Analizując treść znanej przypowieści o Bogaczu i Łazarzu, musimy się oprzeć pokusie zbyt uproszczonej jej interpretacji. Nie jest prawdą, że gdy komuś znakomicie wiodło się na ziemi, po śmierci na pewno trafi do piekła, a gdy komuś w życiu doczesnym się nie wiedzie, otrzymał przepustkę do nieba. Do nieba bowiem nie idzie się tylko dlatego, że się było biednym, a do piekła tylko dlatego, że się było bogatym.

W perspektywie biblijnej niebo jest jakąś formą ostatecznego naprawienia wszelkich przejawów niesprawiedliwości, wyrównania bilansu doznanych w życiu doczesnym radości i smutków, przyjemności i cierpień, bogactwa i biedy: „Wspomnij, synu, że za życia otrzymałeś swoje dobra, a Łazarz przeciwnie, niedolę; teraz on tu doznaje pociechy, a ty męki cierpisz”. Zauważmy jednak, że ów bogacz cierpi męki nie dlatego, że był bogaty, lecz dlatego, że będąc bogatym, nie zainteresował się głodnym, okrytym wrzodami żebrakiem, który daremnie czekał na pomoc „u bramy jego pałacu”. Należy również przypuszczać, że Łazarz szczęśliwie znalazł się „na łonie” Abrahama (czyli w gronie zbawionych) nie tylko dlatego, że wiele na ziemi wycierpiał, ale dlatego, że mimo cierpień i doznanej biedy słuchał „Mojżesza i Proroków”, starając się żyć zgodnie z przykazaniami objawionymi przez Boga. Można więc powiedzieć, że ewangeliczna przypowieść o bogaczu i Łazarzu jest wezwaniem do wierności wobec Bożego prawa oraz przestrogą przed demoralizującą siłą bogactwa. Już wcześniej zwracał na to uwagę prorok Amos, wypowiadając ostre „biada” pod adresem bogaczy, którzy „leżą na łożach z kości słoniowej i wylegują się na dywanach, (…) a nic się nie martwią upadkiem domu Józefa”.

Być może znane nam jest podobne w swej wymowie i bardzo pouczające opowiadanie o biednym szewcu, który na swą biedę specjalnie nie narzekał, lecz zadowolony z uczciwego, choć trudnego życia od rana do wieczora radośnie przy pracy sobie śpiewał. Pech chciał, że tuż obok niego mieszkał bogacz, który był tak bardzo przejęty swym bogactwem, że całymi nocami przeliczał swoje zyski i złote monety. A skoro w nocy liczył, w ciągu dnia musiał to odsypiać. Nie mógł jednak spokojnie spać, bo ów spokój zakłócało mu pełne wigoru śpiewanie szewca. Pewnego dnia bogacz wpadł na sprytny pomysł, by szewca uciszyć. Podarował mu worek pełen złotych monet. Uradowany szewc odstawił buty i zabrał się za liczenie pieniędzy. Liczył w skupieniu całymi dniami, sprawdzał, czy się nie pomylił, w obawie przed złodziejami przenosił swoje bogactwo z miejsca na miejsce. Oczywiście, w tej sytuacji nie miał już czasu na pracę i nie miał go dla rodziny, dla dzieci, dla przyjaciół. Skupiony na liczeniu pieniędzy, przestał także śpiewać. Teraz bogacz mógł sobie spać spokojnie. Wkrótce jednak szewc zorientował się, że zyskując worek złota, stracił to, co było dla niego najcenniejsze: radość życia, rodzinę, przyjaciół. Odniósł worek z pieniędzmi sąsiadowi i bez żalu, z pieśnią na ustach znowu zasiadł do kopyta. Znowu poczuł się szczęśliwy.

To zapewne miał na myśli święty Paweł, gdy zachęcał swego ucznia Tymoteusza do uczciwego życia, do wierności Bożym przykazaniom: „Podążaj za sprawiedliwością, pobożnością, wiarą, miłością, wytrwałością i łagodnością. Walcz w dobrych zawodach o wiarę, zdobądź życie wieczne do niego zostałeś powołany”.

Zauważmy, że niewiele brakowało, aby obdarowany złotem szewc skończył tak, jak bogacz z ewangelicznej przypowieści. Jego przewaga polegała na tym, że nawrócił się, czyli poszedł po rozum do głowy jeszcze za życia na ziemi. Dość wcześnie zrozumiał to, co ewangelicznemu bogaczowi tak trudno było pojąć nawet po śmierci: że aby się zbawić, nie wystarczy myśleć tylko o sobie i że bardziej od nadzwyczajnych znaków do nawrócenia potrzebna jest wiara we wszystko, co Bóg objawił przez Mojżesza i Proroków.

W życiu doczesnym, mimo tak wielkich społecznych nierówności, granica między biedą i bogactwem może być niekiedy bardzo wąska i w pewnym sensie ruchoma: przez zrządzenie losu biedak (jak ów szewc z opowiastki) może się stać milionerem, a bogacz bankrutem. Ale już po śmierci granica między zbawieniem i potępieniem jawi się jak „ogromna przepaść”.  A cały dramat potęguje fakt, że przepaści tej nie tworzy Bóg, lecz sam człowiek kopie ją w czasie ziemskiego, „lekkiego” życia”.

