Sobotnie przedpołudnie we Frankfurcie, Niemcy Zachodnie. Poszedłem zrobić zakupy. Przede mną szedł Hindus. Nagle pochylił się, podniósł coś z chodnika. Zatrzymał się. Z teczki wyjął śnieżnobiałą chusteczkę… Przypatrywałem się uważnie: – „Co on trzyma w ręce…?”. Tak, to była nadgryziona, zabrudzona kromka białego chleba. Popatrzył na mnie, a kiedy owijał chusteczką podniesioną kromkę, powiedział: – „W mojej ojczyźnie chleb jest święty…”.

Dzielenie się z drugim człowiekiem tym, co się ma nie jest łatwe. Zwłaszcza wtedy, kiedy czujemy, że sami mamy mało. Dzielenie się tym, co nam zbywa jest czasami nawet trudniejsze, bo często ciężko zrozumieć potrzeby biednych. Chleb jest symbolem nie tylko życia, które daje człowiekowi energię, ale przede wszystkim jest gestem otwartej i życzliwej ręki, która wspomaga drugiego, dając mu energię do życia duchowego.

Jezus dzielił się z ludźmi chlebem życia, którym był On sam. W każdej Eucharystii dotykamy tej tajemnicy, w której Chrystus daje nam się cały pod postacią chleba, wody i wina. Tu w Eucharystii dotykamy Tajemnicy bycia częścią ciała Chrystusa, który za nas oddał życie. Chleb Chrystusa daje nam życie energię do życia doczesnego, ale jest też chlebem dającym zadatek życia wiecznego. 

W domu świątobliwego rabina, nigdy nie było pieniędzy w nadmiarze, ale wtedy, kiedy zastukał do drzwi pewien biedak, nie było naprawdę ani grosza. Mistrz dał wtedy potrzebującemu pierścień. Po chwili dowiedziała się o tym żona rabbiego i wielkim głosem zaczęła biadać, że oddał taki kosztowny klejnot; zdobny w ogromny szlachetny kamień, jakiemuś obcemu żebrakowi. Wtedy pobożny mąż kazał zawołać biedaka i rzekł: – „Właśnie dowiedziałem się, że pierścień, który ci dałem, ma dużą wartość. Uważaj więc, żeby go nie sprzedać za tanio”.

Dzielenie się z innymi ludźmi tym, co się posiada jest pięknym gestem, który wciąż uświadamia nam, że nie żyjemy tylko sami na tym świecie. Drugi człowiek jest nam dany i zadany, abyśmy mu pomagali przede wszystkim w jego wzroście duchowym. Tylko w ten sposób możliwe jest dzielenie się tym, co posiadamy, kiedy nasze serce jest otwarte na współprace i dobro, które dajemy i sami przyjmujemy.

Jezus dzielił się ze swoimi uczniami wszystkim, ale przede wszystkim dobrym słowem. To ono kształtowało charaktery apostołów i to dzięki niemu wiedzieli czego oczekuje od nich ich Mistrz. Jezus dzielił się całym sobą, dlatego była tak silna więź psychiczna, emocjonalna i duchowa, która nadała charakter ich misji, której podjęli się bez zmrużenia oka.

Bóg nie mierzy tą samą miarą, co człowiek. Człowiek niestety ma ograniczenia, a Bóg ich nie ma. Jeśli pozwolimy mu w nas działać, wtedy osiągniemy o wiele więcej niż jeśli działamy tylko sami, tak na własną rękę. Bóg daje wszystko, ale od człowieka zależy, ile z tego przyjmie. Jeśli bowiem zamknie się on na Jego łaskę, to Bóg to zaakceptuje, ale jednocześnie wie, że działanie człowieka spowoduje o wiele mniejsze owoce. Bóg nie kocha człowieka ze względu na ilość owoców, które on przyniesie, zdobędzie czy stworzy. Nie! On kocha człowieka za to, że jest i jego małe gesty miłości wobec innych ludzi. Jego skuteczność zależy od serca człowieka. Jeśli ta gleba przyjmę ziarno Boga, to jego wzrost będzie wielki. 

Zrozumiała to „starsza kobieta na plaży”. Kiedyś rodzina złożona z pięciu osób miło spędzała dzień na plaży. Dzieci kąpały się w oceanie i budowały zamki z piasku, gdy nagle w oddali pojawiła się mała stara kobieta. Jej siwe włosy rozwiewał wiatr, ubranie było brudne i postrzępione. Mamrotała coś do siebie, zbierając jakieś rzeczy leżące na plaży i wkładając je do swojej torby. 

