiejkolwiek chęci współpracy, rzadko ich ustawodawstwa mogą stworzyć harmonię na poziomie bezkonfliktowym. Konflikty stale pojawiają się, czego dowodem jest historia, która opiera się przecież na faktach. A fakty przecież nie kłamią. Zmienia się to wszystko w tak szybkim czasie, że raz Kościół jest prześladowany, drugim razem to właśnie ludzie Kościoła uzurpują sobie uprawnienia państwa. Przez te komplikacje, które siłą rzeczy dotykają egzystencję ludzką, powstaje rozłam wewnątrz każdego człowieka na wiernego i na obywatela.

Grecy i Żydzi, różniący się dogmatami i systemami władzy, nie znali tego rozdarcia, jakie miało nadejść wraz z pojawieniem się instytucji Kościoła katolickiego. Rozróżnienie pojawia się od Ewangelii. Podział na świeckich i duchownych sprawił, że wewnętrzna jedność przestała być jednością, pojawiły się wewnętrzne podziały. Podział systemu teologicznego i  politycznego wstrząsnął narodami chrześcijańskimi. „Uporządkowanie” królestwa ludzkiego wprowadziło zamieszanie. Inteligencja człowieka i pierwsze wskazówki prawa moralnego przyniosły tyle problemów, konfliktów, nieładu, że świat ten sprawiał wrażenie nie poukładanego Czy nie prostszy wydawałby się świat rządzony jedynie niewinnością i mrokiem instynktu. Przecież ludzkie myślenie wciąż przynosi nam tyle nieszczęścia. Ciągle gdzieś jednak podświadomie jest w nas ta iskierka powrotu do raju jako stanu poprzedzającego wszelki rozłam. Nie możemy do niego dążyć na siłę. Wpierw trzeba uświadomić sobie co nosimy w sobie, we własnym wnętrzu. Jest to pierwszy etap do zobaczenia w Kościele oprócz instytucjonalnego charakteru, charakter cudownego znaku „Bożej Mądrości”.

W każdym człowieku rozgrywa się wewnętrzna walka. Otaczająca go rzeczywistość uświadamia mu poszukiwanie wieczności. Sam ten fakt mógłby obalić teorię zasady religii państwowej. Bóg wchodząc w historię, w naszą historię, zaopiekował się nie tylko jednym człowiekiem, ale również innymi ludźmi. Zaopiekował się całym rodzajem ludzkim. Tajemnica chrześcijańska oparta jest na rzeczywistych faktach. Boże Objawienie przyjęło postać historycznych wydarzeń, świadectw. Zmartwychwstanie Pana stworzyło nowy świat, nowy początek, nowy typ egzystencji. Człowiek stanowi część dwóch państw, jest miejscem dwóch światów. Jest równocześnie i żyje na tym ziemskim świecie, jak również żyje w nowym państwie – które podobnie go chroni, opiekuje się, rozwija – Kościele. Nowy świat działający tu na ziemi w świecie, świecie który przemija. To w nim Bóg powtórnie stwarza i przekształca rodzaj ludzki. Kościół ziemski jest już „niebieskim Jeruzalem, naszą matką”. Jezus daje człowiekowi wolność, która go przenika. Słowa: „Królestwo moje nie jest z tego świata” i później nakaz dany Apostołom: „Oddajcie Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga”[2] stwarzają „duchowe królestwo”, które osądza i relatywizuje wszystkie królestwa ziemskie. Kościół staje się siłą przynoszącą wolność. Swoim wezwaniem ogarnia całe jego życie. Daje mu perspektywę lepszego życia, ofiarowuje mu środowisko, które jest mu pomocne, oraz klimat który jest podporą umacniającą jego siły. Prócz wolności Kościół jest przekazicielem i twórcą jedności. Ludzkość mknie na oślep pobudzana potężnym instynktem, przedziera się przez liczne rozproszenia, spotkania, wstrząsy, zdarzenia, które mają stać się odczuwaną jednością. Ale tak nie jest. Konflikty bardziej oddalają niż jednoczą. Czy Żydzi i poganie mieli sobie kiedyś coś do powiedzenia. Czy ten dialog był możliwy? Przychodzi Chrystus i wszystko to przemienia. Tworzy z nich Kościół, który właśnie ich jednoczy. Wszyscy staja się dziećmi jednego Ojca. Tu dochodzimy do „tej wewnętrznej zasady jedności, której na próżno poszukuje świat”[3]. „Naznaczeni jednym Duchem”[4], nie pozostajemy sami sobie, nie mający żadnej nadziei, ale wszyscy razem „w jednym Duchu mamy przystęp do Ojca”[5]. W tym jednym Ciele stajemy się: „nawzajem dla siebie członkami”[6]. To co nie jest możliwe dla człowieka jest możliwe dla Boga. Idea jedności realizuje się właśnie w Kościele, który Bóg powołał przez Swojego Syna Jezusa Chrystusa. Kłopoty zawsze były i będą i nawet Kościół nie jest w stanie wszystkiego rozwiązać. Może on w codzienności uspakajać, próbować jednoczyć, łagodzić konflikty, ale nie może ich usunąć całkowicie. Świat idzie swoją drogą. „Żyjemy bowiem w Chrystusie będąc jeszcze na tym świecie”[7]. Człowiek może uciec w czystą „wewnętrzność”. Uciec od tego świata, który jawi mu się jak „zgniłe jabłko”. Świat jako iluzja, mętne koło nie mające wyrazistego blasku i wyjścia, degradacja, marność rzeczy, niedochowania ludzkich więzów, zniewolenie, może wywołać w człowieku chęć odejścia od tego wszystkiego. Stąd wszyscy, którzy mają tendencje do ucieczki w ten stan znalezienia duszy: „życia wewnętrznego”, „stanu pierwotnego” mogą wpaść w pułapkę właśnie jej utracenia. Kościół przychodzi z pomocą. Dzięki doktorom i mistrzom życia wewnętrznego, dowiadujemy się, że nasza dusza jest stworzona na obraz Boga i dzięki niej mamy zdolność pojmowania Boga. Ten, kto odcina się od wspólnoty oddala się od Boga, zaczyna przez to wielbić samego siebie, stawiać siebie w miejsce Boga.

