Jedne z najdziwniejszych zawodów w historii Rose Bowl miały miejsce w Nowy Rok 1929 roku. Zawodnik Roy Riegels z Uniwersytetu Kalifornia skorzystał z niezdarnej gry drużyny Georgia Tech i pobiegł 65 jardów, ale… w niewłaściwym kierunku. W końcu zatrzymali go koledzy z jego własnej drużyny. Kiedy Kalifornia usiłowała wykopać piłkę, została zablokowana przez drużynę Tech, która z kolei strzeliła gola, zapewniając jej nieznaczną przewagę.

W połowie gry, podczas przerwy, Riegels spodziewał się najgorszego ze strony trenera Nibs’a Price’a. Ten jednak nie wspomniał ani słowem o jego pomyłce przed resztą drużyny. Kiedy skończyła się przerwa, trener Kaliforni położył rękę na ramionach Roya i powiedział mu na osobności: „To dopiero połowa gry. Daj z siebie wszystko”. I rzeczywiście, w drugiej części meczu, Roy dał z siebie wszystko.

(fot. Harley Flowers / Flickr.com / CC BY-SA 2.0)

Zawody Rose Bowl w roku 1926 (fot. Harley Flowers / Flickr.com / CC BY-SA 2.0)

To wydarzenie i prawdziwa historia tego człowieka, podkreśla pewien rys, który odnajdujemy na kartach Ewangelii. Bóg Jezusa jest Bogiem drugiej szansy, drugiej okazji. A nawet więcej! Bóg Jezusa jest Bogiem trzeciej, czwartej, piątej i… nieskończonej szansy. Bóg Jezusa przebacza nie siedem, ale siedemdziesiąt siedem razy. Bóg Jezusa jest bowiem bogaty w miłosierdzie i cierpliwie czeka na nawrócenie.

Czy sądzisz, że warto wierzyć w jakieś ideały? Poświęcić się dla nich? Realizować? – zadał pytanie jeden człowiek. Dwudziestopięcioletni mężczyzna odpowiedział na moje pytanie po chwili namysłu: „- Różne ideały stawiano przed nami, jedne okazywały się zwykłymi kłamstwami, inne – tworem chorobliwej wyobraźni. Walka o pokój, o zbudowanie socjalizmu – okazały się czczymi frazesami. Wpajano w nas od najmłodszych lat… uczyliśmy się, uczyliśmy – kłamstwa, obłudy, uczyliśmy się nie okazywać swego oblicza, bo cień podejrzenia o „nieprawomyślność” – zwichnąć mógł karierę życiową, przekreślić plany na przyszłość. Nie wiem, jakie mogą być ideały, w które można wierzyć. Ale czy można żyć nie wiedząc po co?[1]

To jest chyba moment, kiedy pojawia się refleksja o dotychczasowym życiu i czujemy, że potrzebna jest radykalna przemiana, która nad sens egzystencji człowieka. To nazywamy nawróceniem z kroczenia po dotychczasowej drodze, która nie prowadzi nigdzie.

Temat nawrócenia jest wciąż wspominany w czasie oczekiwania na Triduum Paschalne, w czasie tych obecnie trwających 40 dni pokuty i umartwienia, które mają nas przybliżyć do Boga; dać chwilę na refleksję nad własnym postępowaniem, bo „Bóg nie chce śmierci grzesznika, lecz żeby się nawrócił i żył”. Ostatecznie przecież każdy z nas stanie przed obliczem Pana.

Telewizja umożliwiła milionom ludzi uczestnictwo w pogrzebie ostatniej cesarzowej austriackiej Zyty, zmarłej w Szwajcarii 14 marca 1989 roku. Pogrzeb miała iście cesarski: z pompą, ale i z tym starym, wzruszającym rytuałem, który przypomina o równości wszystkich ludzi wobec śmierci.

Gdy kondukt pogrzebowy dotarł do kościoła kapucynów (miejsca wiecznego spoczynku monarchów austriackich), brama świątyni – zgodnie z tradycją – była zamknięta. W kościele zakonnicy – jak panny mądre – z zapalonymi świecami w rękach; przed kościołem trumna na barkach byłych poddanych, rodzina i nieprzebrane tłumy.

Mistrz ceremonii trzy razy zastukał srebrną laską w próg kościoła. Z drugiej strony padło pytanie: „Kro żąda wejścia?”. Odpowiedzią była cała litania najrozmaitszych i najdziwniejszych tytułów, jakimi była obdarzona zmarła. Gwardian jednak skonstatował krótko: „Nie znamy jej”. Wówczas mistrz ceremonii powiedział: „Zyta, jej cesarska mość, cesarzowa i królowa”. Ale i na ten emocjonalny skrót padła odpowiedź: „Nie znamy jej”. Dopiero za trzecim razem, gdy ceremoniarz rzekł, że wejścia żąda Zyta, człowiek śmiertelny i grzeszny, z tamtej strony padły słowa: „Niech wejdzie do środka”. I dopiero wówczas otwarły się podwoje kościoła[2].

Abyś źle nie umarł, żyj dobrze: jak żołnierze na warcie, bądź zawsze gotów! (Michał Kozal). A tymczasem reguły, którymi kieruje się współczesny człowiek są trochę inne. Człowiek woli i preferuje eliminowanie konkurentów i wrogów, niż dać im szansę na nawrócenie. Przed taką właśnie logiką przestrzega Bóg: „Jeżeli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie. Jeśli nie będziecie miłosierni, nie dostąpicie miłosierdzia” (Anselm Grün).

W Biblii, w Księdze Przysłów (11,17) znajdujemy taką sentencję: „Miłosierny dobrze czyni sobie, a okrutnik dręczy samego siebie”. Ta sentencja jest stale aktualna do dziś. O „większej wartości dobra” mówił współczesnym językiem Allan Luke: „Kto pomaga innym, pomaga sobie”.

Jak na dłoni zatem widać też przeciwieństwo tych słów: kto surowo traktuje innych, ten źle czyni sobie. Jeśli np. krzyczę na drugiego człowieka, krzywdzę samego siebie. Chcę zagłuszyć swoją delikatność we mnie. Ale to nie wychodzi na dobre mojej duszy. Jeśli natomiast okażę miłosierdzie innym, staję się miłosierny także dla siebie. Być miłosiernym oznacza mieć serce dla biednych, sierot, nędzarzy, rannych i poranionych. Jest wielu ludzi na tym świecie, którzy są miłosierni dla innych, ale wobec siebie samych ich serca są surowe i wymagające. Bo ich miłosierdzie nie wypływa z ich serca, ale z ich woli.

„Miłość czysta zdolna jest do czynów wielkich i nie łamią jej trudności ani przeciwności, jak miłość jest mocna mimo wielkich trudności- tak też jest wytrwała w szarym, codziennym, żmudnym życiu”. Faustyna Kowalska – Dzienniczek. Miłosierdzie Boże w duszy mojej.

Jednakże to miłosierdzie wobec innych nie jest prawdziwym miłosierdziem, bowiem sprawia, że odbiorca ma skrupuły, które napełniają go poczuciem winy. Z takim „miłosierdziem” nikt nie czuje się dobrze. Człowiek będzie odczuwał miłosierdzie innych jako dobroczynność, jeśli oni będą obchodzić się litościwie ze sobą. Wówczas litość stanie się wielostronna i będzie mieć dobry wpływ na mnie i na drugiego człowieka. Moje serce i jego, wtedy odczują to miłosierdzie, otworzą się i okażą litość, i wtedy przestaną potępiać oraz zbytnio wymagać.

„Bóg jest nieskończenie dobrym i miłosiernym Ojcem. Jednakże człowiek, który ma Mu udzielić odpowiedzi w sposób wolny, może niestety dokonać wyboru ostatecznego odrzucenia Jego miłości i przebaczenia i w ten sposób pozbawić się na zawsze radosnej komunii z Nim. Właśnie na tę tragiczną sytuację wskazuje doktryna chrześcijańska, kiedy mówi o potępieniu lub piekle. Nie jest to kara Boża wymierzona „z zewnątrz”, lecz konsekwencja decyzji podjętych przez człowieka w tym życiu” (Jan Paweł II, 28.07.1999, Watykan).

Ojciec obserwował swego syna próbującego unieść ciężki wazon z kwiatami. Maluch wysilał się, sapał, stękał, mruczał coś pod nosem, jednak nie udało mu się przesunąć wazonu nawet o milimetr. Wreszcie zrezygnował. „- Czy spróbowałeś już wszystkich możliwości?” – zapytał ojciec. „- Tak” – odparł chłopiec. „- Nie, ponieważ nie poprosiłeś mnie o pomoc”. Modlić się to próbować „wszystkich” naszych możliwości[3], to szukanie wielu opcji, to nieustanne próby, to danie kolejnej szansy, czyli okazanie miłosierdzia.

I chyba o takie miłosierdzie chodziło Ewangeliście św. Łukaszowi, który przedstawia nam przypowieść o drzewie figowym. Drzewie, które nie wydawało owoców; drzewie, które miało idealne warunki, aby te owoce wydać. Ono jednak tego nie czyni – nie wiemy z jakiego lub może nawet jakich powodów. Ale ta kolejna szansa, miłosierdzie ogrodnika może spowoduje, że któregoś dnia wyda ono owoce… bo taki jest sens miłosierdzia…

Gdyby trener drużyny z Kalifornii przekreślił swojego zawodnika, np. zakazał mu dalszej gry, wyrzucił ostentacyjnie z zespołu, czy po prostu „wyciął” go z szeregów tej drużyny, ten nigdy nie mógłby pokazać talentów jakie posiadał.

Odrobina zrozumienia i miłosierdzia sprowokowały obudzenie w nim tego, co było w nim najlepsze, czyli dobroć, wytrwałość i cierpliwość. To one pobudzają i zarazem wspomagają wszystkie talenty, które każdy z nas w sobie posiada i wciąż na nowo odkrywa. Życie jest „jak pudełko czekoladek – nigdy nie wiesz, co ci się trafi”, bo „nasze życie jest przygodą, która trwa. Są dwie drogi, aby przeżyć życie. Jedna to żyć tak, jakby nic nie było cudem. Druga to żyć tak, jakby cudem było wszystko”. Dajmy czas naszemu życiu i „jeśli nie umiesz latać, biegnij. Jeśli nie umiesz biegać, chodź. Gdy nie umiesz chodzić, czołgaj się. Ale bez względu na wszystko – posuwaj się naprzód (M.L. King). Nie możemy się poddawać, zwłaszcza, gdy całą nasza ufność pokładamy w Jezusie Miłosiernym.

[1] Opowiadanie znalezione w Internecie pt. „Ideały”
[2] Kazimierz Wójtowicz, Glosarium, O pogrzebie cesarzowej, s. 862.
[3] Bruno Ferrero, Wszystkie możliwości

(Łk 13, 1-9)

W tym czasie przyszli niektórzy i donieśli Mu o Galilejczykach, których krew Piłat zmieszał z krwią ich ofiar. Jezus im odpowiedział: Czyż myślicie, że ci Galilejczycy byli większymi grzesznikami niż inni mieszkańcy Galilei, że to ucierpieli? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie. Albo myślicie, że owych osiemnastu, na których zwaliła się wieża w Siloam i zabiła ich, było większymi winowajcami niż inni mieszkańcy Jerozolimy? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie.

I opowiedział im następującą przypowieść: Pewien człowiek miał drzewo figowe zasadzone w swojej winnicy; przyszedł i szukał na nim owoców, ale nie znalazł. Rzekł więc do ogrodnika: Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym drzewie figowym, a nie znajduję. Wytnij je: po co jeszcze ziemię wyjaławia? Lecz on mu odpowiedział: Panie, jeszcze na ten rok je pozostaw; ja okopię je i obłożę nawozem; może wyda owoc. A jeśli nie, w przyszłości możesz je wyciąć.