Rodzice zawołali dzieci do siebie i kazali im trzymać się daleko od tej starej kobiety. Gdy ich mijała, schylając się tu i tam i coś podnosząc, uśmiechnęła się do rodziny. Lecz jej powitanie nie zostało odwzajemnione. 

Wiele tygodni później dowiedzieli się, że mała stara kobieta postanowiła poświęcić całe swoje życie, na zbieranie kawałków szkła leżących na plaży, aby dzieci nie skaleczyły sobie stóp[1].

Drobne gesty miłości są jak mąka, która tworzy chleb. Każde niewidoczne ziarenko, czy wręcz zmielony pył tej mąki tworzy jego całość posiłku, który pozwala nam żyć. Odrobina okruchów tego chleba potrafi nakarmić każdego z nas, a zwłaszcza wtedy, kiedy przekazywany jest nam w dobrej mierze, z dobrego serca, z miłości międzyludzkiej. To od nas zależy jakie serce chcemy mieć i dla kogo będzie ono biło. Zależy też ono od gleby, którą nim wyłożymy, czyli nasycimy nasze uczucia, emocje, rozum. 

Warto zawsze siebie pytać, czy jestem „zjadliwy” dla innych? Czyli inaczej, czy inni są w stanie strawić moje zachowanie, moje słowa, sposób bycia? A może właśnie nie i jestem dla innych „niestrawny”, czyli nie do zaakceptowania w swoim sposobie bycia. 

Dagmara Zalasa w swoim tekście pt. „Być dobrym jak chleb” pisze: „Każdy z nas ma być człowiekiem, który jest „jadalny”. Jesteśmy powołani to tego, by być sługami Jezusa Chrystusa i karmić powierzonych nam ludzi. A czy ja jestem „jadalny”? Może moja obecność nikogo nie karmi? Na ile jestem „jadalny”, a nie ile zatruwam życie innym? Czy dążę do tego, by być dobrym jak chleb? Zdarza się tak, że przed Bogiem człowieka pada na kolana, gorliwie się modli, mówi: „Ty jesteś Panem”, a wychodząc do ludzi próbuje wszystkich przekonać do tego, że to on jest panem, z łatwością krzyczy, mówi złe słowa i spisuje drugiego na straty, zamiast dać mu nadzieję na odkrycie miłości. Może być tak, że się modli, podnosi ręce do góry, uwielbia Boga, ale jest nieznośni we wspólnocie. Powoduje rozłam, a nie przynosi pokoju”.

Oczywiście każdy z nas ma prawo być takim, jakim chce być, ale jest w społeczeństwie pewien bufor, tzw. „poziom akceptowalności” zachowania wobec innych i także nas samych, którego nie wolno nikomu przekraczać. Granica ta, to nasza zewnętrzna i wewnętrza przestrzeń, której nie wolno nikomu przekraczać. Jest to np. atak fizyczny czy słowny, który robi drugiemu człowiekowi krzywdę. Pięści wymierzone wobec innych, czy przeciwko nam to zachowanie, które nie powinno mieć nigdy miejsca. Ale również słowem możemy zrobić komuś krzywdę: obmowa, oczernianie czy kłamstwo na nasz temat to dziś częste praktyki, tylko po to, aby komuś zrobiło się źle na ciele i duszy. 

Tak bardzo brakuje nam dziś brania odpowiedzialności za nasze słowo, które często przynosi rozłam wewnątrz naszych serc i umysłów i we wspólnocie. Jest wielu, którzy chcieliby – tak z zazdrości – być na świeczniku, na pierwszych miejscach, nie biorąc jednak za to żadnej odpowiedzialności. Modne jest dziś zdobycia stanowiska w pracy i wynikające z niego profity. Chętnie je bierzemy, nie zastanawiając się za bardzo nad obowiązkami i wymaganiami z nich wynikających. Wielu dziś ludzi nie bierze na siebie tego, co powiedzieli czy zrobili zrzucając to na tak modne dziś sformułowanie, że to był względne, że zależy od sytuacji czy kontekstu. Tymczasem realna krzywda, która została komuś wyrządzona, zbiera swoje żniwa. Czyn jest czynem, słowo jest słowem, konsekwencją tego jest ludzka krzywda, bardzo często nieodwracalna. Często jedno zachowanie, jeden czyn, jedno słowo może zniszczyć komuś życie. 

