Ksiądz Marian Bendyk podaje przykład z powieści pt. „Kraj niewidomych” H.G. Wells’a taką historię: „Kiedyś, jeden podróżnik zabłądził w czasie burzy w górach i znalazł się w nieznanej mu dolinie. Odnalazł osadę i jak potem się okazało, wszyscy mieszkańcy tej osady byli niewidomi. To, że nie widzieli, uważali za coś normalnego, a to, co usłyszeli od dziwnego przybysza o tym jak ten świat wygląda, uznali za nieprawdopodobne, nierealne, nie potrafili pojąć i ogarnąć własnym umysłem. W końcu przysłuchując mu się kolejny raz, uznali go za „szalonego” i… postanowili oślepić, aby uznać go „normalnym”, czyli podobnym do nich…  

Tekst fragmentu Ewangelii św. Marka (6, 1-6a) mówi nam o taki właśnie niezrozumieniu i odrzuceniu przez mieszkańców Nazaretu Tego, który w tym właśnie mieście się wychował. Słowa Pana Jezusa, Jego nauka, cuda, o których było przecież głośno, nie były wystarczającym argumentem za tym, aby uznać Go za kogoś wyjątkowego. Pytali ze zdumieniem: „Skąd On to ma? I co za mądrość, która jest Mu dana? I takie cuda dzieją się przez Jego ręce? Czyż nie jest to cieśla, syn Maryi, Józefa…?” (Mk 6, 2-3).

Znaki, które czynił Jezus i świadectwo Jego życia, nie były wystarczającym argumentem, aby uznać Go za tego, który został wybrany przez Boga Ojca. Na bazie tego dzisiejszego krótkiego tekstu Ewangelisty św. Marka, możemy dziś zadać sobie samemu pytanie, czy może w naszym codziennym życiu zdarzają się takie sytuacje, gdy nie potrafimy uznać czyjegoś talentu, który przecież każdy z nas od Boga otrzymał? Jak często pojawiają się sytuacje w których nie potrafimy zaakceptować i dostrzec nawet faktu, że druga osoba otrzymała specjalny dar. I niech to będzie dar śpiewu, dobrej pamięci, nauki języków, itp., np. zmysł artystyczny, organizatorski czy przywódczy. Nie mieści się nam może w głowie, że ten, które ze mną wzrastał, chodził do szkoły czy z którym spędzałem tyle czasu, ten właśnie człowiek jest obdarzony takim, a nie innym darem – talentem. Często zamiast ucieszyć się czyimś sukcesem o tego, że go w sobie ta osoba odkryła i realizuje, pojawia się w naszym sercu i umyśle, samej duszy zazdrość czy zawiść.   

Niebezpieczeństwo właśnie takiego podejścia do życia polega na tym, że zamiast tworzyć własne życie, realizować własne plany, odkrywać w sobie kolejne talenty, realizować własne plany i marzenia, często skupiamy się na innych, na ich talentach, co powoduje wręcz niemożliwość podjęcia i realizacji własnych planów. Pojawia się wtedy zazwyczaj rozgoryczenie, lament, narzekanie, wołanie o zmianę takiej sytuacji, porównywanie się z innymi, co jakby wiąże nam ręce w podjęciu jakiejkolwiek decyzji, aby zmienić obecną sytuację. A każdy z nas jest przecież inny. Każdy z nas otrzymał zupełnie inne talenty i to od nas zależy, czy chcemy dowiedzieć się jak one się nazywają. 

Tak było z mieszkańcami Nazaretu. Nie byli w stanie pojąć, że ten z którym wzrastali, który żył z nimi i pracował, może być kimś nadzwyczajnym. Zazdrość i zawiść mieszkańców Nazaretu zupełnie zaskoczyła Jezusa, stąd te gorzkie słowa z Jego ust: „Tylko w swojej ojczyźnie, wśród swoich krewnych i w swoim domu może być prorok tak lekceważony”. Dlatego też z powodu ich niedowiarstwa „nie mógł tam zdziałać żadnego cudu, jedynie na kilku chorych położył ręce i uzdrowił ich” (Mk 6, 5). Zazdrość i zawiść mają to do siebie, że nie pomagają, ale wręcz utrudniają człowiekowi w obiektywnym spojrzeniu na samego siebie. Są taki sidłami, które nie pozwalają „pogodnie żyć”, prowadzą do zagłady „pierwiastka życia”, które w każdym człowieku jest obecne. Odbierają one życie, zabierając je bezpowrotnie.

Starożytni Grecy cenili piękno ludzkiego ciała i dbali o jego sprawność fizyczną. To oni dali początek igrzyskom olimpijskim. Zwycięzcy z Olimpu byli czczeni jako bohaterowie, a nawet wręcz jak bogowie. Na publicznych placach stawiano im pomniki, posągi, a nawet budynki z dziedzińcami. Te posągi przez wielu współzawodników niechętnie były oglądane. Zazdrość i zawiść „wisiały w powietrzu”. Wielu z nich chciało zająć miejsce swoich przeciwników. Kiedyś jeden z przegranych zawodników postanowił zniszczyć posąg zwycięzcy. Próbował ten posąg przewrócić, aby ten posąg rozpadł się na drobne kawałeczki. I kiedy już ten posąg pchnął, nagle stracił równowagę, upadł na ziemię, a posąg tymczasem spadł… centralnie na niego. Przygniatając go, doprowadził do jego śmierci. 

Zawiść i zazdrość zabiły tego człowieka, bo „wyhodował je”, wręcz „wypielęgnował” w swoim sercu jak rośliny. To zawiść i zazdrość były przyczyna jego odejścia z tego świata. Co za smutna śmierć. Zamiast cieszyć się sukcesem przeciwnika i zapytać go, jak dokładnie go osiągnął, aby poprzez pracę próbować zdobyć podobny sukces, a nawet lepszy, to on wybrał drogę buntu i niezadowolenia, która doprowadziła go do opłakanego stanu nienawiści, a ona ma to do siebie, że zamyka człowieka w samym sobie i nie daje szansy rozwoju. 

W wielkim lesie razem z innymi drzewami rosła jodła. Zimą śnieg okrywał las białym płaszczem, a w lecie słońce pieściło drzewa ciepłymi promieniami. Ptaki, które przylatywały wić sobie gniazda w gałęziach jodły opowiadały jej różne ciekawe historie z dalekich krajów. Jodła jednak nie była zadowolona i stale narzekała, pragnąc tego, czego nie mogła mieć i zazdroszcząc przede wszystkim tym drzewom, które były ścinane i wywożone przez ludzi ku nie wiadomo jak wspaniałej przyszłości.

Wreszcie pewnego dnia również i jodłę ścięto i zawieziono do miasta. Umieszczono ją w doniczce pośrodku wielkiego pokoju. Potem przyszło kilka osób, które ozdobiły drzewko małymi świecącymi przedmiotami, słodyczami i zabawkami różnego rodzaju. Kiedy nadszedł wieczór do jasno oświetlonego salonu wbiegły dzieci, które krzycząc i podskakując bezlitośnie obłupiły drzewo ze wszystkich ozdób i zadowolone poszły sobie. Jodłę odarto wtedy ze wszystkich błyskotek i zaniesiono na strych, gdzie zostawiono ją w ciemnościach razem z innymi niepotrzebnymi rzeczami. Kiedy została sama, zaczęła gorzko płakać nad swoim smutnym losem i z rozrzewnieniem wspominała dni spędzone w wielkim lesie, których wcześniej nie umiała docenić.

Czas mijał nieubłaganie. Pewnego dnia jacyś ludzie przyszli na strych, wzięli uschłe już drzewko, porąbali je na kawałki i wrzucili do ognia. Spowita płomieniami jodła płonęła szybko, od czasu do czasu trzeszcząc boleśnie.

Z dumnej jodły, która rzucała wyzwanie wiatrowi wkrótce zostało już tylko trochę popiołu.