„Zbawienie powszechne i indywidualne dokonuje się i może się dokonać nie inaczej jak tylko w konkretnym czasie i na drodze historii[8]”. Wszystko realizowane jest na tym świecie w określonym czasie, ale w człowieku ciągle brzmi pokusa „wyjścia poza czas”. Człowiek jednak jest stale świadomy realiów swojej egzystencji, pamięta także, że żyje w tym świecie z innymi, z bliźnimi. Wynika stąd świadomość chrześcijanina, że nie pragnie on zbawić się sam, ale z innymi bo: „Chrześcijanin nigdy nie pragnie „zbawić się sam”[9], ponieważ jest świadom, że Jezus Chrystus chce „wszystkich nas razem zaprowadzić do Życia”[10].

Kościół jest stale walczący. Nie bierzemy tego stwierdzenia w kategoriach interwencji zbrojnej wojska. Kościół walczy pod sztandarem Krzyża. Kościół podejmuje walkę „przeciw rządcom świata ciemności, przeciw duchowym pierwiastkom zła na wyżynach niebieskich”[11]. „Stale napełniają go goryczą nie tyle prześladowania, schizmy i herezje, co przede wszystkim niewłaściwe postępki tych, którzy mienią się być jego synami”[12]. Jest to walka pełna nadziei, ufności, zaufania, porozumienia i jedności. Walka, która idzie na ustępstwa, byleby nie była zdradą. Kościół w swej elastyczności podporządkowuje się prawom ziemskiego państwa. Przypomina nam się stale zdanie: „Oddajcie Cezarowi to, co na należy się Cezarowi, a Bogu zaś oddajcie to, co jest Boskie”. Papież Gelazy chciał określić kompetencje „władzy królewskiej” i „świętej władzy papieży”. Władza duchowa nie powinna wikłać się w sprawy świeckie, a władza świecka niech nie wyrokuje w sprawach boskich. Ideał broniony przez Gelazego usankcjonował Leon XIII w encyklice Immortale Dei: „ Bóg tedy pieczę nad rodem ludzkim między dwie podzielił zwierzchności: kościelną i świecką, jedna nad doczesnymi, drugą nad duchowymi sprawami ludzkości. Jedna i druga jest w swym rodzaju najwyższą, jedna i druga ma pewne i oznaczone granice z natury swej i z właściwego zadania pochodzące, skąd zakreślają się jakoby sfery, w których działalność i prawa każdej z nich się zawierają”[13]. Kościół w tej walce się nie zniechęca. Mimo wielu błędów, przewrotności, kłamstwa, porażek, widzi stale dobro, które stale się odnawia i wychodzi na światło ludzkiej egzystencji. Egzystencji każdego człowieka, która bez tego światła nie miała by żadnego sensu. Stąd śmierć wielu pierwszych chrześcijan, męczenników, którzy oddali swe życie za Kościół, za Chrystusa, za Prawdę. Ludzie, którzy dziś pracują dla Kościoła przekazują pewne wartości, ale wychowani i przyzwyczajeni do pewnych idei, konwencji, obyczajów, przestali być dla tego Kościoła kłopotliwi. Oziębłość wielu tworzy ten właśnie świat.

