Elektryfikacja była dla mojej rodzinnej wsi Oseredek wydarzeniem epokowym. Patrzyłem na to wydarzenie oczyma sześcioletniego dziecka. Niektórzy z mieszkańców nie chcieli elektryczności, mówiąc: „ A po co mi to, pójdę do sklepu do Pogudza, kupię sobie bańkę nafty i wystarczy mi do lampy na kilka miesięcy. A za podłączenie prądu nie będę tyle płacił”. Mimo oporu nielicznych, elektryfikacja wsi szła pełną parą.

Po ukończeniu robót, czekaliśmy na włączenie prądu. Ja zaś ze swoim kolegą Zenkiem skorzystałem ze szczególnej okazji zdobycia nowych „zabawek”. A mianowicie, elektrycy zostawili przy słupie elektrycznym, koło mego domu drabinę. Przy jej pomocy wspięliśmy się na słup i usiłowaliśmy poodkręcać, co piękniejsze „zabawki”. Nie pamiętam dokładnie, ale chyba udało się nam coś odkręcić, bo gdy włączono na wsi prąd, to we wszystkich domach było jasność tylko w moim panował mrok, tak mrok, bo światło lampy naftowej przy świetle elektrycznym wyglądało jak mrok. Byłem niepocieszony. Dopiero po kilku dniach i w naszym domu zabłysła wielka jasność.

Chrystus przychodzi do nas jako światłość. Przynosi człowiekowi światło zbawienia, ale człowiek nie chce nieraz tego światła, bo nie wie jak wielkie jest to światło i nic nie robi, aby się przekonać o jego wielkości. Albo zbyt przywiązał się do swoich „lamp naftowych”, do swoich „bożków” nie tylko tych dawnych pogańskich, ale tych bardziej współczesnych, jak pieniądz, sława, przyjemność itd. Nieraz też sądzi, że Bóg za dużo wymaga, że zbyt wysoką cenę trzeba płać za to boże światło, i tym sposobem omija człowieka największa światłość, która rozświetla mroki śmierci.

Są także tacy, którzy na swój sposób chcą się urządzić. Nieraz z narażeniem życia szukają „zabawek”, które choć na chwilę uczynią ich szczęśliwymi. Szukając tych zabawek, ignorująć jednocześnie prawa ludzkie i boże. Może chwilowo są szczęśliwi, bo coś tam udało się im „odkręcić”. Ale w ostatecznym bilansie omija ich prawdziwe Światło, które niesie zbawienie i trwałe szczęście[1].

Stąd myślę ta przestroga Jezusa, abyśmy byli jakby w pogotowiu. Mamy nieustannie czuwać, aby to Światło, które do nas przychodzi nie zostało przez nas pominięte. Wystarczy chwila nieuwagi i można przespać moment, który dla nas jest tak ważny, bo dotyczy przyjścia samego Jezusa – naszego Pana i Zbawiciela. Czytamy Jego słowa, który mówi: „Uważajcie na siebie, aby wasze serca nie były ociężałe wskutek obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych, żeby ten dzień nie przypadł na was znienacka, jak potrzask”. Jezus ma świadomość, że jest w nas duch, który pragnie wielkich rzeczy, ale jest też i ciało, które chce oddać się sprawom świata i w ten sposób człowiek oddala się od Ojca, który jest w niebie. 

Nasza czujność nie może być lekceważeniem i ignorowaniem słów Jezusa, gdyż może to zakończyć się naszym nieszczęściem.    

Wydarzenie to miało miejsce w niewielkim mieście na obrzeżach, którego zatrzymał się wędrowny cyrk. Najpopularniejszą postacią był klaun, który swymi żartami i sztuczkami rozśmieszał mieszkańców miasta. Pewnego popołudnia wybuchł pożar w cyrkowym namiocie. Dyrektor posłał do miasta klauna, aby ten wezwał ludzi na pomoc. Klaun niezwłocznie udał się do miasta i zaczął rozpaczliwie wzywać pomocy. Mieszkańcy patrzyli na niego i śmiali się. Nikt nie uwierzył jego słowom. Sądzili, że używa on nowej sztuczki, aby ich zwabić do cyrku. Klaun starał się przekonać ich, że cyrk rzeczywiście płonie. Ale im bardziej się starał, im bardziej był dramatyczny, tym większy wywoływał śmiech. Ostatecznie pożar strawił namiot cyrkowy i przeniósł się na zabudowania miasta. Wielu mieszkańców utraciło w pożarze dorobek całego życia[2].

