W kadłubie pewnego olbrzymiego statku znajdowała się mała śrubka. Malutka i niezauważalna, która tak samo jak wiele innych, równie mało ważnych śrubek, łączyła ze sobą olbrzymie metalowe płyty. Podczas długiej podróży przez Ocean Indyjski, mała śrubka stwierdziła, że ma już dosyć swojej szarej i przez nikogo nie zauważanej egzystencji (przez wiele lat nie znalazł się nikt, kto by za to wszystko, co robiła, powiedział chociażby małe „dziękuję”). Stwierdziła wówczas: „Mam tego dość! Odchodzę!”. „Jeśli ty odejdziesz, odejdziemy również my!”, powiedziały pozostałe śruby.Rzeczywiście, zaledwie tylko mała śrubka zaczęła tańczyć po swoim niewielkim mieszkanku, również pozostałym przyszła ochota odkręcenia się. W tym uwolnieniu pomagała im każda przepływająca fala.

Wówczas wszystkie gwoździe, które łączyły ze sobą kadłub statku protestowały: „W ten sposób również i my będziemy zmuszeni, aby porzucić swoje zajęcie…”. „Na miłość boską, opamiętajcie się!”, krzyknęły do śrub metalowe płyty. „Jeśli nie będzie nikogo, kto spowoduje, że będziemy się razem trzymały, nie uda nam się przeżyć!”. Bunt małej śrubki, która zaczęła odmawiać swojego obowiązku, zaraził w mgnieniu oka pozostałe części gigantycznego statku. Dziób statku, który wcześniej z odwagą przecinał potężne fale oceanu, zaczął nagle żałośnie skrzypieć i drżeć. 

Wtedy to wszystkie płyty, więzy, listwy, śrubki, a nawet malutkie gwoździe, skierowały swą odezwę do zbuntowanej śrubki, błagając ją, aby zechciała zaniechać swojego zamiaru: „Cały statek roztrzaska się, zatonie i nikt z nas nie zobaczy już więcej ojczyzny. Dopiero wówczas mała śrubka poczuła się wreszcie zauważona, zrozumiała nagle, że jest kimś o wiele ważniejszym, niż myślała. Postanowiła oznajmić wszystkim, że zdecydowała się pozostać na swoim miejscu (Mała śrubka, Bruno Ferrero)

Dziś, od Ewangelisty św. Jana usłyszeliśmy o ziarnie, które musi poddać się „procesowi obumierania”, aby mogło stać się początkiem życia i zrodzić plan obfity. Te słowa wypowiedział Chrystus i skierował je do Andrzeja i Filipa – dwóch swoich Apostołów. Warto dziś zatem zadać sobie pytanie, co znaczy słowo „obumierać”? Co Chrystus chciał nam przekazać, mówiąc słowa o obumieraniu ziarna? 

„Obumierać”, to znaczy nic innego jak przezwyciężać samego siebie, a zwłaszcza w tym, co w człowieku jest złe lub niedoskonałe. Inaczej mówiąc: przekraczać samego siebie, dążąc do coraz lepszego postepowania. Zdobywa się to poprzez wysiłek, zaangażowanie, systematyczność, ale też w wielu momentach poprzez zaparcie się samego siebie, czyli przezwyciężanie przyzwyczajeń. W konkretnej sytuacji codziennych dni „obumierać”, tzn. nie poddawać się od razu m.in. złemu humorowi, który jak wiemy często zmienny jest. Czasami jest tak, że trzeba uśmiechać się przez gorzkie łzy: do siebie i do innych. To tak, jak mówi poeta J. Liebert:

„Uśmiecham się. W uśmiechu
Jest cała prawda smutku.
Ale nikt, nikt nie widzi
Jak płacze po cichutku”.  

Obumieranie, to zrzucenie dotychczasowych zmiennych nastrojów, to często przezwyciężanie własnych kaprysów, wylewania niepotrzebnych zbędnych żali, wyzbywanie się niechęci do ludzi. To również odrzucenie w kąt nienawiści! Tych przykładów, czym może być „obumieranie” można mnożyć w nieskończoność. 

W pozytywnym tego słowa znaczeniu, „obumieranie” to nic innego, jak uczynienie ofiary po to, aby ta ofiara mogła stać się początkiem otwartości w stosunku do drugiego człowieka. Wyjście poza siebie, aby w pełni zrozumieć intencje drugiej osoby.

Słowa Chrystusa: „Jeśli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo” są pewnego rodzaju ostrzeżeniem. Przede wszystkim przestrogą przed samotnością, której chyba nikt na tym świecie nie lubi. Samotność bowiem zabija bardziej i skuteczniej niż niejedna broń na świecie. 

Drugiej osoby, nikogo nie można zostawić w potrzebie. Nie można zostawić żadnej istoty ludzkiej w okrutnym osamotnieniu. Tę prawdę zrozumiało wielu ludzi na tym świecie, w tym młoda nauczycielka Ludwika Wawrzyńska, która kiedyś w Warszawie, 8 lutego 1955 roku, usłyszała krzyk dzieci w płonącym budynku – baraku, obok którego akurat wtedy przechodziła. Bez chwili zastanowienia, wskoczyła do tego baraku, aby nieść pomoc potrzebującym. Wyniosła z płomieni i uratowała od śmierci troje dzieci. Sama poniosła śmierć – nie spłonęła na miejscu – okrutnie poparzona, przeniesiona do szpitala, zmarła 10 dni później. 

Inną bohaterką heroicznych czynów była włoska lekarka, dr. Martini. Leczyła ofiarnie chorych na raka środkami radioaktywnymi, czyli promieniowaniem. Zabezpieczenie dla niej nie było dla niej zbyt skuteczne. Wiedziała o tym i miała tego pełną świadomość cały czas pomagając ludziom. I w pewnym momencie przyszło to, czego można było się w tej sytuacji spodziewać: sama zapadła na raka krwi – białaczkę. Poświęciła swoje życie, ratując innych. Umarła, aby dać życie innym. Nie chciała bowiem zostać sama, bo samotność jest okrutną chorobą, niszczącą nadzieję człowieka, zwłaszcza w czasie jego śmiertelnej choroby.

Dla nas wierzących, nadzieją jest Chrystus, który wzywa nas dziś do obumierania, aby osiągnąć życie wieczne. Przygotowując się do Świąt Wielkanocnych, wzbudzajmy w sobie żal za własne grzechy, które oddalają nas od Boga. Obumierajmy ze złych skłonności, aby przynieść w końcu plon 30, 60 lub 100-krotny. W dużej mierze od nas zależy, jaki będzie końcowy efekt. Nasze zaangażowanie i praca znacząco wpływają na sukces odkrycia czegoś nowego i fascynującego. 

Przed wiekami, gdy przy kreśleniu map kartografom prędzej kończyły się znane lądy niż pergamin, rysowali smoki na brzegu zwoju. To był znak dla odkrywców, że wkraczają oto na nieznane obszary na własne ryzyko. Niestety niektórzy z nich odczytywali ten symbol dosłownie i obawiali się przekraczać granice znanego świata. Za to inni, bardziej żądni przygody, uznawali smoka za znak wielkiej szansy, wrota do nowych terytoriów.

Każdy człowiek ma w umyśle mapę zawierającą informacje wykorzystywane w kierowaniu codziennym postępowaniem. Podobnie jak na tych starożytnych, na naszych mapach również widnieją smoki. Czasem są to istotne ostrzeżenia. Jednak niekiedy przeszkadzają nam one w odkryciu czegoś nowego (Starożytne mapy, Roger Von Oech)

Stanisław Biel SJ pisze: „W odpowiedzi na prośbę Greków Jezus zapowiada swoje cierpienie, mękę, śmierć i zmartwychwstanie. Dzięki tym wydarzeniom przyciągnie wszystkich do Siebie (zbawi). Jest jak ziarno, które musi obumrzeć, by wydać stokrotny plon. Musi „stracić ziemskie życie”, by zyskać nowe, uwielbione i przemienione.

Obumierające ziarno uświadamia, że to, co najpiękniejsze i najcenniejsze rodzi się w bólu i cierpieniu. Nie ma miłości bez cierpienia. Prawdziwa miłość jest obumieraniem egoizmowi, „przebijaniem własnego serca” i wydawaniem go dla innych. „Obumieranie ja” jest zawsze bolesne i pozostawia ranę. Ale bez niej nie ma miłości. Jest egoizm. Poprzez „obumieranie sobie” naśladujemy Chrystusa, zbliżamy się do Jego miłości i miłości drugiego człowieka”[1].

Przekaz dzisiejszej Ewangelii jest taki, że jeśli człowiek „umrze dla świata”, ale jednocześnie narodzi się dla Pana, to wtedy odczuje wewnętrzny sens własnego istnienia na tej ziemi. Paradoksalnie, im bardziej odejdziemy od tego świata, tym bardziej możemy w nim żyć wolni od tego wszystkiego, co przeszkadza nam w pełni żyć. W taki stanie wewnętrznej wolności, która potem objawia się w wolności zewnętrznej, możemy jeszcze bardziej, głębiej i także efektywniej angażować się w nasze codzienne obowiązki i czynności w spotkaniu z Bogiem, samym sobą i drugim człowiekiem. Rzeczy materialne są jedynie środkiem do celu, jakim jest niebo. Jeśli mamy w sobie wewnętrzne przekonanie, że to, co robię jest dla Boga i Jego chwały, to nie tracę nic z siebie, ale odnajduje ogromna radość w tym co robię i to każdego dnia. Zakończę modlitwą św. Ignacego:

„Zabierz, Panie, i przyjmij całą wolność moją, pamięć moją i rozum, i wolę moją całą, cokolwiek mam i posiadam. Ty mi to wszystko dałeś – Tobie to, Panie, oddaję. Twoje jest wszystko. Rozporządzaj tym w pełni wedle swojej woli. Daj mi jedynie miłość Twoją i łaskę, albowiem to mi wystarcza. Amen”.

J 12, 20-33

Ziarno, które wpadłszy w ziemię obumrze, przynosi plon obfity

Wśród tych, którzy przybyli, aby oddać pokłon Bogu w czasie święta, byli też niektórzy Grecy. Oni więc przystąpili do Filipa, pochodzącego z Betsaidy Galilejskiej, i prosili go, mówiąc: «Panie, chcemy ujrzeć Jezusa». Filip poszedł i powiedział Andrzejowi. Z kolei Andrzej i Filip poszli i powiedzieli Jezusowi.

A Jezus dał im taką odpowiedź: «Nadeszła godzina, aby został otoczony chwałą Syn Człowieczy. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeśli ziarno pszenicy, wpadłszy w ziemię, nie obumrze, zostanie samo jedno, ale jeśli obumrze, przynosi plon obfity. Ten, kto kocha swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne. Kto zaś chciałby Mi służyć, niech idzie za Mną, a gdzie Ja jestem, tam będzie i mój sługa. A jeśli ktoś Mi służy, uczci go mój Ojciec.

Teraz dusza moja doznała lęku i cóż mam powiedzieć? Ojcze, wybaw Mnie od tej godziny. Ależ właśnie dlatego przyszedłem na tę godzinę. Ojcze, wsław imię Twoje!»

Wtem rozległ się głos z nieba: «Już wsławiłem i jeszcze wsławię». Stojący tłum to usłyszał i mówił: «Zagrzmiało!» Inni mówili: «Anioł przemówił do Niego». Na to rzekł Jezus: «Głos ten rozległ się nie ze względu na Mnie, ale ze względu na was. Teraz odbywa się sąd nad tym światem. Teraz władca tego świata zostanie wyrzucony precz. A Ja, gdy zostanę nad ziemię wywyższony, przyciągnę wszystkich do siebie».

To mówił, oznaczając, jaką śmiercią miał umrzeć.


[1] https://deon.pl/wiara/komentarze-do-ewangelii/panie-chcemy-ujrzec-jezusa-j-12-20-33,169236