Kto nie nosi swego krzyża…

Obowiązki uczniów Jezusa

Wielkie tłumy szły z Jezusem. On zwrócił się i rzekł do nich: Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto siebie samego, nie może być moim uczniem. Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem.

Bo któż z was, chcąc zbudować wieżę, nie usiądzie wpierw i nie oblicza wydatków, czy ma na wykończenie? Inaczej, gdyby założył fundament, a nie zdołałby wykończyć, wszyscy, patrząc na to, zaczęliby drwić z niego: Ten człowiek zaczął budować, a nie zdołał wykończyć.

Albo który król, mając wyruszyć, aby stoczyć bitwę z drugim królem, nie usiądzie wpierw i nie rozważy, czy w dziesięć tysięcy ludzi może stawić czoło temu, który z dwudziestoma tysiącami nadciąga przeciw niemu?

Jeśli nie, wyprawia poselstwo, gdy tamten jest jeszcze daleko, i prosi o warunki pokoju. Tak więc nikt z was, kto nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem.

Opowiadanie pt. „O Chrystusie z oceanu”

Mała rybacka wioska we Francji (Saint-Valery) już nieraz opłakiwała swych mężczyzn, którzy znaleźli śmierć w morskich kipielach. Ostatnio taki właśnie los spotkał ojca z synem.

Pewnego dnia dzieci bawiące się na plaży odkryły przypływającego do brzegu rzeźbionego Chrystusa, wielkości człowieka. Miał on pochodzić z zatopionego statku. Brakowało gwoździ z ran, tak samo belek. Dzieci przyniosły korpus do proboszcza, a ten ucieszył się, że przyszedł Chrystus z rozpostartymi ramionami, aby przygarnąć tę tak okrutnie doświadczaną parafię.

Natychmiast zamówił solidny, dębowy krzyż, przymocował Zbawiciela nowymi gwoździami i zawiesił na godnym miejscu w kościele. Teraz dopiero widać było, jak miłosierne oczy z rzeźbionego oblicza zwrócone były na wszystkich, którzy znaleźli się w pobliżu krzyża. Ale następnego poranka figura Chrystusa – ku zdziwieniu i przerażeniu wszystkich – znalazła się (bez belek) na ołtarzu, przy czym nikt nie maczał w tym palców.

Następnej niedzieli wzruszony proboszcz apelował do serc i kieszeni słuchaczy o wielkie ofiary, aby można było zakupić nowe belki krzyża, które by były godne Zbawiciela Świata. Wszyscy dawali, ile tylko mogli, zebrała się spora suma i proboszcz zamówił wspaniały, lśniący krzyż z czarnego drzewa, do tego złoty napis INRI. Gdy dwa miesiące później umocowano korpus, znów w nocy opuścił Chrystus ten „postument” i znalazł się na ołtarzu.

Wiadomość o tym cudzie rozeszła się lotem błyskawicy po całej Francji. Teraz płynęły sowite ofiary ze wszystkich zakątków kraju; nawet żona ministra marynarki przysłała serce z diamentów. Pieniędzy płynęło tyle, że zamówiono krzyż ze złota i szlachetnych kamieni. Gdy po dwóch latach zawieszono figurę na tym krzyżu, stało się to samo, co poprzednio: w nocy położył się Jezus na białym obrusie ołtarza. Teraz już Go nie ruszano – ze czci i strachu, że od nowa sprawi mu się przykrość.

Pewnego dnia przybył jakiś niedorozwinięty młodzieniec z wiadomością, że znalazł na brzegu właściwe belki krzyża. Proboszcz poszedł z nim i przynieśli rzeczywiście dwie deski z gwoździami z jakiegoś rozwalonego statku. Dokładne oględziny wykazały, że zawierają dwie czarne litery, właśnie oznakowanie tego statku, na którym pięć lat temu zginęli ojciec z synem. Położyli więc Jezusa na te deski i proboszcz własnoręcznie przybił go tymi gwoździami przeżartymi już przez słoną wodę.

Chrystus z oceanu już nie uwolnił się nigdy z tego krzyża. Widocznie chciał wisieć na tym drzewie, na którym umarli ci ludzie, którzy wołali Jego imię w ostatniej godzinie swego życia.

Refleksja

Każdy z nas dźwiga swój krzyż, a jest nim często szara codzienność, brak zdrowia, pracy, ból związany z konfliktami w domu czy pracy. Tych małych i dużych krzyży jest wiele. Dźwigamy je każdego dnia, często w osamotnieniu i z dala od innych. Często jednak krzyż jest udziałem innych. Jest to często nienawiść, obmowa, brak zrozumienia i chęci nawet  porozumienia. Krzyża takiego nie można się pozbyć, trzeba go tylko cierpliwie nieść…

Jezus uczy nas, że niesienie krzyża jest jakoś „wbudowane” w nasze ziemskie życie. Nie da się tego krzyża zamienić, czy oddać. Trzeba go zatem zaakceptować i próbować z Nim mężnie żyć. Noszenie go samemu i pomaganie innym noszenia ich własnego krzyża graniczy z heroizmem, ale właśnie na tym polega nasze chrześcijańskie życie…

3 pytania na dobranoc i dzień dobry

1. Dlaczego nie lubimy nieść codziennego krzyża?
2. Dlaczego obdarowujemy innych naszym krzyżem?
3. Jak zaakceptować swój krzyż?

I tak na koniec…

Można tak pokochać krzyż, że się zrezygnuje z zejścia z krzyża w dniu zmartwychwstania (Józef Stanisław Tischner)