Czuwanie to nie tylko stan naszego ciała, ducha, ale także i przede wszystkim sumienia. Jan Paweł II zadawał światu pytanie: „Co to znaczy «czuwam»? To znaczy, staram się być człowiekiem sumienia. Że tego sumienia nie zagłuszam i nie zniekształcam. Nazywam po imieniu dobro i zło, a nie zamazuję. Wypracowuję w sobie dobro, a ze zła staram się poprawiać, przezwyciężając je w sobie. To taka bardzo podstawowa sprawa…”.

Jezus zatem wzywa nas do życia rozważnego, pełnego refleksji, zadumy, ale przede wszystkim logicznego i realnego myślenia, a zwłaszcza, wobec tego, co proponuje nam współczesny świat. Jaki on jest, to wiemy. On chce, abyśmy bezmyślnie i bez jakiejkolwiek krytyki pochłaniali wszystko, co nam oferuje na wyciągnięcie ręki. Niestety w wielu wypadkach szkodzi to naszemu zdrowiu i naszej duszy. Serce, które pochłania i karmi się świecidełkami, staje się ociężałe i leniwe, bez pomysłu na życie, spłacające wszystko, co i kogo napotka na swojej drodze. Nie ma bowiem czasu na wejście w szczegóły, w głąb, w istotę czy samo sedno sprawy. Ignoruje bowiem sprawy najważniejsze i ocenia po pozorach. 

Pewien stary człowiek siedział wraz ze swoim 25-letnim synem w pociągu, który miał niebawem ruszyć. Wszyscy pasażerowie zajęli miejsca. Kiedy lokomotywa z wygonami ruszyła, młody chłopak był pełen radości i ciekawości. Siedział przy oknie. Wystawiał rękę przez okno i czując powiew powietrza krzyknął: „- Tato zobacz, wszystkie drzewa zostają za nami!”. Ojciec uśmiechnął się. Naprzeciwko nich siedziała młoda para, która widząc to wszystko zaczęła patrzeć z politowaniem na tego 25-letniego chłopaka, który zachowywał się jak małe dziecko. 

Nagle chłopak krzyknął ponownie: „Tato zobacz, chmury podążają razem z nami. Widzisz ten staw i zwierzęta”. Para ponownie spoglądnęła na chłopaka z zażenowaniem. Zaczęło padać i krople deszczu musnęły jego rękę. Ten, pełen radości zamknął swoje oczy. Po chwili znowu krzyknął: „Tato! Zaczęło padać, mam krople na dłoni, zobacz!”. Tym razem para już nie wytrzymała i odezwała się do ojca: „Dlaczego nie zabierze Pana swojego syna do dobrego lekarza?”.   

Stary człowiek uśmiechnął się i powiedział: „Już to zrobiłem – właśnie wracamy ze szpitala. Mój syn odzyskał dzisiaj wzrok – widzi po raz pierwszy w swoim życiu”. 

Zanim ocenisz człowieka i go zaszufladkujesz, powinieneś najpierw poznać jego historię![3] Dlatego tak bardzo Jezus przestrzega nas przed „lenistwem duchowym”. Serce, które jest ociężałe, leniwe, obarczone zupełnie niepotrzebnymi ciężarami, nie ma w sobie lekkości i elastyczności. Dlaczego? Bo jest zniewolone. Nasze życie duchowe zaczyna cierpieć, gdy jest w nas znieczulenie, zmęczenie, ciągła jakby nieobecność, lenistwo, brak koncentracji czy zwykła rutyna, czyli przyzwyczajenie. Tymczasem Jezus pragnie, aby w naszych sercach był głód przygody, inicjatywy, radości i zainteresowania nowymi rzeczami. Aby to się stało potrzebny jest konkretny plan i wysiłek człowieka. 