Trzeba zawsze cieszyć się tym, co mamy. Nieokiełznane pragnienia i ślepa zawiść mogą doprowadzić do rozczarowań i utraty własnego szczęścia. Warto o tym pamiętać.. (opowiadanie: „Dumna jodła”, autor: Ezio del Favero, książka: Jest taki dzień”)[1]

Dlatego nie wolno dopuścić do siebie zazdrości i zawiści, ale także „nikogo nie wolno nienawidzić i nikim nie wolno pogardzać. Dlatego, że nienawiść i pogarda są niszczące – niszczą tego człowieka, którym pogardzam, bo nie zostawiają mu już szansy na odmianę. I niszczą też mnie – bo skoro jest we mnie nienawiść, to znajdzie się miejsce i na zło” (Małgorzata Musierowicz).   

Dziś módlmy się w sposób szczególny w intencji ludzi, którzy swoją krytyką, negacją wszystkiego, pogardą, niedowierzaniem, zazdrością i zawiścią, wprowadzają w swoje serca i w serca innych ludzi niepokój. Nie dają im przez to spokojnie żyć i funkcjonować. Oby spotkanie z Jezusem zmieniło to postępowanie, dając tym samym szanse na rozwój. Oby każdy z nas widział w drugim człowieku kogoś obdarzonego przez Boga talentami, a nie zatrzymywał się na jego pochodzeniu.

Paweł Gołuch
Mam talent[2]

Czy ja talent mam? No wiecie!
Chyba nikt na całym świecie

Nie pochwali się przed Wami
Tak licznymi talentami.

Umiem zrobić w piaskownicy
Pałac, wyższy niż w stolicy,

Albo zamek co się zowie!
Znacznie większy niż w Krakowie!

Bardzo lubię trampolinę.
W okolicy z tego słynę,

Że wystarczą mi trzy skoki,
Aby wzbić się nad obłoki.

Tam, przez szyby samolotów,
Macham czasem do pilotów.

W całkowitej wręcz ciemności,
Jedna kredką, bez trudności,

Piękny obraz namaluję.
Tańczę, śpiewam, recytuję.

A do tego, mogę przysiąc,
Znam na pamięć wierszy tysiąc.

Na cymbałkach gram Szopena,
Na trójkącie – Beethovena.

Doskonałym jestem nurkiem –
Kiedy maskę mam i rurkę

Zanurkować jestem w stanie
Nawet na dno w oceanie.

Umiem szybciej biec od konia,
Jedną ręką podnieść słonia,

Znam się na magicznych trikach –
Umiem latać, umiem znikać,

Umiem przejść przez drzwi zamknięte.
A największym mym talentem,

Tutaj szczerze się przyznaję,
Jest… opowiadanie bajek!

Moi drodzy, nasze życie nie jest bajką. Musimy do tego życie podejść na serio. Realizujmy swoje wszystkie plany wykorzystując nasze talenty, które niech dadzą nam radość życia i prowadzą nas do Boga.

Mk 6, 1-6

Jezus lekceważony w Nazarecie

Jezus przyszedł do swego rodzinnego miasta. A towarzyszyli Mu Jego uczniowie. Gdy zaś nadszedł szabat, zaczął nauczać w synagodze; a wielu, przysłuchując się, pytało ze zdziwieniem: «Skąd to u Niego? I co to za mądrość, która Mu jest dana? I takie cuda dzieją się przez Jego ręce! Czy nie jest to cieśla, syn Maryi, a brat Jakuba, Józefa, Judy i Szymona? Czyż nie żyją tu u nas także Jego siostry?» I powątpiewali o Nim.

A Jezus mówił im: «Tylko w swojej ojczyźnie, wśród swoich krewnych i w swoim domu może być prorok tak lekceważony».

I nie mógł tam zdziałać żadnego cudu, jedynie na kilku chorych położył ręce i uzdrowił ich. Dziwił się też ich niedowiarstwu. Potem obchodził okoliczne wsie i nauczał.


[1] https://opoka.org.pl/biblioteka/B/BB/promic_jodla.html

[2] http://wierszykidladzieci.pl/goluch/talent.php