Przed wielu laty dwóch studentów Uniwersytetu Stanford desperacko próbowało znaleźć jakieś środki utrzymania. Kiedy ich fundusze osiągnęły stan krytyczny, wpadli na pomysł zorganizowania recitalu znanego pianisty, Ignacego Paderewskiego. Zyski z koncertu miały wystarczyć na opłacenie czesnego i skromne życie.

Menedżer pianisty zażądał honorarium w wysokości $2000. W owych czasach była to niebagatelna suma, ale chłopcy wyrazili zgodę i zaczęli promować koncert. Jednakże mimo wielkiego nakładu pracy wpływy za bilety osiągnęły jedynie $1600.

Po koncercie oba studenci podeszli do wielkiego artysty, tłumacząc mu zaistniałą sytuację. Wręczyli mu zebrane $1600 wraz z wekslem na pozostałe $400, obiecując, że zwrócą dług, kiedy tylko uda się im zarobić potrzebną sumę. Wyglądało na to, że dni ich kariery akademickiej są już policzone.

– O nie, chłopcy – zaprotestował Paderewski. – Absolutnie się na to nie zgadzam. Podarłszy weksel, oddał im również otrzymane pieniądze
– A teraz – powiedział – weźcie z powrotem te $1600, odejmijcie wszystkie swoje wydatki, a od pozostałej sumy odliczcie sobie 10% jako wynagrodzenie za waszą pracę. Ja zadowolę się resztą.

Minęły dwa lata. Przez Europę przetoczyła się I wojna światowa. Paderewski, który w międzyczasie został prezydentem Polski, borykał się z koniecznością nakarmienia tysięcy głodujących ludzi. Na całym świecie istniał tylko jeden człowiek, który mógł udzielić mu skutecznej pomocy – Herbert Hoover, szef Federalnego Biura Pomocy Humanitarnej. Hoover odpowiedział pozytywnie i wkrótce do Polski napłynęły tysiące ton żywności. Kiedy sytuacja została opanowana, Paderewski udał się do Paryża, by podziękować Hooverowi za pomoc udzielona Polsce.

– Nie ma o czym mówić, panie prezydencie – odparł Hoover. – Poza tym, pan tego z pewnością nie pamięta, ale jeszcze jako student wyższej uczelni znalazłem się w trudnej sytuacji i wtedy pan wyciągnął do mnie pomocną dłoń.

Gest otwartej, szukającej pomocy ręki stał się jednym z symboli naszej wiary. Bohater dzisiejszej Ewangelii, Łazarz, z tak otwartą ręką oczekiwał pomocy od drugiego człowieka. Nie doczekał się, bo bogacz za bardzo wpatrzony był w bogactwa tego świata. Dla Paderewskiego pieniądz i bogactwa nie były najważniejsze. Liczył się drugi człowiek.

Chrześcijaninowi nie wolno zrezygnować z walki o człowieka. Bóg ma klucze ludzkiego serca i może się nimi posłużyć, gdy ktoś w imię prawdziwej miłości jest gotów poświęcić swoje życie dla ratowania wędrujących „krętymi drogami”.

„Dla Boga nie ma nic niemożliwego”. Zdanie to nie pozwala na bezradne opuszczenie rąk. Akcja ratowania grzeszników wciąż trwa, nie wolno z niej zrezygnować nikomu. Bywa, ze tonący sięgnie po rzucone koło ratunkowe w ostatniej sekundzie. Tego nie wiemy, zostajemy tylko z ufnością że wszyscy tam „w niebie” spotkamy się na Uczcie Pana wielbiąc Go i oddając Mu cześć.

Łk 16,19-31
Żył pewien człowiek bogaty, który ubierał się w purpurę i bisior i dzień w dzień świetnie się bawił. U bramy jego pałacu leżał żebrak okryty wrzodami, imieniem Łazarz. Pragnął on nasycić się odpadkami ze stołu bogacza; nadto i psy przychodziły i lizały jego wrzody. Umarł żebrak, i aniołowie zanieśli go na łono Abrahama. Umarł także bogacz i został pogrzebany. Gdy w Otchłani, pogrążony w mękach, podniósł oczy, ujrzał z daleka Abrahama i Łazarza na jego łonie. I zawołał: Ojcze Abrahamie, ulituj się nade mną i poślij Łazarza; niech koniec swego palca umoczy w wodzie i ochłodzi mój język, bo strasznie cierpię w tym płomieniu. Lecz Abraham odrzekł: Wspomnij, synu, że za życia otrzymałeś swoje dobra, a Łazarz przeciwnie, niedolę; teraz on tu doznaje pociechy, a ty męki cierpisz. A prócz tego między nami a wami zionie ogromna przepaść, tak że nikt, choćby chciał, stąd do was przejść nie może ani stamtąd do nas się przedostać. Tamten rzekł: Proszę cię więc, ojcze, poślij go do domu mojego ojca. Mam bowiem pięciu braci: niech ich przestrzeże, żeby i oni nie przyszli na to miejsce męki. Lecz Abraham odparł: Mają Mojżesza i Proroków, niechże ich słuchają. Nie, ojcze Abrahamie – odrzekł tamten – lecz gdyby kto z umarłych poszedł do nich, to się nawrócą. Odpowiedział mu: Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą.