Ojciec z synem wyszli na spacer. Wtedy chłopak zapytał, jak to jest z tą elektrycznością biegnąca po drutach rozpiętych między słupami. „- Nie wiem, bo elektryczności nigdy niewiele wiedziałem” – odpowiedział ojciec. Kilka domów dalej chłopiec zapytał, co powoduje błyskawice i grzmoty. „- Prawdę mówiąc, sam tego nigdy nie rozumiałem” – odrzekł ojciec. Syn zadawał pytania nadal przez prawie całą drogę, ale ojciec nie potrafił odpowiedzieć na żadne z nich. Kiedy w końcu zbliżali się znowu do swego domu, chłopak zapytał: „-Tato, nie gniewasz się chyba, że zadawałem ci tyle pytań?”. „- Oczywiście, że nie. A czego jeszcze masz zamiar się nauczyć?”. – zapytał ojciec… 

W dzisiejszym fragmencie Ewangelii św. Łukasza słyszymy dziś aż trzy razy, jak tłumy pytały św. Jana: „Cóż mamy czynić?”. Podobnie, jak ten mały chłopiec, te rzesze ludzi zadawały pytania o bardzo ważnym dla nich znaczeniu. Z tym, że mały chłopiec zadawał konkretne pytania do jednej osoby – ojca, a w wypadku św. Jana Chrzciciela pytania do niego kierowane były te same, ale kierowane przez różne warstwy społeczne. Wiedza św. Jana jest bardzo prosta, ale za to bardzo wymagająca. 

Faryzeuszom i uczonym w piśmie nakazuje dzielić się tym co mają, czyli ubraniem, jedzeniem, piciem; celnikom zaś zaleca uczciwość w swojej pracy, czyli mają czynić tyle, ile im wyznaczono; natomiast żołnierzom wskazuje, aby byli sprawiedliwi: nie znęcajcie się, nie uciskajcie innych. Trzy pytania, trzy odpowiedzi dla ludzi, którzy z „napięciem snuli domysły w sercach, czy aby Jan nie jest oczekiwanym Mesjaszem”. 

Charakterystyczną cechą św. Jana Chrzciciela jest to, że prócz wymagań – konkretnych nakazów, daje tym ludziom nadzieję, daje perspektywę przyszłości, czyli wieczności. Ale nie głosi przy tym siebie, ale Tego, któremu „nie jest godzien rozwiązać rzemyka u sandałów” – Jezusa. Był tym, który mimo wielu napomnień, głosił przede wszystkim dobrą nowinę, czyli nadzieję na lepsze jutro. 

Wódz jednego z indiańskich plemion, obozujących u podnóża gór, umierał. Zawołał trzech swoich synów i powiedział: „- Umieram, jeden z was musi zostać moim następcą, stanąć na czele plemienia. Niech każdy z was wejdzie na szczyt naszej świętej góry i przyniesie mi coś pięknego. Moim następcą zostanie ten, kto zdobędzie najbardziej niezwykły prezent. Po upływie kilku dni synowie powrócili. Pierwszy przyniósł ojcu przepiękny kwiat, niezwykle rzadki, rósł na samym wierzchołku góry. Drugi przyniósł kamień – był kolorowy, gładki, okrągły, wygładzony przez deszcze i piaskowe burze. Trzeci syn wrócił z niczym. Powiedział ojcu: „- Ojcze, nie przyniosłem niczego, co mógłbym pokazać. Kiedy stanąłem na szczycie świętej góry, ujrzałem po drugiej stronie krainę zielonych pastwisk i kryształowo czyste jezioro. Byłem tak zauroczony widokiem i swoimi myślami, że nie mogłem niczego przynieść”. Ojciec powiedział: „-Ty zostaniesz nowym wodzem naszego plemienia, ponieważ przyniosłeś coś najcenniejszego – widok na lepszą przyszłość!”.

Jan Chrzciciel został wybrany przez Boga jako ten, który głosił lepszą przyszłość. Głosił przyjście Jezusa Chrystusa. Te mocne wymagania, które stawiał przed oczami tłumów miały ich przygotować do tego przyjścia. Oczekując wciąż przyjścia Jezusa nowonarodzonego, Jan stawia przed nami pewne wyzwania, którym należałoby podołać: 1. nakazuje dzielić się tym, co mamy z potrzebującymi; 2. wymaga uczciwości w naszych codziennych obowiązkach; oraz 3. sprawiedliwości w ocenie i relacji z drugim człowiekiem. 

Mamy zatem swoim postępowaniem i gestem dawać nadzieję lepszego jutra każdemu człowiekowi, zwłaszcza temu, które tej nadziei nie widzi, albo nawet nie chce jej widzieć, albo ją wręcz neguje. Sianie tej nadziei jest naszym obowiązkiem, bo tylko w ten sposób można zmieniać konkretnego człowieka na lepsze, ale też w ten sposób cały świat w około niego. 

Żył sobie kiedyś pewien starzec, który nigdy nie był młody. I dlatego nie nauczył się, jak żyć. A nie umiejąc żyć, nie wiedział też, jak umrzeć. Nie znał ani nadziei, ani niepokoju; nie wiedział, jak płakać, ani jak się śmiać. Nie przejmował się, ani nie dziwił ty, co zdarzało się na świecie. Spędzał dni nudząc się na progu swojego domu i patrząc w ziemię. Nie zaszczycił nawet jednym spojrzeniem nieba – tego lazurowego kryształu, który Pan Bóg także i dla niego czyścił codziennie delikatną watą chmur. Jakiś wędrowiec czasem go o coś zapytał. Miał bowiem tyle lat, że ludziom zdawało się, że jest bardzo mądry i pragnęli uszczknąć coś z jego wiedzy. – Co powinniśmy robić, by osiągnąć szczęście? – pytali go młodzi. – Szczęście jest wynalazkiem głupich. – odpowiadał starzec. Przychodzili ludzie o szlachetnych duszach, którzy pragnęli stać się pożyteczni dla bliźnich. – Co mamy czynić, by pomóc naszym braciom? – pytali go. – Kto się poświęca dla ludzi, ten jest szaleńcem. – odpowiadał starzec z ponurym uśmiechem. – Jak mamy kierować nasze dzieci drogami dobra? – pytali go rodzice. – Dzieci są jak węże! – odpowiedział starzec. –Możecie się spodziewać po nich jedynie trujących ukąszeń. Również artyści i poeci zwracali się o rade do starca, którego uważali za mędrca: – Naucz nas, jak wyrażać uczucia, które nosimy w duszy. – Lepiej, abyście milczeli! – mamrotał pod nosem starzec. Powoli jego zgorzknienie i złość zaczęły się rozprzestrzeniać, najbliższe otoczenie zmieniło się w ponury zakątek, gdzie nie rosły kwiaty, ani nie śpiewały ptaki, wiał chłodny wiatr Pesymizmu (tak bowiem nazywał się ten zły starzec). Miłość, dobroć i wielkoduszność zamrożone tym śmiertelnym podmuchem więdły i wysychały. Wszystko to nie podobało się Panu Bogu, postanowił więc w jakiś sposób temu zaradzić. Dobry Bóg zawołał dziecko i powiedział: -Pójdź i ucałuj tego biednego staruszka. Dziecko objęło swymi delikatnymi, pulchnymi rączkami szyję starca i wycisnęło wilgotny, głośny pocałunek na jego pomarszczonej twarzy. Wówczas staruszek po raz pierwszy w życiu zdumiał się. Jego podejrzliwe oczy nagle zabłysły. Jeszcze nigdy w życiu nikt go nie pocałował. W ten sposób otworzyły mu się oczy na świat, a potem umarł, uśmiechając się. 

Czasami rzeczywiście wystarcza jeden pocałunek. Jedno „Kocham cię”, nawet takie tylko wyszeptane. Jedno nieśmiałe „dziękuję”. Jedna szczera opinia. To tak bardzo łatwo uczynić kogoś szczęśliwym. Dlaczego więc tego nie czynimy?[1]

Dlatego warto podejmując ten trud adwentowego oczekiwania na przyjście małego Jezusa, pamiętać o zaufaniu względem Pana Boga i to w każdym momencie naszego ziemskiego życia. Mamy tak czynić zarówno w chwilach radosnych, ale też i ciężkich, modląc się do Niego z ufnością. W Liście do Filipian słyszymy: „Radujcie się w Panu… Pan jest blisko! O nic się już zbytnio nie troskajcie, ale w każdej sprawie wasze prośby przedstawiajcie Bogu w modlitwie, błaganiu z dziękczynieniem”. Bezinteresownym błaganiu! Bardzo ważna jest tu ta zupełna bezinteresowność!

