Kroczymy po „mgle niepewności”…

Jezus chodzi po jeziorze

Zaraz też przynaglił uczniów, żeby wsiedli do łodzi i wyprzedzili Go na drugi brzeg, zanim odprawi tłumy. Gdy to uczynił, wyszedł sam jeden na górę, aby się modlić. Wieczór zapadł, a On sam tam przebywał. Łódź zaś była już sporo stadiów oddalona od brzegu, miotana falami, bo wiatr był przeciwny.

Lecz o czwartej straży nocnej przyszedł do nich, krocząc po jeziorze. Uczniowie, zobaczywszy Go kroczącego po jeziorze, zlękli się myśląc, że to zjawa, i ze strachu krzyknęli. Jezus zaraz przemówił do nich: „Odwagi! Ja jestem, nie bójcie się!”

Na to odezwał się Piotr: „Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie!” A On rzekł: „Przyjdź!” Piotr wyszedł z łodzi, i krocząc po wodzie, przyszedł do Jezusa.

Lecz na widok silnego wiatru uląkł się i gdy zaczął tonąć, krzyknął: „Panie, ratuj mnie!” Jezus natychmiast wyciągnął rękę i chwycił go, mówiąc: „Czemu zwątpiłeś, małej wiary?”

Gdy wsiedli do łodzi, wiatr się uciszył. Ci zaś, którzy byli w łodzi, upadli przed Nim, mówiąc: „Prawdziwie jesteś Synem Bożym”. Gdy się przeprawiali, przyszli do ziemi Genezaret.

Ludzie miejscowi, poznawszy Go, rozesłali [posłańców] po całej tamtejszej okolicy, znieśli do Niego wszystkich chorych i prosili, żeby przynajmniej frędzli Jego płaszcza mogli się dotknąć; a wszyscy, którzy się Go dotknęli, zostali uzdrowieni.

Opowiadanie pt. „Fata morgana”

Z grupą przyjaciół przemierzaliśmy pustynie Arizony. Słońce paliło niemiłosiernie, żar uniemożliwiał oddech. Dookoła widać było jedynie piasek, kurz i skały. Nagle… jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ukazał się naszym oczom szemrzący strumień wody, a potem owiane chłodem jezioro, połyskujące kaskadą żywego srebra. Trudno wyrazić uczucie świeżości, jakiego doznaliśmy w trakcie zbliżania się do brzegu jeziora. Jego chłodną toń czuliśmy przez skórę. Coś niewyobrażalnego i cudownego!

Jednak tak samo szybko i tajemniczo, jak pojawił się w momencie, gdy oczarowani nim staliśmy w piaskach pustyni, obraz ten rozpłynął się i zniknął nagle z pola widzenia. Niestety, nie była to krystaliczna, życiodajna woda, ale złudny miraż! Padliśmy ofiarą złudnego zjawiska zwanego „fata morgana”. Słońce wydało się nam jeszcze bardziej rozpalone, a pustynia bardziej martwa. Ot, nieziszczone ludzkie nadzieje…

Refleksja

Nie lubimy niepewności, bo często wywołuję ona w nas lęk. To on „podpowiada” nam, że nie mamy wpływu na to co robimy i jak żyjemy. Tymczasem często jest tak, że trzeba zaufać Temu, od którego tak wiele przecież zależy. To On jest dawcą życia i przecież do Niego należymy. Tymczasem nasza ludzka ambicja podpowiada nam, że wszystko zależy od nas i że mamy moc absolutną. Tymczasem człowiek jest sam stworzeniem i to co jest, zostało mu poddane, powierzone i dane, aby się tym opiekował. Zatem sługami jesteśmy Tego, który nas stworzył…

Kroczymy często po jeziorze naszych niepewności i bez wiary w końcowy sukces. Tymczasem mimo to, że sługami jesteśmy, to wiele mamy do powiedzenia. Bo przecież to człowiek jest tu na ziemi panem stworzenia, któremu wszystko jest poddane. Mamy zatem wczytuwać się w Jego wolę, aby wszystko co robimy było zgodne z planem Ojca. On jest naszym Panem, a my Jego robotnikami. Dlatego tak ważne jest, abyśmy mu zaufali całym naszym sercem, bo On wie, co dla nas jest dobre…

3 pytania na dobranoc i dzień dobry

1. Dlaczego nie lubimy niepewności w naszym życiu?
2. Dlaczego zaufanie jest podstawą naszego bycia z Bogiem?
3. Dlaczego bycie sługą nie jest łatwe?

I tak na koniec…

Im większe w człowieku wewnętrzne rozbicie, poczucie własnej słabości, niepewności i lęk, tym większa tęsknota za czymś, co go z powrotem scali, da pewność i wiarę w siebie (Antoni Kępiński)