W Australii zbliża się wielkimi krokami zima. Tymczasem w Polsce wiosna szaleje i ulice są już zielone. Drzewa wypuściły już dawno temu liście. W ogródkach jest wiele osób, które przycinają zeschłe gałęzie, sadzą nowe rośliny, a uprzednio wyrzucają resztki liści czy starych korzeni. Pamiętam, że w moim rodzinnym domu, mieliśmy małą działkę, ulokowaną parę kilometrów od naszego bloku. Jeździliśmy tam z bratem chętnie na naszych rowerach, aby odpocząć od szkoły, ale też i pomóc rodzicom i babci, która kochała to miejsce, przypominające jej rodzinne strony. 

Na tej działce mieliśmy sporo drzew wiśni, jedną czereśnię, gruszę, ale też i drzewo, na którym oczekiwaliśmy, że wyrosną jabłka – moje ulubione papierówki. To drzewo, jak na złość, zawsze nam chorowało, mimo, że poświęcaliśmy mu tak wiele czasu. Wyrastały na tej jabłoni albo małe, albo zgniłe jabłka, których nie dało się jeść. Najczęściej jednak to drzewo nie dawało żadnych owoców. Pamiętam, że co roku, mój tato mówił: „Dajmy tej jabłoni jeszcze szansę. Może tym razem jej się uda”. To trwało kilka ładnych lat… 

Któregoś pięknego dnia, powiedzieliśmy sobie z tatą, że niestety to drzewo trzeba będzie jednak wyciąć. I tak też zrobiliśmy. Ścięliśmy je u samego prawie dołu i gdy łopatami, bo w latach 80’tych nie było nic innego w sklepach, niż szpadel, wykopaliśmy korzeń, to podnosząc go, zauważyliśmy, że drzewko to rosło na… kamieniu. Ogromny głaz przeszkadzał temu drzewu rosnąć, a jej korzenie jedynie słabo go otulały, wisząc jakby w powietrzu. Korzenie nie mogły zatem się rozwijać, bo brakowało im sił, aby przebić się przez skamielinę. Drzewo, można powiedzieć tak obrazowo, zużywało całą energię na przystosowywaniu się do tych trudnych warunków, gdzie przyszło mu rosnąć. Była to walka z góry przesądzona, bo nic przecież nie urośnie na kawałku skały. 

Dziś Chrystus do nas mówi: „Ja jestem winnym krzewem, wy latoroślami”. Jezus zatem mówi nam o więzi, jaka jest między Nim a nami – Jego uczniami. Ta więź z Nim ma nam dawać soki życia, energię, którą potrzebna nam jest do wzrostu i przeżycia naszych kolejnych dni. Ta więź z Jezusem powinna być bardzo osobista. 

Dwoje kochających się ludzi, aby być z sobą, muszą przede wszystkim komunikować rozmawiać, przekazywać informacje, ale również słuchać, a przez to wciąż na nowo poznawać. W momencie, kiedy nie mają sobie już nic do powiedzenia, czy nie chcą słuchać, wtedy właśnie zaczynają pojawiać się kłopoty: wątpliwości, rozczarowania, czy podejrzenia. Tak jest w relacjach między ludźmi, ale tak jest również w relacjach między Bogiem a człowiekiem. Dlatego tak ważna dla nas chrześcijan jest modlitwa, bo to ona jest dla nas taką rozmową, wymianą myśli, przekazywaniem informacji, spotkaniem z Bogiem żywym. Modlitwa dodaje nam sił, których często nam brakuje, albo zdaje nam się, że ich nie mamy. To modlitwa potrafi „wyciągnąć” z bezradności, samotności, smutku, przygnębienia i apatii. To ona jest czasami ostatnią deską ratunku w chwilach załamania, bezradności czy choroby.

W wieku 15 lat, Maria Wiktoria zachorowała na chorobę, zwaną Poliatrite nudosa, która doprowadziła do amputacji rąk i nóg. To jak o tym mówi: „Każdą amputację przeżyłam bardzo boleśnie. Nikt nie jest w stanie pojąć mojego bezdennego cierpienia po stracie obu rąk, obu nóg… To może zrozumieć tylko ten, kto przeszedł tę samą tragedię. Nieraz skarżyłam się Jezusowi mówiąc: Panie Jezu, ja teraz już nie mogę Ciebie uważać za przyjaciela, skoro dopuściłeś na mnie takie nieszczęście. W czym Ci zawiniłam, Jezu? Pragnę już umrzeć. Jeśli nie chcesz mnie zabrać z tego świata, to daj mi siłę do dźwigania tego krzyża. Modliłam się coraz żarliwiej i czułam, jak każdego dnia wstępowało we mnie ukojenie i siła do znoszenia mojego kalectwa. Kiedy pod wpływem modlitwy ożywiała się moja wiara i miłość ku Bogu, zaczęłam nawet odczuwać radość? (…) Proszę gorąco Boga o to, abym mogła swoim słowem, swoim uśmiechem i przykładem własnego życia złagodzić smutek i ból tych wszystkich, którzy szukają u mnie pomocy duchowej. Mówię do nich: Pamiętajcie, moi przyjaciele, że bohaterami nie są tylko ci, którzy w czasie wojny zabili wielu nieprzyjaciół, ale także ci, którzy potrafią panować nad sobą, znosić cierpliwie wszelkie przeciwności i ze spokojem dźwigać swój krzyż. Teraz żyje w ustawicznej obecności Boga. Często z Nim rozmawiam bardzo serdecznie i przedstawiam Mu sprawy świata. W ciszy mojego pokoiku wsłuchuję się w Jego głos i otwieram moje serce na Jego działanie. Jest to wspaniałe doświadczenie duchowe, które przynosi mi wiele radości i koi wszelki ból”. 