Pewna bardzo młodziutka chmurka (lecz, jak wiadomo, życie chmur jest krótkie i ulotne) po raz pierwszy płynęła po niebie w towarzystwie innych puchatych chmur o różnych kształtach. Kiedy znalazły się nad ogromną pustynią Saharą, bardziej doświadczone chmury poganiały ją: -Prędko! Prędko! Jeśli się tutaj zatrzymasz, jesteś zgubiona! Chmurka jednak była bardzo ciekawska, tak jak wszyscy młodzi, i odpłynęła na skraj całej grupy, podobnej do stadka rozproszonych owiec. -Co robisz? Ruszaj się! – zgromił ją z tyłu wiatr. Lecz chmurka ujrzała już wydmy ze złotego piasku i ten widok ją zafascynował. Leciutko sfruwała w dół. Wydmy wydawały się być złotymi obłokami pieszczonymi przez wiatr. Jedna z nich uśmiechnęła się. -Witaj! – pozdrowiła grzecznie chmurkę. Była to bardzo ładna mała wydma, zaledwie ukształtowana przez wiatr, który szarpał wciąż jej błyszczące włosy. -Cześć. Nazywam się Ola – przedstawiła się chmurka. -A ja Una – odparła wydma. -Jak ci się tutaj wiedzie? -No cóż… Słońce i wiatr. Jest trochę gorąco, ale jakoś sobie radzimy. A jak ty żyjesz? -Słońce i wiatr… wielki wyścig na niebie. -Moje życie jest bardzo krótkie. Kiedy powróci wielki wiatr, na pewno zniknę. -Przykro ci, prawda? -Trochę. Wydaje mi się, że jestem całkiem bezużyteczna. -Ja także wkrótce przemienię się w deszcz i spadnę na ziemię. Takie jest moje przeznaczenie. Wydma wahała się przez chwilę, a potem spytała: – Czy wiesz, że nazywamy deszcz Rajem? -Nie wiedziałam, że jestem taka ważna – zaśmiała się chmurka. -Słyszałam opowieści o deszczu niektórych starych wydm. Podobno jest on bardzo piękny. Po deszczu okrywamy się czymś takim, co się nazywa trawa i kwiaty. -Tak to prawda. Widziałam to. -Ja, prawdopodobnie, nigdy tego nie ujrzę – stwierdziła ze smutkiem wydma. Chmurka zastanawiała się przez chwilkę, a potem rzekła: -Ja też mogłabym przecież zamienić się w deszcz… -Ale wtedy umrzesz… – Za to ty zakwitniesz – powiedziała chmurka i zamieniła się w deszczyk tęczowo lśniący na słońcu. Następnego dnia małą wydmę pokryły kwiaty. 

W jednej z najpiękniejszych modlitw, jakie znam, są także słowa: „Panie, uczyń mnie lampą. Sama się spalę, lecz dam światło innym”[2].

Bezinteresowne błaganie. Jakże bardzo ważna jest tu ta zupełna bezinteresowność wobec naszego Boga i Stwórcy! Pamiętam, że kiedyś ktoś mi powiedział o modlitwie małego Krzysia do Pana Boga… Wcześniej przed tą modlitwą oglądał on dziennik z wiadomościami ze świata, a w nich widział same katastrofy, klęski żywiołowe, wojny, zbrodnie, kłótnie i napięcia… Jednym słowem: duże zamieszanie, lęk, chaos i zło! Po oglądnięciu tych newsów mały Krzyś zaczął modlić się przy swoim łóżku, tuż przed pójściem spać: „- Panie Boże, chroń mamusię i tatusia, siostrzyczkę, babcie i dziadka. I mojego małego kotka! I proszę Cię, uważaj na siebie, bo jak jeszcze Tobie coś się stanie, to będzie po nas…”.

Zaufajmy Panu Bogu, jak ten mały Krzyś, zwłaszcza w tych codziennych małych i dużych sprawach wziętych z naszego codziennego życia. Zwłaszcza w każdej przeżywanej „przygodzie dnia codziennego”. Wtedy łatwiej będzie podjąć nam propozycje, które przedstawił nam dziś św. Jan. 

Łk 3, 10-18

Zapowiedź nowego chrztu

Gdy Jan nauczał nad Jordanem, pytały go tłumy: «Cóż mamy czynić?» On im odpowiadał: «Kto ma dwie suknie, niech się podzieli z tym, który nie ma; a kto ma żywność, niech tak samo czyni».

Przyszli także celnicy, żeby przyjąć chrzest, i rzekli do niego: «Nauczycielu, co mamy czynić?» On im powiedział: «Nie pobierajcie nic więcej ponad to, co wam wyznaczono».

Pytali go też i żołnierze: «a my co mamy czynić?» On im odpowiedział: «Na nikim pieniędzy nie wymuszajcie i nikogo nie uciskajcie, lecz poprzestawajcie na waszym żołdzie».

Gdy więc lud oczekiwał z napięciem i wszyscy snuli domysły w swych sercach co do Jana, czy nie jest Mesjaszem, on tak przemówił do wszystkich: «Ja was chrzczę wodą; lecz idzie mocniejszy ode mnie, któremu nie jestem godzien rozwiązać rzemyka u sandałów. On będzie was chrzcił Duchem Świętym i ogniem. Ma on wiejadło w ręku dla oczyszczenia swego omłotu: pszenicę zbierze do spichlerza, a plewy spali w ogniu nieugaszonym».

Wiele też innych napomnień dawał ludowi i głosił dobrą nowinę.


[1] Bruno Ferrero, Biedny starzec

[2] Bruno Ferrero, opowiadanie pt. „Wydma”