Są też i tacy, którzy tak mocno identyfikują się z Kościołem, że własne dążenia próbują identyfikować ze sprawami Kościoła. Nie przemawia do nich to, że mają stać się sługą, który czasami musi zdobyć się na pewne wyrzeczenia. Postawa „dla Kościoła”, staje się „przeciw Kościołowi”. Kościół jawi się nam wtedy jako pewien stan cywilizacji, liczbą obowiązujących zasad, od których czasami odchodzimy, wreszcie pewnym zespołem wartości. Wszystko co zaburzy ten porządek jest traktowane jako coś co dziwi i jest zamachem na boską instytucję. Posłanie głoszone przez Kościół nie jest powiązane z systemem politycznym, klasą społeczną czy formacją cywilizacji. Kościół o tym stale przypomina, bo jest przed wszystkim „Głosicielem Dobrej Nowiny Jezusa”. Jednak dzisiejszy świat prowokuje swoim głosem krytyki. Pod płaszczykiem dobra wkracza do naszych rodzin, domów, miast. Samo słowo krytyka oznacza rozeznanie, rozpoznanie. Jest odrzuceniem tego co nie autentyczne. Jest poszukiwaniem nowych dróg, rozwiązańłłńćźż, wszystko po to by osiągnąć jeszcze większe dobro. Pojęcie to jednak w ustach człowieka, któremu sprawia to czystą satysfakcję naiwnego samozadowolenia i nie prowadzi tak naprawdę do niczego, nie wprowadza nowych form, reform, zmian jest czystym bezsensem. Każda przecież uzasadniona skarga wzbudziła tyle kontrowersji, wypowiedzi, burzę mózgów. Przyjmowano to z pełnym otwarciem, które prowadziło zawsze do jakiego konsensusu. Żyjemy w małej wiosce dzięki środkom masowego przekazu. Informacja, która kiedyś potrzebowała wiele czasu /miesiące!!!/, aby dotrzeć do wielu miejsc kuli ziemskiej dziś dociera w ciągu kilku sekund. Ten dialog z krytyką ma jeszcze większe możliwości. Może nas wiele nauczyć, by stale stawać się na wzór Chrystusa. Wszystkie plagi, które nawiedzają nasze miejsca zamieszkania powodują w człowieku stan rozczarowania, pesymizmu. Życie duchowe człowieka słabnie i nie dostrzega on już tego co dostrzegał wcześniej. Wszystko zaczyna mu się niewyraźnie zamazywać, rozchodzić. Schizofrenia przenikająca ludzka istotę nie pozwala mu dostrzec tego co najważniejsze, tego co istotne. Spoglądanie na Kościół tylko z zewnątrz przynosi właśnie takie efekty: krytykę, żal niespełnionej nadziei, zniechęcenie, paraliż. Nie dostrzega się prawdy, albo po prostu o niej nie pamięta, że  Kościół jest Chrystusowy, że tworzą Go przecież ludzie. Ludzie wychowani w tym samym środowisku, w tym samym systemie, czasami są to ludzie z tego samego podwórka, z tej samej bramy, z tej samej klatki schodowej. Stale jako ludzie doświadczamy niemocy, małości, niemożności. Sami siebie łapiemy na nie przestrzeganiu nakazów Pana, Jego Słowa. Ile razy zawodził nas intelekt, nasze przypuszczenia, wnioski. Dlaczego między ludźmi jest tyle dystansu, tyle przepaści? Kościół jest tym, która nas jednoczy, w nim znajdujemy prawdy, które jako Boże nakazy nadają sens naszemu życiu. Są „radością naszego życia”.

 Brak mocy naszej wiary stale jest jeszcze potęgowany przez kolejne ataki na nią. Jeśli nie jest ona mocna, to jest kwestią czasu, kiedy odejdzie od nas jako wynik wolnego procesu zaniedbania. Wiarę trzeba pielęgnować, dbać o nią, rozwijać. Inaczej przepadnie. Dlatego potrzeba odrzucenia naszych „bożków”, tak mocno adorowanych przez nas /czasami nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy/, aby móc być jeszcze bliżej Niego w społeczności Ludu Bożego, czyli Kościoła.

