Jest takie opowiadanie pt. „Wojna leśnych zwierząt”: Jednego razu leśne stworzenia między sobą się pogwarzyły i szykowała się wielka wojna. A były dwa obozy. W jednym drapieżne stworzenia: wilki, rysie, niedźwiedzie, lisy i wszystko co groźniejsze, w drugim były tamoj sarny, jelenie, zające, ptaszki i owady. Generał drapieżnych, lis, powiadał do swoich tak: – Jak ja będę szedł do ataku z podniesioną kitą, biegnijta za mną. Jak kitę opuszczę – uciekajta!

A na krzaku czerwony gil siedział i wszystko wysłuchał. Do swoich poleciał, rozpowiada jak i co. Kiedy przyszło do bitwy, na drapieżników wyleciały pszczoły, lisowi kitę obsiadły. Lis w krzyk, kitę opuścił, w nogi, reszta za nim. I tak wojna się skończyła, bo lisowa kita była opuszczona (opowiadał Feliks Wyszyński).

Aby zapobiec jakiejkolwiek walce, czy to bezpośredniej czy też pośredniej potrzeba nam często sprytu. Nie możemy zdawać się na inicjatywę drugiej osoby, bo skończy się to klęską. Potrzeba nam też pomocy z zewnątrz, bo często sami możemy nie podołać wyzwaniu i potrzebna jest nam konkretna pomoc. Bardzo często jest tak w naszym życiu w naszej relacji do Ojca. Dopiero po dłuższym czasie dojrzewamy do decyzji, że przyznamy rację Temu, bez którego nasze życie nie ma radości, bo nie ma większego sensu. Tylko „w Nim i z Nim” możemy być szczęśliwi. Wracamy wtedy do Niego, jak ten Syn Marnotrawny z dalekiej krainy upadków i grzechów. 

Paradoksalnie te osoby, które bardzo się od Boga oddaliły mają większe szanse wrócić i cieszyć się Jego obecnością, niż często te, którym wydaje się, że są blisko Niego, ale w sercu bardzo odległe. To są tylko pozory obecności Boga, który traktowany może być z dystansu i bez emocji, tak jak to zrobił starszy syn. Niby był blisko Ojca, ale jakże wielki dystans dzielił go od jego miłości. Zbuntowany, sfrustrowany i wiecznie niezadowolony żył w swoim świecie nienawiści do ojca, brata i całego świata. 

Kiedyś, jeden z dziennikarzy zapytał Matkę Teresę: „- Co zdaniem siostry, należy zmienić w Kościele na lepsze?”. „- Ciebie i mnie, drogi panie” – odrzekła laureatka Nagrody Nobla. Tę prawdę o wiele wcześniej zrozumiał młodszy syn Ojca i brata, dlatego jakże inaczej przedstawia się jego sylwetka. Nie ma oczywiście usprawiedliwienia na jego zachowanie, bo popełnił mnóstwo błędów w swoim życiu. Jego ostentacyjny bunt wobec Ojca przeszedł już do historii całego świata. Przez swój wybór i odrzucenie miłości własnego taty, próbuje – można tak powiedzieć – wszelkich uciech ludzkiej egzystencji. Zapada się w grzechach i to do takiego stopnia, że po ludzku nie ma dla niego ratunku. Schodzi na samo dno moralnej zgnilizny tak bardzo, że posila się z świniami, stając się ich „rodziną”. Zezwierzęcenie, to do takiego stanu doprowadził się ten młody człowiek.  Pozostaje sam w swoim myśleniu, zachowaniu i samotności. Osiąga dno, z którego są dwa wyjścia. Pierwsze, to śmierć duchowa i także fizyczna. Drugie, to nawrócenie, dzięki któremu może powrócić do domu ojca, czyli do siebie. Stać się na nowo nowym człowiekiem i rozpocząć od nowa. Jak wiemy, wybiera tę drugą opcję, dlatego Ojciec powiedział: „będziemy ucztować i weselić się, ponieważ ten syn mój był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się”. Nastąpiło w nim przebudzenie!

