Jest taki piękny film z 1972 roku pt. „Tragedia Posejdona”. W 2006 roku została nakręcona nowsza wersja tego filmu zatytułowana „Posejdon”. Wielu z nas może oglądało tę pierwszą wersję, którą ja widziałem w TV jako mały chłopiec. Dzieło to zostało nakręcone, gdy miałem roczek, a oglądałem go, jak miałem ok. 14 lat. Film wywarł na mnie tak mocne wrażenie, że kiedy przechodziłem wśród półek z filmami DVD, bez zastanowienia kupiłem ten klasyk filmowy umieszczając go w mojej filmotece. „Słodkie” wspomnienie z dzieciństwa, chociaż fabuła nie jest łatwa, bo mówi o katastrofie, a dla wielu współczesnych młodych może okazać się on „techniczną porażką”, bo dziś mamy przecież komputery, które w sposób prawie doskonały poprawiają i podkręcają dramaturgię całej akcji.

Wpierw może fabuła filmu, tak w skrócie: W noc sylwestrową tonie na pełnym morzu statek pasażerski „Posejdon”. W przeddzień katastrofy pastor wygłasza w kaplicy okrętowej kazanie. W tym kazaniu wypowiada takie słowa: „Nie błagajcie Boga o pomoc, błagajcie Go raczej o mężne serce. A wtedy ta cząstka Boga, która jest w was, ocali was”.

Słowa prorocze, bo gdy następnego dnia fale zalewają kolejno jedno pomieszczenie za drugim, ten właśnie pastor wraz z nieliczną garstką ludzi za cenę nadludzkich wysiłków robi wszystko, co w jego mocy, aby ich uratować. Sam ginie prawie przy celu ich ucieczki z tonącego statku, który obrócił się do „góry nogami”. Dlatego ludzie próbują dostać się na najniższy poziom statku. Na końcu filmu widać jak spód statku jest rozcinany i nadchodzi pomoc dla tych, którzy poszli za pastorem.

Apostołom Jezusa również groziło zatonięcie. „Fale tak biły w łódź, że łódź już się zanurzała” (Mk 4, 37). Sprawę pogarszał fakt, że działo się to w nocy. Sytuacja była beznadziejna. Pozostawało zatem, albo utonąć, albo poprosić Chrystusa o pomoc. Apostołowie wybrali to drugie rozwiązanie. Zaczęli wołać do Mistrza, pełni trwogi: „Nauczycielu, nic Cię nie obchodzi, że giniemy? On wstał, rozkazał wichrowi i rzekł do jeziora: „Milcz, ucisz się.”  Wicher się uspokoił i nastała głęboka cisza. Wtedy rzekł do nich: „Czemu tak bojaźliwi jesteście? Jakże wam brak wiary?…. (Mk 4, 38-40) Wiary!!!!

James C. Whittaker w książce We Thought We Heard the Angels Singing opisuje swoje przeżycia z czasów II wojny światowej. W czasie wykonywania zadań bojowych jego samolot uległ wypadkowi nad Pacyfikiem. 8 członków załogi uratowało się. Przez 21 dni dryfowali na trzech małych tratwach ratowniczych. Nie mieli ani żywności, ani wody. Wewnętrzną moc przetrwania czerpali z wiary i modlitwy. Kierowali ku Bogu spontaniczne modlitwy, wierząc Bogu bezgranicznie. James C. Whittaker był jedyną osobą niewierzącą w tym gronie. W 6. dniu głód i pragnienie coraz bardziej dawały się we znaki. Wieczorem modlili się żarliwie, żywiąc nadzieję, że na horyzoncie pojawi się jakiś statek lub samolot. Jednak horyzont pozostał pusty, a tragiczna rzeczywistość jeszcze mocniej przypominała im beznadziejną sytuację. Bezsilni spoglądali na pluskające w wodzie ryby. I nagle, ku ich zaskoczeniu, 2 ryby wskoczyły do jednej z tratew. To był ich pierwszy posiłek od 6 dni.

