Delegacja z przekonania, a nie z przymusu…

Mędrcy ze Wschodu

Gdy zaś Jezus narodził się w Betlejem w Judei za panowania króla Heroda, oto Mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali: «Gdzie jest nowo narodzony król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać mu pokłon». Skoro to usłyszał król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima. Zebrał więc wszystkich arcykapłanów i uczonych ludu i wypytywał ich, gdzie ma się narodzić Mesjasz. Ci mu odpowiedzieli: «W Betlejem judzkim, bo tak napisał Prorok: A ty, Betlejem, ziemio Judy, nie jesteś zgoła najlichsze spośród głównych miast Judy,  albowiem z ciebie wyjdzie władca, który będzie pasterzem ludu mego, Izraela».

Wtedy Herod przywołał potajemnie Mędrców i wypytał ich dokładnie o czas ukazania się gwiazdy. A kierując ich do Betlejem, rzekł: «Udajcie się tam i wypytujcie starannie o Dziecię, a gdy Je znajdziecie, donieście mi, abym i ja mógł pójść i oddać Mu pokłon». Oni zaś wysłuchawszy króla, ruszyli w drogę. A oto gwiazda, którą widzieli na Wschodzie, szła przed nimi, aż przyszła i zatrzymała się nad miejscem, gdzie było Dziecię. Gdy ujrzeli gwiazdę, bardzo się uradowali. Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę. A otrzymawszy we śnie nakaz, żeby nie wracali do Heroda, inną drogą udali się do swojej ojczyzny.

Opowiadanie pt. „O czwartym królu”

Stara legenda rosyjska opowiada, że ze Wschodu wybrało się do nowonarodzonego Jezusa nie trzech Mędrców (jak notuje Mateusz), lecz czterech. Każdy z nich przychodził z innej krainy, każdy niósł najkosztowniejsze dary swego kraju: pierwszy złoto, drugi kadzidło, trzeci mirrę, a ten czwarty i najmłodszy trzy szlachetne kamienie.

Mieli się spotkać wszyscy czterej na umówionym miejscu, aby potem wspólnie maszerować za gwiazdą. Niestety ten czwarty nie dojechał: nie zdążył. Najpierw zatrzymał go płacz zranionego dziecka, do którego nikt się nie chciał przyznać. Król nachylił się nad pokiereszowanym dzieckiem, opatrzył rany, załatwił pielęgniarkę: jej to właśnie ofiarował pierwszy kamień jako zapłatę za samarytańską przysługę. Potem odjechał, goniąc spiesznie towarzyszy. Ale gwiazda przywiodła go znowu do miasta, gdzie natknął się na kondukt pogrzebowy. Spostrzegł zaraz, że idąca za trumną biedna wdowa z „wieńcem” małych dzieci, zostanie wkrótce sprzedana do niewoli, gdyż zmarły mąż zaciągnął wielkie długi. Czwarty król litując się nad losem rodziny, bez większego namysłu oddał płaczącej kobiecie drugi kamień, przeznaczony dla nowonarodzonego króla.

Ruszył znowu w drogę, ale gwiazdy już nie odnalazł. Długo szukał i pytał, błądził i rozglądał się za śladami karawany, aż trafił do pewnej wioski, gdzie żołnierze – dla wymuszenia respektu i posłuszeństwa – postanowili wymordować wszystkich mężczyzn. Król przejęty grozą, ofiarował na wykup skazanych ostatni kamień, niesiony w darze dla Dzieciątka.

Ale król szedł dalej, wciąż spotykając jakieś biedy i cierpienia ludzkie, wciąż ofiarując pomoc i czas. Oddał wszystko, co miał: pierścień, konia, szaty i obuwie. Więcej: sam żebrząc, pomagał innym. I tak minęło wiele lat, aż zmienne koleje losu (został zwolniony z galer i wyrzucony na nieznany brzeg) przyprowadziły go na Golgotę właśnie w chwili, gdy Jezus umierał na krzyżu. Resztkami sił doczołgał się pod krzyż. Konając z wyczerpania zrozumiał, że to jest Ten, za którym tęsknił i którego szukał całe życie, że to Jego spotykał w tych wszystkich, którym pomagał. Wydawało mu się też, że Zbawiciel z wdzięcznością przyjął trudy i ofiarę jego życia.

Refleksja

W naszym podążaniu za i do Jezusa, skupiamy się często nad tym, co by tu „mieć w ręku”, gdy się z Nim spotkamy. Sam prezent wydaje się być ważniejszym, niż samo spotkanie. Herod, kiedy wysyłał „Trzech Mędrców” jako swoich reprezentantów, tak naprawdę nie chciał spotkać, czy też nawet dotknąć Prawdy o Jezusie. Chciał raczej, w swoim niecnym planie, „namierzyć” małe dziecię, aby zgładzić niewygodnego „przeciwnika”. Jego zainteresowanie Jezusem było zatem czysto interesowne. Chodziło mu o zachowanie ciągłości władzy i królowania na ziemi. Informacja o tym, że przyjdzie „Ktoś” potężniejszy od niego, paraliżowała go do szpiku kości…

Spotkaliśmy zapewne w naszym życiu wielu ludzi, którzy byli lub są naszymi „przyjaciółmi”. Są nimi dlatego, bo mają w tym swój prywatny interes: kariera, pieniądze, znajomości… Niestety są to częste przypadki w dzisiejszym świecie. Dla kariery wielu dziś jest w stanie poświęcić wszystko: przyjaźń, zdrowie, honor… Dowiadujemy lub się więcej o takich przypadkach zwłaszcza wtedy, kiedy to my sami potrzebujemy realnej pomocy. Wtedy nie ma sentymentów, bo wychodzi ludzki egoizm, który demaskuje przykrą prawdę o drugiej osobie…

Nie zrażajmy się jednak takim postępowaniem, tylko mimo wszystko bądźmy nadal sobą, tzn. wciąż próbujmy być dobrymi ludźmi. Z tego będziemy bowiem rozliczani, szczególnie z zaangażowania naszego serca…

3 pytania na dobranoc i dzień dobry

1. Czy spotkałeś na swojej drodze człowieka interesownego?
2. Jak postępować z ludźmi, którzy w relacjach z innymi widzą tylko „własny business”?
3. Czy „opłaca się” dziś nadal być dobrym człowiekiem?

I tak na koniec…

„Człowiek, który dla interesu poświęca swój honor, traci i swój honor, i swój interes” (Michel de Montaigne)