Jest pewna historia o lwie, który spotkawszy stado owiec, ze zdziwieniem stwierdził, że wśród owieczek żyje lew, który dołączył do nich jeszcze jako małe lwiątko i wśród nich dorastał. Teraz beczał jak owca, chodził jak owca, skubał trawę jak owca. Lew poszedł prosto do niego i gdy ten „owczy lew” zobaczył przed sobą autentycznego współbrata, zadrżał na całym ciele. „- Co ty tu robisz, między owcami?” – zapytał król zwierząt. „- Jestem owcą” – odpowiedział ten ze stada. „- Nie, ty nie jesteś owcą; chodź zaraz ze mną” – huknął lew i zaprowadził go nad staw, kazał mu się nachylić i spojrzeć w taflę wody. I gdy „owczy lew” zobaczył w wodzie swoje odbicie, zaryczał potężnie na całą okolicę. I od tej chwili powrócił do swoich, do swego królestwa[1].    

Tak zadziałał Ojciec wobec młodszego syna. Życie i popełnione przez niego grzechy stały się takim lustrem, taflą wody, która przypomniała mu o tym, kim jest, do kogo należy, jak bardzo zdeformował swoje człowieczeństwo. Kiedy codziennie spoglądasz na siebie w lustrze, to patrzysz w oczy człowieka, od którego zależy całe Twoje życie. Życie bowiem jest bowiem jak lustro, można je skleić, gdy pęknie, ale zawsze będzie widać rysę w odbiciu. Dlatego potrzebny jest Ojciec, który poskleja te kawałki tak, żeby nie tylko mocno się trzymały, ale także, żeby można było sobie ponownie zaufać. Do tego potrzebna jest odwaga i nie patrzenie na to, co mówią ludzie, ale co myśli i mówi mi sam Bóg.           

Ten tekst Ewangelisty Łukasza pokazuje nam jak można bardzo łatwo poddać się zewnętrznym pozorom. Młodszy syn i jego zachowanie można bardzo łatwo skrytykować, bo ewidentnie robi złe rzeczy, które nadają się do krytyki i komentarza. Jest to pójście na łatwiznę, gdyż oceniamy tylko po tym, co jest zewnętrzne. Tymczasem „po owocach” widzimy, że droga, którą przeszedł młodszy syn, potrzebna mu była po to, aby zobaczył wartości w życiu, których dotychczas w ogóle nie dostrzegał, przez zaganianie za rzeczami przejmującymi. Nie miał nawet chwili czasu zastanowić się nawet nad tym, co się z nim dzieje.  

Przypomina mi się tu słynne już opowiadanie o tym, kiedy to kiedyś „na budowę w czasach realnego socjalizmu przyjeżdża jakiś dygnitarz i oczywiście z nim ekipa telewizyjna. Wszyscy zapracowani, biegają tam i z powrotem. Ważny gość zauważa, że robotnicy pchają puste taczki. Zaintrygowany, zaczepia jednego z nich i pyta, dlaczego jeździ pustymi taczkami. „- Panie, my tu mamy takie tempo, że nie ma nawet czasu na załadowanie”[2].   

Starszy syn, na zewnątrz pięknie się zachowujący, mógłby być dla nie jednego z młodych ludzi wręcz wzorem do naśladowania: taki grzeczny, słuchający się taty, nie robiący nikomu krzywdy, spokojny i poukładany na zewnątrz. Tymczasem w środku jest sam jad, trucizna i wręcz nienawiść. Widoczny jest u niego brak harmonii serca i umysłu z tym, co jest w jego sercu i umyśle, a tym, co robi na zewnątrz. W środku jest „gotujący się”, a na zewnątrz ma „twarz pokerzysty”, która nie pokazuje ani na moment tego, co dzieje się w umyśle i sercu. Ale dzieje się tak do czasu. Był bowiem miły do momentu, kiedy młodszego brata nie było. Liczył, że to on przejmie cały majątek po ojcu. Miarka się przebrała, kiedy „ten syn twój” – jak sam mówi, a nie brat, powraca i prosi o łaskę. Cały misterny plan zostaje zniweczony. Przebiegłość zostaje rozszyfrowana i dlatego wybucha ze złości na tego, który dał mu życie i opiekę. 

Ten, który dotychczas był zupełnie niepoukładany – młodszy syn, nabiera w sobie pokory i łagodności serca. Starszy syn, z pozornego, łagodnego człowieka staje się zdenerwowanym szczątkiem człowieka, który zaczyna obrażać każdego, kogo ma w około siebie. 

Trzeba jeszcze parę zdań powiedzieć o postawie Ojca, który z pokorą słucha i pozwala na to, aby synowie – mimo wszystko – byli sobą. Nie jest tym, który palcem wskazuje, co jego synowie mają robić i jak się zachowywać. Nie napomina i nie wymaga od nich zachowania, które na ten moment są niemożliwe do zrealizowania. Pokora, cierpliwość, szlachetność, ale przede wszystkim wolność zwyciężają. Nie ma rad i napomnień, które wie, że i tak nic by nie zmieniły w postanowieniu synów.  

