Zespół muzyczny Stare Dobre Małżeństwo śpiewał swego czasu piosenkę, gdzie słyszymy m.in. takie słowa: „Jest już za późno, nie jest za późno…” Czy zatem jest już za późno? Te słowa jakby instynktownie ścinają nas z nóg. Ucinają jakąkolwiek dyskusję przekonywująca nas na arguemnty i jednocześnie uderzają z przytłaczającą wręcz siłą prosto w nasze serce. Przebijając jej delikatny mięsień ukłuciem mocnym i bolesnym. Najsilniejszym doświadczeniem tego, co nazywamy „za późno” jest dla nas ludzi zawsze śmierć. To w takich miejscach jak dom pogrzebowy, cmentarz, szpital, na ulicy przy wypadku, w czasie ciężkiej choroby słyszymy najcześciej właśnie te słowa: „Jest już za późno…” I wtedy wiemy, że faktycznie nie ma już odwrotu, że to jest praktycznie koniec. Właśnie wtedy, w tym momencie coś bepowrotnie się kończy, bo dana nam wcześniej szansa – ta za życia, została przez nas zmarnowana i teraz ciężko to już odwrócić, cokolwiek zmienić czy naprawić. Trzeba pogodzić się z tym jak było i jak jest teraz, by zebrać konsekwencje tego, jak będzie wyglądać przyszłość. Czujemy wewnątrz serca i umysłu, że jest już jednak za późno…

Może to dokładnie przeżył hiszpański pisarz Lope de Vega, kiedy leżał na łożu śmierci. Życie wtedy przewinęło mu się przed oczami jak film: odnosił wiele sukcesów, cały czas był nagradzany oklaskami. Oczarował przecież wielu ludzi więcej niż tysiącem sztuk. Żył tylko dla sukcesu – czyż zatem u kresu tak udanego życia nie powinien być zadowolony? I kiedy leżał  tak na tym swoim łóżku, kiedy wybijała ta jego ostatnia godzina, ujrzał te rzeczy w zupełnie innym świetle. Ale opiekujący się nim lekarz powiedział do niego pełen zachwytu: „- Może pan umierać szczęśliwy, bo świat o panu nigdy nie zapomni. Wejdzie pan do historii jako wielki pisarz!” „-Panie doktorze – powiedział umierający de Vega – teraz widzę to zupełnie inaczej. Przed Bogiem ten tylko jest wielki, kto ma dobre serce. Oddałbym dziś wszystkie oklaski, jakie otrzymałem w życiu, za to, bym mógł zrobić jeden dobry uczynek więcej…”

Do tego jego doświadczenia, ale raczej bezradności w obliczu śmierci, do tej szansy, która została przez niego zmarnowana i trudno mu to było już odwrócić, nawiązuje dziś sam Pan Jezus. W Ewangelii św. Łukasza (13, 22-30) nie mówi nam On wprost, bezpośrenio, że „jest już za późno”, ale używa obrazu „zamkniętych drzwi”. Słyszymy słowa: „Usiłujecie wejść przez ciasne drzwi, gdyż wielu, powiadam wam, bedzie chciało wejść, a nie zdołają. Skoro Pan domu wstanie i drzwi zamknie…”.

Warto tu zwrócić uwagę, żę drzwi zatem wcześniej były otwarte. Można było przez nie wejść do środka. Dopieor później te drzwi zostają zamknięte – definitywnie, bez odwołania. Kto wcześniej nie zdążył przez nie wejść, ten stracił już tę możliwość. Nie wykorzystał czasu, który został mu dany. Zamiast słowa „dany”, wyraz  „ofiarowany” brzmi tu nawet lepiej.

Zapewne wielu z nas przeżyło w swom życiu taki moment, kiedy dzieliły nas dosłownie dwa kroki do drzwi autobusu i… nie udało się wsiąść, bo te zamknęły się tuż przed naszym nosem. Drzwi się zamknęły, autobus odjechał, a my boleśnie przeżywaliśmy w sercu i umyśle naszą frustrującę. Staliśmy bezradni widząc oddalający się pojazd wypełniony ludźmi.

Te zamykające się drzwi autobusu mogą nam tak trochę chociaż zobrazować te ewangeliczne osatetczne dni. Te jedyne, najważniejsze do któryh nie możemy się spóźnić. Na ziemi możemy większość spóźnienień nadrobić, czy odpracować. Możemy wsiąść do następnego autobusu i wybrać może dłuższą i bardziej krętą drogę, aby dotrzec do celu z lekkim opóżnieniem. Jest to zawsze możliwe. Drzwi szcześcia wiecznego są jedyne i zamykają się o określonej, konkretnej i sprecyzowanej przez Boga porze. Zamykają się na zawsze. I dlatego na swoje życie trzeba patrzeć z perspektywy tych ostatnich drzwi, które są wciąż dla nas jeszcze otwarte. Ciągle jest zatem dla nas szansa, bo żyjemy, bo oddychamy, bo jesteśmy tutaj. Dlaczego zatem wielu zaproszonych nie chce wejść i nie wchodzi?

W przypowieści znajdziemy pewne wskazówki, które mogą nam pomóc odpowiedzieć na to pytanie. Pan domu na usilne naleganie tych wszsytkich, którzy zostali na zewnątrz odpowiada: „Odstąpcie ode Mnie wszyscy dopuszczający się niesprawiedliwości”. Istotnym zatem elementem, który zarazem jest przeszkodą do wejścia przez „drzwi” jest czynienie przez nich niesprawiedliwości. Patrząc tak na całą Ewangelię można wywnioskować, że chodzi raczej o świadomie przyjęty pewien, nazwijmy go w przenośni „styl życia”, który jest przeciwny wymaganiom Dekalogu, niż doraźny, pojedynczy zły uczynek. I widzimy, że Ewangelista Łukasz dopisuje i prezyzuje nadal co chce nam powiedzideć, bo to jeszcze nie koniec tej historii…

Tymczasem ci, którzy weszli, zaczynają „budowanie swojej lini obrony” i odwołują się do uprzedniej znajomości z Panem domu. Ta argumentaca jednak jest bezskuteczna i nadaremna. Wtedy właśnie padają słowa Chrystusa, by odstąpili od Niego ci którzy czynili nieprawość. Zwracam uwagę na słowo: „czynili”, a nie „uczynili”. Słowo: „czynili” wskazuje na pewną regularność, permanentność, powtarzalność pojawiającej się nieprawości, a słowo „uczynili”mogłoby wskazywać raczej na jednorazowy, akcydentalny, nieregularny grzech, który pojawił się w czyimś życiu. „Czynili” i „u-czynili”. Jedna literka „u”, ale może wpływać na sposób funkcjonowania danej osoby. To, że „czynili” oni to regularnie, ta postawa permanetnej nieprawości jest podstawą ich odrzucenia.

Ci, którzy krzyczeli do Pana: „Przecież jadaliśmy i pilismy z Tobą, i na ulicach naszych nauczałeś” jednocześnie permanentnie odrzucili Jego naukę, a tym samym Jego samego. I sam fakt, że tworzymy „nowy lud wybrany” nie oznacza, że to „wybraństwo” to patent na zbawienie. Bóg powołuje i kocha wszystkich. Nie odrzuca z góry nikogo. Powołuje każdego do zbawienia. Za nas On cierpiał, dał się zabić i dla nas też zmartwychwstał. Nie wszyscy jednak „pchają się” i nie wszyscy wokół tych drzwi się tłoczą. Niektórym w ogóle nie zależy na tym, by przekroczyć próg. Inni z kolei myślą, że „da się to jakoś załatwić”, bo liczą na jakieś tam układy. Tymczasem Jezus nie idzie na żadne ustępstwa, na żadne układy i dlatego to szczególnie ci otrzymali przestrogę. Tym właśnie ludziom Chrystus chce dziś otworzyć oczy, aby przejrzeli i zobaczyli co robią i jak postępują.  Bo póki trwa nasze ziemskie życie, zawsze możemy coś w nim zmienić. Możemy zmienić nasza relację do Boga, a tym samym także relację do siebie samego, oraz innych ludzi, a także rzeczy materilanych, które mają nam tylko służyć do celu, jakim jest niebo.

I kiedy wydaje nam się, że zostało zmarnowane jakieś dobro związane z konkretnym człowiekiem, mamy zawsze możliwość naprawy tej sytuacji i naszej relacji do drugiego człowieka, zwłaszcza jeśli go krzywdziliśmy regularnie i bez serca.