Następnego dnia mężczyźni w czasie modlitwy prosili Boga o deszcz. W krótkim czasie po tym nadciągnęła burza, zalewając ich strugami wody. Od tego momentu James C. Whittaker stał się wierzący. W 10. dniu wydarzyło się coś szczególnego. Po codziennych modlitwach głośno zaczęli wyznawać swoje grzechy. Było to wspaniałe wyznanie pokornej wiary w Boga. 13. dnia James prowadził po raz pierwszy wieczorne modlitwy. Modlił się bardzo żarliwie, błagając o ponowny deszcz. I rzeczywiście, jakby na zawołanie w niedługim czasie spadł rzęsisty deszcz. O tym wydarzeniu pisze w swojej książce: „Są pewne rzeczy, których nie możemy wyjaśnić prawami natury. Wiatr był przeciwny, a mimo to ściana deszczu zaczęła powoli przesuwać się w naszym kierunku. Ugasiliśmy nasze pragnienie oraz napełniliśmy wodą nasze pojemniki”. W 21. dniu dryfowania rozbitkowie ujrzeli ląd. James chwycił za wiosła. Po ponad 7 godzinach dotarli do brzegu. Uklękli na plaży i dziękowali Bogu za ocalenie.

James odczytał te wydarzenia jako znaki Boże, dzięki którym Chrystus zagościł w jego życiu. W okolicznościach, w jakich się znalazł, rozpoznał palec Boży i wyznał, że Chrystus jest jego Panem i Bogiem.

Gdy nasze dni płyną spokojnie, nie pytamy, dlaczego tak się dzieje. Uważamy, że tak powinno być. Nie da się jednak uniknąć życiowych burz. Jedne przezwyciężamy własnymi siłami. Gdy przychodzą bardziej gwałtowne, wołamy o pomoc. Wyciągają się wtedy przyjazne, ludzkie dłonie. Jesteśmy uratowani. Bywają także fale tak ogromne, że nawet przyjazna, ludzka dłoń opada bezradnie. Zostaje wtedy wołanie do Wszechpotężnej Istoty; z tego wołania zawsze rodzi się owoc, którego smaku może nawet nie przeczuwamy. Tak rodzi się w nas wiara, która nie powinna rodzić w nas lęku, lecz z potrzeby serca. Pamiętamy słowa tego pastora:

„Nie błagajcie Boga o pomoc, błagajcie Go raczej o mężne serce. A wtedy ta cząstka Boga, która jest w was, ocali was”.

Nasz realny kontakt z Jezusem zaczął się przez chrzest. Nie był to tylko obrzęd symboliczny, włączający nas do grona Jego wyznawców. Przez sakrament chrztu Chrystus rzeczywiście uczynił nas dziećmi Bożymi, uczestnikami swojego Boskiego Synostwa, rzeczywiście też zanurzył nas w swojej śmierci i zmartwychwstaniu, aby uzdolnić nas w ten sposób do opierania się grzechowi oraz do życia wiecznego. Ale tylko dlatego chrzest ma tak wielką moc, że to Chrystus go ustanowił. To z Jego woli chrzest jest skutecznym znakiem naszych narodzin dla Boga. Jest początkiem zadeklarowania naszej wiary.

Dlatego jako chrześcijanie, wierzymy głęboko, że każda sytuacja, w jakiej znajduje się człowiek, zawiera w sobie jakieś Boże wezwanie i stanowi dla człowieka jakąś szansę. Jeśli nie szukamy Boga w spokojnych chwilach naszego życia, prawdopodobnie nie znajdziemy Go, gdy przygniatać nas będą różnego rodzaju nieszczęścia. Jeśli zaś nauczymy się szukać Boga i ufać Mu w spokojnym czasie, na pewno odnajdziemy Go w chwilach życiowych prób. Dlatego dziś o wiarę „na dobre i na złe” w naszym codziennym życiu prośmy o to Boga. Aby w czasie spokoju i nawałnicy, to ona podtrzymywała nas w radości przeżywania naszego życia.

——————

Mk 4, 35-41

Gdy zapadł wieczór owego dnia, rzekł do nich: Przeprawmy się na drugą stronę. Zostawili więc tłum, a Jego zabrali, tak jak był w łodzi. Także inne łodzie płynęły z Nim. Naraz zerwał się gwałtowny wicher. Fale biły w łódź, tak że łódź już się napełniała. On zaś spał w tyle łodzi na wezgłowiu.

Zbudzili Go i powiedzieli do Niego: Nauczycielu, nic Cię to nie obchodzi, że giniemy? On wstał, rozkazał wichrowi i rzekł do jeziora: Milcz, ucisz się! Wicher się uspokoił i nastała głęboka cisza.

Wtedy rzekł do nich: Czemu tak bojaźliwi jesteście? Jakże wam brak wiary? Oni zlękli się bardzo i mówili jeden do drugiego: Kim właściwie On jest, że nawet wicher i jezioro są Mu posłuszne?