Gunter Herburger (ur. 1932), znany pisarz zachodnioniemiecki, jest również autorem fantastycznych historyjek o żarówce. Ta czarodziejska żarówka, która potrafi myśleć, mówić, pracować i podróżować, zjawia się też pewnego razu przed kościołem i zaczyna filozofować na temat religii i modlitwy. W tym czasie zderzają się dwa auta. Są ranni i nieprzytomni. Jak zawsze wkoło mnóstwo gapiów i dyskutantów, ale nikt nie jest skory do pomocy. Więc żarówka wskakuje do kościoła i woła Jezusa: – Potrzebujemy Cię, na dworze są ranni. Schodź prędko z krzyża. – „Zaraz” – mówi Jezus – „muszę tylko wyciągnąć gwoździe z rąk i nóg”. Żarówka idzie przed Nim i toruje drogę. Na miejscu wypadku Jezus opatruje rany i przywraca świadomość nieprzytomnym. Ludzie się dziwią, że Ukrzyżowany z kościoła potrafi tak dobrze obchodzić się z rannymi. „- Każdy może pomagać” – woła Jezus. „- Nie trzeba się dziwić, lecz działać!”.[1]

Każdego dnia otrzymujemy różne możliwości, aby pomóc potrzebującemu. Jezus uczy nas, że wiara bez uczynków jest martwa, pusta i bez życia. Tymczasem to właśnie wiara powinna nas motywować do czynienia dobra na ziemi. Gdyby każdy z nas poszedł za słowami Jezusa i realizował to, co nam przekazuje, wtedy nasze życie byłoby łatwiejsze. Okazanie miłosierdzia bliźniemu to nie tylko pomoc teoretyczna, ale przede wszystkim praktyczna. Miłosierdzie to przede wszystkim przebaczenie wszelkich przewinień i grzechów sobie samemu i drugiemu człowiekowi. Wpierw trzeba pójść za odruchem serca, pod warunkiem, że się go posiada.

Okazanie miłosierdzia drugiemu człowiekowi jest możliwe na każdej płaszczyźnie życia ludzkiego. Wielu z nas, mając wbudowane poczucie niesprawiedliwości społecznej, nie jest w stanie w sobie uruchomić tego odruchu serca. Tym bardziej należy dawać świadectwo innym, aby swoim przykładem wzmacniać w nich nie tylko wiarę, ale też motywować do konkretnego działania.

Ewangeliczny Samarytanin będąc w podróży szedł znowu do Jerycha i znów znalazł przy drodze rannego, na półumarłego człowieka. Gdy go zobaczył; wzruszył się głęboko; podszedł do niego i – jak za pierwszym razem – opatrzył mu rany, zalewając je oliwą i winem; potem wsadził go na swego osła i zawiózł do gospody. Gospodarzowi zlecił (odpłatnie) pielęgnować chorego, i odjechał do bieżących własnych interesów. Tak samo była za trzecim, czwartym i piątym razem. Zawsze w tym samym miejscu znajdywał rannego. Nic się też nie zmieniło za setnym i tysiącznym razem. 

Kiedy ponownie będąc w podróży, przemierzał tę drogę po raz 2333, myślał sobie: „Pewno znowu leży jakiś poturbowany biedak… a więc znowu trzeba przystanąć”. W międzyczasie wprawił się już w opatrywaniu ran; i za jednym zamachem wsadzał nawet najtęższego rannego na juczne zwierzę. Również osioł jakoś automatycznie obierał kierunek na gospodę. Ale tym razem w gospodzie zjawił się osioł tylko z rannym na grzbiecie. Samarytanin bowiem został na pustyni, aby wytropić i przepłoszyć zbójców; aby położyć kres rozbojom[2].

Miłować tych, których się bardzo dobrze zna, to nie jest łatwe. Zwłaszcza, że to oni potrafią zranić bardzo mocno nasze serce. Miłować tych, których się w ogóle nie zna, jest sprawą jeszcze bardziej trudną. Pomoc okazana naszym przyjaciołom i nieznajomym leży u podstaw chrześcijaństwa, bo wynika z przykazania miłości i to nawet największych nieprzyjaciół. Każdemu z nas należy się szacunek, bo jesteśmy dziećmi Boga, stworzonymi na Jego obraz i podobieństwo. Trzeba pomóc nawet wtedy, kiedy wydaje nam się, że zostaniemy wykorzystani. Nie jest to naiwność, ale wiara w to, że człowiek taki się nawróci. Danie szansy, aby wrócić do Boga. 

Jordan z Saksonii (drugi generał dominikanów) oddał swój płaszcz pewnemu włóczędze, który udawał chorego nędzarza. Wkrótce też w najbliższej karczmie zamienił zdobycz na antałek wina. Brat zakonny, który widział, co stało się z płaszczem, kpił ze swego przełożonego: – Ojcze, niezły podarunek zrobiłeś temu pijaczynie: za twój płaszcz leje się już wino… Mistrz Jordan wówczas odpowiedział: – Zrobiłem to tak, ponieważ uwierzyłem, że jest biedakiem, chorym i potrzebującym. Wydawało mi się czymś zbożnym udzielić mu pomocy. Jeszcze teraz sądzę, że lepiej utracić płaszcz, niż wrażliwość na biednych[3].

Jezus uczy nas, że miłować trzeba każdego, tzn. tego, który jest nam życzliwy, ale też i tego, co „zieje” do nas nienawiścią. Tylko w ten sposób, choć jest to trudna droga, możliwe jest porozumienie, zgoda i pokój na ziemi. Wielu dziś tego nie rozumie i pod płaszczykiem (niestety) także swoich „własnych przekonań religijnych” niszczą to, co jest dla nas ludzi najcenniejsze, tzn. nasze życie.

Każdy z nas wierzących zdąża do jednego celu, jakim jest życie wieczne. Ta droga to nie tylko droga nas samych, ale również drugiego człowieka. Nie jesteśmy sami, bo jest zawsze ktoś obok nas. Nie da się bowiem iść samemu. Nie jesteśmy „samotną wyspą”. Umiejętność widzenia nie tylko siebie na tej ziemi jest dziś wyzwaniem dla wszystkich z nas. Nie jest łatwo dostrzec czyjąś biedę, kiedy sami mamy jej w nadmiarze. Tym bardziej należy czuwać i widzieć koło nas swego brata i wzruszyć się głęboko nad własną i czyjąś dolą i niedolą. W dwójkę zawsze raźniej.

Z nauki Jezusa wiemy, że kto daje – podwójnie zyskuje. Miłosierdzie bowiem popycha do działania, a to działanie zsyła błogosławieństwo. „Sam mi każesz ćwiczyć się w trzech stopniach miłosierdzia” – czytamy w Dzienniczku s. Faustyny – „pierwsze – uczynek miłosierny, jakiegokolwiek on będzie rodzaju; drugie – słowo miłosierne, jeżeli nie będę mogła czynem, to słowem; trzecim jest modlitwa. Jeżeli nie będę mogła okazać czynem ani słowem miłosierdzia, to zawsze mogę modlitwą. Modlitwę rozciągam nawet tam, gdzie nie mogę dotrzeć fizycznie. Zechciejmy uczyć się od Samarytanina, jak i wszystkich ludzi wielkiego serca tej postawy, która w życiu codziennym uszlachetniać będzie w nas samych obraz Miłosiernego Jezusa”[4]. „Zagub się w miłosierdziu, a odnajdziesz szczęście„. 

Jezus mu rzekł: «Idź i ty czyń podobnie!» Bliźni to ten, któremu każdy musi poświęcić swój czas. Gdyby wszyscy tak samo myśleli i czynili, to mielibyśmy już tu na ziemi… niebo.

Łk 10, 25-37

Przypowieść o miłosiernym Samarytaninie

Powstał jakiś uczony w Prawie i wystawiając Jezusa na próbę, zapytał: «Nauczycielu, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?»

Jezus mu odpowiedział: «Co jest napisane w Prawie? Jak czytasz?»

On rzekł: «Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całą swoją mocą i całym swoim umysłem; a swego bliźniego jak siebie samego».

Jezus rzekł do niego: «Dobrze odpowiedziałeś. To czyń, a będziesz żył».

Lecz on, chcąc się usprawiedliwić, zapytał Jezusa: «A kto jest moim bliźnim?»

Jezus, nawiązując do tego, rzekł: «Pewien człowiek schodził z Jeruzalem do Jerycha i wpadł w ręce zbójców. Ci nie tylko go obdarli, lecz jeszcze rany mu zadali i zostawiwszy na pół umarłego, odeszli. Przypadkiem przechodził tą drogą pewien kapłan; zobaczył go i minął. Tak samo lewita, gdy przyszedł na to miejsce i zobaczył go, minął.

Pewien zaś Samarytanin, wędrując, przyszedł również na to miejsce. Gdy go zobaczył, wzruszył się głęboko: podszedł do niego i opatrzył mu rany, zalewając je oliwą i winem; potem wsadził go na swoje bydlę, zawiózł do gospody i pielęgnował go. Następnego zaś dnia wyjął dwa denary, dał gospodarzowi i rzekł: „Miej o nim staranie, a jeśli co więcej wydasz, ja oddam tobie, gdy będę wracał”.

Kto z tych trzech okazał się według ciebie bliźnim tego, który wpadł w ręce zbójców?»

On odpowiedział: «Ten, który mu okazał miłosierdzie».

Jezus mu rzekł: «Idź i ty czyń podobnie!»


[1] Opowiadanie pt. „O żarówce i Panu Jezusie”

[2] Opowiadanie pt. „O Samarytaninie ciąg dalszy”

[3] Opowiadanie pt. „O płaszczu i pijaku”

[4] https://www.milosierdzieboze.pl/samarytanin.php?text=100