Dramatem dla wielu jest fakt, że Kościół mimo wielu wysiłków i działań stale bardzo słabo jest skuteczny. Każdy kto stoi, ten się cofa. A przecież Jezus  nie obiecywał błyskotliwych karier, występów, pochwał, sukcesów. Był realistą, to co oferował składało się z wielu wyrzeczeń. Umiejętność czekania, akceptacja własnej niemocy, przyjęcie tego, że może być nie zrozumiały, wyśmiany. „Kościół bowiem nie chce urządzić nas w ziemskiej egzystencji, ale ponad nią wynieść. Przynosząc nam Odkupienie Jezusa Chrystusa, pragnie wyrwać nas z drążącej nasze siły choroby i otworzyć nas na inne Istnienie. Natomiast gdyby kościół szukał przede wszystkim doczesnej skuteczności, nie byłaby mu ona dana”[14]. Nieprzystosowanie i nieskuteczność Kościoła ciągle jednak jest eksponowana. Trzeba jednak pamiętać o wszystkich tych, którzy w skrytości pomagają Kościołowi. Ilu uczonych, polityków, intelektualistów, społecznych autorytetów pozwoliło i przyczyniło się do tego, że ta nasza kochana ziemia nie stała się piekłem. Dzięki nim właśnie Jezusowa Nauka ma swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości, tej naszej: ziemskiej. Glos Chrystusa przekazywany właśnie ustami tych ludzi buduje ten Kościół Chrystusowy.

„Przypatrzcie się, bracia, powołaniu waszemu! Niewielu tam mędrców według oceny ludzkiej, niewielu możnych, niewielu szlachetnie urodzonych!”[15]. Kościół jawi się nam jako sługa. Nie ma w nim uczonych, geniuszy. Wręcz odwrotnie jest to zgromadzenie do którego przychodzą głusi, chromi, chorzy, ułomni, ubodzy. Stąd może Kościół przez wieki był doświadczany szykanami, drwinami, krytyką, lekceważeniem ze strony elit. Filozofowie, ludzie kultury byli tymi, którzy wykonywali ostre „wyroki” słowne na Oblubienicy Pana. Nie zostawiali na niej przysłowiowej suchej nitki. Wyrażali często swoją niechęć, wrogość. Są to – idąc za słowami de Lubaca – mędrcy, ale nie widzący, jak od dwudziestu wieków spełnia się proroctwo świętego Pawła, że Logos odrzuca „wszelką wyniosłość przeciwną poznaniu Boga”[16]. Wielu z nich stało na czele szkół. Mogli swoje  myśli przekazywać młodym, którzy umiejętnie przekazaną im wiedzę wykorzystywali. Ci mędrcy którzy tak krytykują ten „ułomny” Kościół, nie chcą mieć nic wspólnego z tymi wszystkimi ludźmi Kościoła. Trzymają się z daleka od nich. Relacja jest zatem znikoma. Nie chcą wiary, która automatycznie mogłaby ich zredukować do niższej klasy społecznej. Klasy z której przecież szydzili. Jednak byli i tacy mimo tego do tego Kościoła wstępowali. By zaakceptować Kościół trzeba widzieć go takim jakim on w rzeczywistości jest. Rzeczywistości tej ludzkiej i tej przeniknionej Bogiem. Rozdzielenie tych dwóch płaszczyzn jest nie do przyjęcia. W Kościele właśnie tracimy siebie, aby móc się odnaleźć. Takich paradoksów jest wiele. Bez pokory w stosunku do Chrystusa nasze jakiekolwiek ruchy są beznamiętnym dreptaniem w miejscu, a przecież nie o to chodzi. Chrystus wymaga decyzji, jednogłośnej, pełnej, bez żadnych „ale” …                                             

  • Wybrane aspekty dotyczące Kościoła na podstawie książki Henri de Lubaca „Medytacje o Kościele”

[1]           Pius IX, alokukcja Maxima quidem (9 czerwca 1862) i Syllabus prop. 19. Leon XIII, encyklika Immortale Dei, przekład i wydanie Przegląd Powszechny, Kraków 1985, 11

[2]           J 18,36. Mt 2,21. Por. Łk 12,14: Mt 22. 24-27

[3]           por. Leon XIII, encyklika Divinum illud, 1897 rok

[4]           Nicetas z Remezjany, Explonatio Symboli 10 (PL 54, 871 B)

[5]           Ef 2, 12-22

[6]           Rz 12, 5

[7]           Św. Augustyn, Jhom 81 4

[8]           H. – Ch. Puech Sj, Sprawozdanie z Międzynarodowego Kongresu Historii Religii, Amsterdam, 1951, s.49

[9]           por. Św. Augustyn, Sermo 17 2 (PL38,125). Św. Teresa, Księga Fundacji 1.

[10]          Por. Ef 2,22; 1 Kor 3,9; 2 kor 6,16; Mt 6,18

[11]          Ef 6,12

[12]          Św. Beranrd, In Cantica 32, 19.

[13]          Gelazy, Dwunasty list do cesarza Anastazego z roku 494

[14]          Henri de Lubac, Medytacje o Kościele, WAM, Kraków 1997, tłum. Izabela Białkowska-Cichoń, s. 246

[15]          1 Kor 1,26

[16]          2 Kor 10,5