Kiedyś starsza pani stoi na peronie i żegna swojego małżonka jadącego do sanatorium, dając mu przez otwarte okno pociągu różne rady i napomnienia: nie zapomnij płaszcza, nie zostaw kapelusza, odżywiaj się dobrze, nie pal, nie siedź długo po nocach, zażywaj spacerów, ale uważaj, żebyś się nie przeziębił… Tych zaleceń i wskazówek z miłości było bardzo wiele. Na koniec – gdy pociąg już ruszył – można było usłyszeć troskliwe: „- I uważaj, żeby pociąg się nie wykoleił!”.   

Ojciec w przypowieści o synu marnotrawnym jest cierpliwy, łagodny, łaskawy, nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego, nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz wpółweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, nigdy nie ustaje. Dlaczego taki jest? Bo Bóg jest miłością. 

Łk 15, 1-3.11-32

Przypowieść o synu marnotrawnym

W owym czasie przybliżali się do Jezusa wszyscy celnicy i grzesznicy, aby Go słuchać. Na to szemrali faryzeusze i uczeni w Piśmie, mówiąc: «Ten przyjmuje grzeszników i jada z nimi».

Opowiedział im wtedy następującą przypowieść:

«Pewien człowiek miał dwóch synów. Młodszy z nich rzekł do ojca: „Ojcze, daj mi część własności, która na mnie przypada”. Podzielił więc majątek między nich. Niedługo potem młodszy syn, zabrawszy wszystko, odjechał w dalekie strony i tam roztrwonił swoją własność, żyjąc rozrzutnie.

A gdy wszystko wydał, nastał ciężki głód w owej krainie, i on sam zaczął cierpieć niedostatek. Poszedł i przystał na służbę do jednego z obywateli owej krainy, a ten posłał go na swoje pola, żeby pasł świnie. Pragnął on napełnić swój żołądek strąkami, którymi żywiły się świnie, lecz nikt mu ich nie dawał.

Wtedy zastanowił się i rzekł: „Iluż to najemników mojego ojca ma pod dostatkiem chleba, a ja tu przymieram głodem. Zabiorę się i pójdę do mego ojca, i powiem mu: Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Niebu i względem ciebie; już nie jestem godzien nazywać się twoim synem: uczyń mnie choćby jednym z twoich najemników”. Zabrał się więc i poszedł do swojego ojca.

A gdy był jeszcze daleko, ujrzał go jego ojciec i wzruszył się głęboko; wybiegł naprzeciw niego, rzucił mu się na szyję i ucałował go. A syn rzekł do niego: „Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Niebu i wobec ciebie, już nie jestem godzien nazywać się twoim synem”.

Lecz ojciec powiedział do swoich sług: „Przynieście szybko najlepszą szatę i ubierzcie go; dajcie mu też pierścień na rękę i sandały na nogi! Przyprowadźcie utuczone cielę i zabijcie: będziemy ucztować i weselić się, ponieważ ten syn mój był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się”. I zaczęli się weselić.

Tymczasem starszy jego syn przebywał na polu. Gdy wracał i był blisko domu, usłyszał muzykę i tańce. Przywołał jednego ze sług i pytał go, co to ma znaczyć. Ten mu rzekł: „Twój brat powrócił, a ojciec twój kazał zabić utuczone cielę, ponieważ odzyskał go zdrowego”.

Rozgniewał się na to i nie chciał wejść; wtedy ojciec jego wyszedł i tłumaczył mu. Lecz on odpowiedział ojcu: „Oto tyle lat ci służę i nie przekroczyłem nigdy twojego nakazu; ale mnie nigdy nie dałeś koźlęcia, żebym się zabawił z przyjaciółmi. Skoro jednak wrócił ten syn twój, który roztrwonił twój majątek z nierządnicami, kazałeś zabić dla niego utuczone cielę”.

Lecz on mu odpowiedział: „Moje dziecko, ty zawsze jesteś ze mną i wszystko, co moje, do ciebie należy. A trzeba było weselić się i cieszyć z tego, że ten brat twój był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się”».


[1] Kazimierz Wójtowicz CR, Glosarium, O dwóch lwach, s. 353.

[2] Kazimierz Wójtowicz CR, Glosarium, O pustych taczkach, s. 926.