Codzienna czujność powinna wynikać z naszej regularnej modlitwy. To z niej potem jest w nas dyspozycyjność czynienia dobra, otwartość na drugie człowieka i radość życia. Dziś świat nie lubi, gdy człowieka ma w sobie radość i głód poznawania, dociekliwości czy wnikliwości w nawet wydawać by się mogło drobne sprawy. A to potem z nich wynikają sytuacje, które oddziaływają na nasze życie psychiczne, fizyczne, emocjonalne czy duchowe. 

Pewien człowiek wiecznie czuł się przygnębiony trudnościami życia. Pewnego razu poskarżył się znanemu mistrzowi życia duchowego: „- Nie mogę tak dłużej żyć! Życie stało się nie do zniesienia!”. Mistrz wziął garść popiołu i wrzucił do szklanki z kryształowo czystą woda do picia, która stała przed nim i rzekł: „- To są Twoje cierpienia”. Woda w szklance zabrudziła się, zmętniała. Mistrz wylał ją.

Następnie wziął garść, tak jak poprzednim razem i rzucił w morze. W jednej chwili popiół rozproszył się w morzu, a woda morska pozostała tak samo czysta jak przedtem. „- Widzisz?” – zapytał mistrz. „- Każdego dnia musisz zdecydować, czy masz być szklanką wody, czy morzem?”. 

Jezus zachęca nas dzisiaj, abyśmy byli ludźmi uważnymi. Tylko pielęgnując własne wnętrze – serce, jesteśmy w stanie dzięki modlitwie jesteśmy w stanie żyć w zgodzie z sobą i pomagać innym ludziom. Wolność wobec świata, to nie ignorancja tego, co dzieje się w około nas, ale pielęgnowanie tego, aby ten zewnętrzny świat nie zniszczył naszego duchowego wnętrza, tego bezkresnego morza – oceanu, który jest w nas, tzn. nie zniszczył naszej bezpośredniej relacji do Pana Boga. To bardzo delikatna nić, którą można nadszarpnąć, a nawet zerwać. I to zawsze tylko z naszej winy.  

„Czuwajcie – to znaczy postępujcie tak, by móc szczęśliwie żyć“ (Robert Baden-Powell). Czuwajmy zatem o każdej porze dnia i nocy, abyśmy kiedyś przed obliczem Najwyższego mogli stanąć z czystym sercem i miłością, którą okazaliśmy sobie i drugiemu człowiekowi. 

„Czuwajcie więc i módlcie się w każdym czasie, abyście mogli uniknąć tego wszystkiego, co ma nastąpić, i stanąć przed Synem Człowieczym” (Łk 21, 36).

Łk 21, 25-28. 34-36

Przyjście Chrystusa i potrzeba czujności

Jezus powiedział do swoich uczniów: Będą znaki na słońcu, księżycu i gwiazdach, a na ziemi trwoga narodów bezradnych wobec szumu morza i jego nawałnicy. Ludzie mdleć będą ze strachu, w oczekiwaniu wydarzeń zagrażających ziemi. Albowiem moce niebios zostaną wstrząśnięte. Wtedy ujrzą Syna Człowieczego, nadchodzącego w obłoku z wielką mocą i chwałą. A gdy się to dziać zacznie, nabierzcie ducha i podnieście głowy, ponieważ zbliża się wasze odkupienie.

Uważajcie na siebie, aby wasze serca nie były ociężałe wskutek obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych, żeby ten dzień nie przypadł na was znienacka, jak potrzask. Przyjdzie on bowiem na wszystkich, którzy mieszkają na całej ziemi. Czuwajcie więc i módlcie się w każdym czasie, abyście mogli uniknąć tego wszystkiego, co ma nastąpić, i stanąć przed Synem Człowieczym.


[1] Boże światło, https://ryszardkoper.com.pl/przyklad/page/17/

[2] Pożar w cyrku, https://ryszardkoper.com.pl/przyklad/page/18/

[3] https://demotywatory.pl/4380409/14-historii-z-moralem