Tylko osobista więź tej dziewczyny z Panem Bogiem pozwoliła jej na wydobycie ze swej twarzy autentycznego uśmiechu, który rozchodził się po innych i dawał nadzieję lepszego jutra dla wielu. Było to możliwe tylko dlatego, że była ona osobiście, bardzo mocno związana z Jezusem. Ewangelia nam dziś mówi o takiej właśnie więzi, która daje nam energię i soki do życia. Bez kontaktu z Panem Bogiem nasze życie będzie przypominało tą jabłoń, która bez korzeni dającej jej pożywienie, wegetowała i nie dawała żadnych owoców. Doceńmy siłę modlitwy. Doceńmy to, że właśnie ona daje nam kontakt z tym, który jest życiem i daje nam życie wieczne. Bóg widzi inaczej niż człowiek, potrzebne jest nam zaufanie, które zdobywa się na kolanach w czasie modlitwy. 

Pewien człowiek bardzo chciał poznać Bożą drogę, dlaczego świat wygląda jak wygląda. Kiedy położył się pod drzewem i rozmyślając nad tym prosił Boga o odpowiedź, stanął przy nim anioł i powiedział: – Chodź ze mną a pokażę ci drogi Pana. Nie namyślając się długo poszedł za aniołem. Spotkali na swojej drodze dwóch ludzi. Jeden człowiek zły wręczył złoty kielich drugiemu dobremu. Anioł zaczekał, aż zasną, zabrał kielich dobremu i zaniósł do złego. Człowiek idący z aniołem spytał: – Co robisz przecież to złodziejstwo. – Nie zadawaj pytań tylko chodź i patrz, a poznasz drogi Boże – odpowiedział anioł. 

Poszli więc dalej do chaty pewnego biednego człowieka. Gdy wyszedł z domu, anioł podpalił jego dom. Zirytowany człowiek idący z aniołem oburzył się na niego i zaczął gasić płomień, jednak anioł mu nie pozwolił: – Jak możesz podpalać dom tego biednego człowieka. Powinieneś pomagać ludziom, a nie ich dręczyć – krzyczał człowiek. – Powiedziałeś, że chcesz poznać zamysł Boga nie wtrącaj się więc tylko chodź dalej! 

Idąc dalej dotarli do strumienia i zatrzymali się przed kładką. Gdy zbliżył się ojciec ze swoim synkiem i weszli na kładkę, anioł przewrócił kładkę tak, że ojciec z synkiem wpadli do wody. Prąd wody porwał dziecko i utopiło się. Ojciec wyszedł z wody i zasmucony wrócił do domu. – Nie tego już za wiele. Zniosłem jak okradłeś sprawiedliwego, podpalałeś dom biednego człowieka, ale to że zabiłeś niewinne dziecko to za dużo. Nie jesteś żadnym aniołem tylko demonem – krzyczał człowiek zdzierając kaptur z głowy anioła. – Jestem aniołem wysłanym na ziemię przez Boga aby wypełnić Jego wolę na ziemi, a tobie wyjaśnić jaka jest Jego droga – odpowiedział. – Nieprawda Bóg taki nie jest. Na pewno nie kazał Ci robić tego co robisz – krzyczał dalej człowiek. – Dobrze! Opowiem ci dlaczego zachowałem się właśnie tak w każdej sytuacji. Otóż w kielichu, który zabrałem sprawiedliwemu człowiekowi była trucizna. Gdybym zostawił ten kielich człowiek ten otrułby się. Człowiek podstępny, który chciał otruć sprawiedliwego poniesie karę za swoje czyny. Biedny człowiek, któremu podpaliłem dom, znajdzie w zgliszczach wielki skarb, który pozwoli mu żyć dostatnio do końca dni. Człowiek, którego spotkaliśmy tu nad strumieniem, był złym człowiekiem. Nie chce znać Boga i prowadzi życie bardzo rozwiązłe. Po stracie swego małego synka, który i tak znajdzie się w Niebie, nawróci się do Boga i zmieni swe życie. Tak obaj będą w Niebie, Gdybym tego nie uczynił obaj zostaliby potępieni. Czy te wyjaśnienia pomogły ci zrozumieć wolę Bożą? 

Człowiek słuchając z zainteresowaniem opowieści anioła zrozumiał, że Bóg widzi wszystko inaczej i bardziej doskonale niż on sam. Zrozumiał też, że na wszystko ma najlepsze rozwiązanie, choć zewnętrznie wydaje się ono bardzo bolesne (Autor nieznany).