Ewangeliczny „obraz drzwi” nie mówi nam jak będzie w tym ostatecznym spotkaniu z Panem, ale ukazuje jak MOŻE być, jeśli się nie nawrócimy. I im dłużej zwlekamy i zastanawiamy się nad przyjęciem Bożej miłości do własnego serca, tym dłużej marnujemy szansę, aby to ziemskie życie było przeniknięte wiarą, nadzieją i miłością. Jednym słowem, żeby nasze życie było przemienione na lepsze, potrzeba nam zawsze konkretnej decyzji. I im szybciej dojdziemy do tego, że dotychczas marnowaliśmy czas, tym lepiej dla nas. Dlaczego?

Przeczytałem ostatnio w Interncie ciekawy artykuł. Przytoczę jego fragment:

„Bronnie Ware mieszka w Australii i przez wiele lat była opiekunką w ośrodku paliatywnym, gdzie spędzała od 3 do 12 tygodni z osobami, które wiedziały, że niedługo umrą. Leczenie polegało głównie na uśmierzaniu bólu, gdyż szans na wyzdrowienie właściwie nie było. Jeżeli jakikolwiek podopieczny został wypisany do domu to wyłącznie po to, aby tam umrzeć.

Bronnie przeprowadziła wiele głębokich i ciekawych rozmów z ludźmi, których w takiej sytuacji stać było na szczerość i otwartość w podsumowaniu własnego życia. Zobaczyła, że w konfrontacji z śmiercią ludzie dojrzewają i mają jasność co do tego, co w życiu liczy się naprawdę. Napisała też książkę, która została przetłumaczona na 27 języków. Jej tytuł w tłumaczeniu na polski brzmiałby: „Pięć głównych rzeczy, których ludzie żałują przed śmiercią.”

  1. Żałuję, że nie żyłem moim własnym życiem.

Żałuję, że nie miałem odwagi prowadzenia takiego życia, jakie wewnętrznie uznawałem za słuszne. Żałuję, że ulegałem presji otoczenia i nie walczyłem o swoje. To był najczęściej powtarzający się wątek.

Kiedy zaczynasz rozumieć, że Twoje życie zbliża się do końca i drugiej szansy już nie będzie, łatwo jest ocenić co udało się osiągnąć, a czego się nie uda się już zrobić.

W opinii Bronnie większość nie realizuje nawet połowy swoich marzeń. Umierają ze świadomością, że ostatecznie to oni sami są odpowiedzialni za swoje wybory i poniosą konsekwencje nie podjętych prób. Zdrowie daje wolność działania, którą mało osób rozumie do czasu, gdy zostaną go pozbawieni.

  1. Żałuję, że nie miałem odwagi, by okazywać swoje prawdziwe uczucia.

Wielu z nas chowa swoje prawdziwe uczucia pod przykrywką chęci posiadania dobrych relacji. Paradoks jest taki, że przecież posiadanie jakiejkolwiek relacji bez szczerości i okazywania prawdziwych uczuć i emocji jest niemożliwe.

Dodatkowo udowodnione jest naukowo, że wiele chorób ma podłoże psychiczne, a korzeniem tego są nagromadzone i niewyrażone uczucia takie jak: gorycz, nieprzebaczenie czy nienawiść.

  1. Żałuję, że za dużo pracowałem.

To była wypowiedź, którą wyraził każdy męski podopieczny. Trzeba zwrócić uwagę, że ludzie ci żyli w czasach, gdy głównie mężczyźni pracowali, a kobiety zajmowały się domem. Oczywiście były też kobiety, które wyrażały taki żal, ale było ich stosunkowo niewiele.

  1. Żałuję, że nie utrzymywałem bliższego kontaktu z przyjaciółmi.

Nieuleczalna choroba to również czas wspomnień i podsumowań tego, co było ważne i wartościowe. Przyjacielskiej relacji nie zbudujesz w tydzień, a raz utracona jest ciężka do odbudowania. Z perspektywy czasu żałowali oni, że nie spędzali z przyjaciółmi więcej czasu

i nie obdarzyli ich uwagą, na którą zasługiwali. Był to prawdziwy żal, nie tylko smutek z powodu małej ilości osób na pogrzebie.