Tymczasem Jezus zachęca nas, abyśmy byli dobrym chlebem, który daje radość, zdrowie i tym samym dobre życie innym ludziom. Tak modne jest dzisiaj „jedzenie śmieciowe” („junk food”), które zjadamy w obfitości, a które nie ma żadnych lub tylko minimalne walory odżywcze. Zaśmiecają one nasze żołądki, doprowadzając je do stanu krytycznego. Nasze ciała zamiast otrzymywać witaminy, dostają związki chemiczne, a zamiast siły jest w nas słabość z którą walczymy, a która w konsekwencji źle wpływa na naszą ogólną kondycję i smopoczucie. 

Podobnie jest w naszej relacji do Pana Boga. Zatrute myśli, toksyczne relacje i doświadczenia życiowe – to od nich bierze się choroba ducha, która nie pozwala nam być w bliskości z Panem Bogiem. Przez pryzmat złych doświadczeń patrzymy na Tego, który powinien być źródłem i naszego życia. Instynktownie czujemy, że tak funkcjonować nie możemy, ale nie potrafimy tego odmienić, bo nie wiemy już jak. Proces, który w nas się zaczął jest bardzo trudny do odwrócenia, ale możliwy tylko wtedy, jeśli są w nas ogromne pragnienia.  

Eucharystia jest miejscem, gdzie spożywamy nie tylko fizycznie ten chleb, ale jest on również mocą wspierającą naszego ducha. Św. Teresa z Lisieux powiedziała, że „Gdyby ludzie znali wartość Eucharystii, służby porządkowe musiałby kierowa ruchem i wejścia do Kościołów”. I jest to prawda, bo we wspólnocie wiernych otrzymujemy pomoc w tym, co dzieje się w naszym życiu. To na Eucharystii otrzymujemy przemieniającą moc Jezusa, który swoim słowem podnosi nas na duchu. 

Oby chleb eucharystyczny był dla nas każdego dnia pokarmem podtrzymującym życie doczesne, ale i dającym nam perspektywę życia wiecznego, ponieważ – jak powiedział Papież Franciszek”: „Eucharystia chociaż stanowi pełnię życia sakramentalnego, nie jest nagrodą dla doskonałych, lecz szlachetnym lekarstwem i pokarmem dla słabych”. Niech zatem każdy z nas czerpie siły ze Stołu Pana, który jest chlebem dającym życie doczesne i wieczne.  

J 6, 1-15

Rozmnożenie chleba

Jezus udał się na drugi brzeg Jeziora Galilejskiego, czyli Tyberiadzkiego. Szedł za Nim wielki tłum, bo oglądano znaki, jakie czynił dla tych, którzy chorowali.

Jezus wszedł na wzgórze i usiadł tam ze swoimi uczniami. A zbliżało się święto żydowskie, Pascha.

Kiedy więc Jezus podniósł oczy i ujrzał, że liczne tłumy schodzą się do Niego, rzekł do Filipa: «Gdzie kupimy chleba, aby oni się najedli?» A mówił to, wystawiając go na próbę. Wiedział bowiem, co ma czynić.

Odpowiedział Mu Filip: «Za dwieście denarów nie wystarczy chleba, aby każdy z nich mógł choć trochę otrzymać».

Jeden z Jego uczniów, Andrzej, brat Szymona Piotra, rzekł do Niego: «Jest tu jeden chłopiec, który ma pięć chlebów jęczmiennych i dwie ryby, lecz cóż to jest dla tak wielu?»

Jezus zaś rzekł: «Każcie ludziom usiąść». A w miejscu tym było wiele trawy. Usiedli więc mężczyźni, a liczba ich dochodziła do pięciu tysięcy.

Jezus więc wziął chleby i odmówiwszy dziękczynienie, rozdał siedzącym; podobnie uczynił i z rybami, rozdając tyle, ile kto chciał. A gdy się nasycili, rzekł do uczniów: «Zbierzcie pozostałe ułomki, aby nic nie zginęło». Zebrali więc i ułomkami z pięciu chlebów jęczmiennych, pozostałymi po spożywających, napełnili dwanaście koszów.

A kiedy ludzie spostrzegli, jaki znak uczynił Jezus, mówili: «Ten prawdziwie jest prorokiem, który ma przyjść na świat». Gdy więc Jezus poznał, że mieli przyjść i porwać Go, aby Go obwołać królem, sam usunął się znów na górę.


[1] https://adonai.pl/opowiadania/rodzinne/?id=78