Przypowieść o winnym krzewie mówi nam także o przycinaniu winnego krzewu. Zabieg ten wygląda na bardzo bolesny zabieg, ale jest on konieczny, nieodzowny do tego, aby krzew wydał dorodny owoc. Trwanie w Chrystusie to niejednokrotnie cierpienie, krzyż, udręka, samozaparcie i poświęcenie, które jest nam potrzebne, aby osiągnąć życie wieczne i cieszyć się radością w wieczności. Jedność z Bogiem to owoc i przeznaczenie naszego życia. Ten, który nas stworzył, powołuje nas do życie z Nim i w Nim w wieczności. 

Pan Jezus poucza nas przede wszystkim o jednym, abyśmy pamiętali o tym, że nasza z Nim łączność to dla nas sprawa „życie i śmierci”. Jesteśmy co prawda ludźmi wolnymi i możemy robić co tylko chcemy: kariera, poklask u wielu ludzi, czy też tworzenie projektów czy wynalazków nie z tej ziemi. Jeśli jednak nie będziemy w tym czasie tworzenia zapatrzeni w Jezusa, to wszystko co osiągniemy nie ma najmniejszego sensu, jeśli nie będzie trwali w Nim – Jezusie, który zapewnia nam życie wieczne. Można zatracić się w pracy i w codziennych obowiązkach i żyć bez sensu. Ale można tym wyzwaniom nadać sens pod warunkiem, że będzie w tym Jezus. 

Bardzo często słyszę, że Kościół dziś, to samo zło. Ma się też wrażenie, że wszystko, co najgorsze, to dziś kojarzy się właśnie z tym miejscem. Nie mówię oczywiście o budynku, tylko o ludziach, którzy do tego Kościoła należą i przychodzą się pomodlić do Boga – stwórcy nieba i ziemi, Jezusa – który za nas umarł i zmartwychwstał i uczy nas miłować bliźniego, także wroga; wreszcie Ducha św., który daje nam wiarę, nadzieję i miłość i przynosi „miłość, radość, pokój cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie”. (Ga 5,22-23).. Tymczasem „księża na księżyc”, bo popełniają samo zło, a ci, którzy przychodzą do kościoła na modlitwę, to tacy smutni i nie życiowi, nie postępowi, wręcz zacofani i niereformowalni. 

Wielu ludziom nie podoba się dziś to, że Kościół zakazuje tylu rzeczy i nazywa je po imieniu, jako konkretny grzech. Katolicka nauka moralna nie pozwala iść z trendami i rozwojem cywilizacji. Pytanie jakiej cywilizacji? Cywilizacji śmierci? Czy tam chcemy koniecznie iść?

Jezus miał doświadczenie śmierci. Zszedł dla nas na samo dno tej ciemności, do której dziś zdąża nie cała ludzkość, ale liderzy, którzy pół środkami chcą doprowadzić świat do samozagłady. Chęć zdobycie władza i pieniądza w historii świata pozbawiły niejednego człowieka życia. Rządza posiadania i bogactw zatruły środowisko, poróżniły rodziny i narody doprowadzając do dewastacji i śmierci. Dlaczego? Bo te osoby nie trwały przy Jezusie i Jego nauce i słowach. Miłość bliźniego zastąpiona została nienawiścią, która, jeśli raz rozpocznie żniwa, to nie kończy ich szybko. Zatruwa ona korzenie dobroci, życzliwości i miłości człowieka. Stąd tak ważne jest, abyśmy przy nim trwali bez względu na wszystko. Nie przez wzgląd na księdza, czy sąsiada lub sąsiadkę, przyjaciela, przyjaciółkę, męża czy żonę, czy dziecko, babcię czy dziadka… Nie! Mamy wpierw zadbać o nasze zbawienie! Jeżeli tęsknimy za harmonijną osobowością i dobrym charakterem, to Ewangelia przypomina nam dziś, że ich źródłem jest nasze trwanie w Jezusie.       

J 15, 1-8

Kto trwa we Mnie, przynosi owoc obfity

Jezus powiedział do swoich uczniów:

«Ja jestem prawdziwym krzewem winnym, a Ojciec mój jest tym, który go uprawia. Każdą latorośl, która nie przynosi we Mnie owocu, odcina, a każdą, która przynosi owoc, oczyszcza, aby przynosiła owoc obfitszy. Wy już jesteście czyści dzięki słowu, które wypowiedziałem do was. Trwajcie we Mnie, a Ja w was będę trwać. Podobnie jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie – jeżeli nie trwa w winnym krzewie – tak samo i wy, jeżeli we Mnie trwać nie będziecie.

Ja jestem krzewem winnym, wy – latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić. Ten, kto nie trwa we Mnie, zostanie wyrzucony jak winna latorośl i uschnie. Potem ją zbierają i wrzucają w ogień, i płonie. Jeżeli we Mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, to proście, o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni. Ojciec mój przez to dozna chwały, że owoc obfity przyniesiecie i staniecie się moimi uczniami».