  1. Żałuję, że nie zdecydowałem się być szczęśliwym.

Wiele osób dopiero w chwilach konfrontacji ze śmiercią zaczyna rozumieć, że szczęście jest wyborem. Przez całe życie pozostawali oni w starych sposobach myślenia i zwyczajach. Strach przed zmianami spowodował, że nie zdecydowali się na bycie szczęśliwymi, często również udając kogoś, kim nigdy nie byli. Stwarzali pozory zadowolonych, aby nie stracić tego co mieli. Przez to tak naprawdę nigdy nie byli szczęśliwi. Na koniec dwie refleksje:

Po pierwsze zaskoczyło mnie, że na liście nie było nic o sławie, pieniądzach czy karierze? Najpopularniejsze tematy i coś co spędza większości sen z powiek całkowicie straciły na ważności w konfrontacji z ostatecznością. Ważna informacja, którą większość z nas intuicyjnie przeczuwa, ale boi się przyznać.

Po drugie lista ma praktyczne zastosowanie. Myślę, że warto przykładać ją do swoich priorytetów, gdy kalendarz pęka w szwach i wszystko wygląda na równie ważne. Takie skuteczne sito, by zatrzymać sprawy najważniejsze. Wskazówka, by zapytać o to co dla mnie jest istotne i dlaczego to robię. Jeszcze jest czas, aby nie musieć żałować”.

(Angelika Chimkowska, Czego ludzie żałują przed śmiercią?) (https://szukajacboga.pl/blog/czego-ludzie-zaluja-przed-smiercia/

Kto wie, czy wspomniany przeze mnie na początku pisarz Lope de Vega tym jednym zdaniem, które warto jeszcze raz powtórzyć: „Oddałbym dziś wszystkie oklaski jakie otrzymałem w życiu za to, bym mógł zrobić jeden dobry uczynek więcej….”. Miał zatem odczucie, że tego właśnie nie zrobił przez całe swoje życie. Chociaż jeden dobry uczynek…

Zobaczmy jednak, że tymi jednym wypowiedzianym zdaniem MOŻE, ale tego oczywiście nie wiem, ale MOŻE i mam taką nadzieję, że cudownie zmienił on myślenie tego… doktora, który stał przy jego łożu smierci. A tym samym, MOŻE nawet nie zdając sobie z tego sprawy, wykonał ten dobry uczynek, już na łożu śmierci, a którego to uczynku brakowało mu w czasie całego życia na tej ziemi. W ten sposób zrealizował swoje marzenie mimo, że wydawało mu się to już nie realne. Jest już za późno, nie jest za późno…  Tak oto są ostatni, którzy będą pierwszymi, i są pierwsi, którzy będą ostatnimi… (Łk 13, 30).

——————–

Łk 13, 22-30

Królestwo Boże dostępne dla wszystkich narodów

Jezus przemierzał miasta i wsie, nauczając i odbywając swą podróż do Jerozolimy.

Raz ktoś Go zapytał: «Panie, czy tylko nieliczni będą zbawieni?»

On rzekł do nich: «Usiłujcie wejść przez ciasne drzwi; gdyż wielu, powiadam wam, będzie chciało wejść, a nie zdołają. Skoro Pan domu wstanie i drzwi zamknie, wówczas, stojąc na dworze, zaczniecie kołatać do drzwi i wołać: „Panie, otwórz nam!”, lecz On wam odpowie: „Nie wiem, skąd jesteście”. Wtedy zaczniecie mówić: „Przecież jadaliśmy i piliśmy z Tobą, i na ulicach naszych nauczałeś”.

Lecz On rzecze: „Powiadam wam, nie wiem, skąd jesteście. Odstąpcie ode Mnie wszyscy, którzy dopuszczacie się niesprawiedliwości!” Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów, gdy ujrzycie Abrahama, Izaaka i Jakuba, i wszystkich proroków w królestwie Bożym, a siebie samych precz wyrzuconych. Przyjdą ze wschodu i zachodu, z północy i południa i siądą za stołem w królestwie Bożym.

Tak oto są ostatni, którzy będą pierwszymi, i są pierwsi, którzy będą ostatnimi».