Pewien człowiek zabłądził na pustyni i od dwóch dni wędrował wśród nie kończących się, rozgrzanych słońcem piachów. Był już u kresu sił. Niespodziewanie ujrzał przed sobą sprzedawcę krawatów. Nie miał on przy sobie nic innego – jedynie mnóstwo krawatów. I natychmiast próbował sprzedać jeden z nich człowiekowi umierającemu z pragnienia. Wyczerpanemu i spragnionemu wędrowcy handlarz wydał się szalony: Czyż ktoś przy zdrowych zmysłach próbowałby sprzedać krawat człowiekowi łaknącemu jedynie wody?

Sprzedawca wzruszył obojętnie ramionami i ruszył w dalszą drogę. Przed zapadnięciem zmroku znużony wędrowiec, już z wielkim trudem poruszający zbolałymi nogami, uniósł głowę i osłupiał: znajdował się przed elegancką restauracją, obok której stał szereg samochodów! Budynek był okazały, a dookoła niego rozciągała się pustynia.

Z trudem dowlókł się do drzwi restauracji i prawie mdlejąc z pragnienia wyszeptał: – Litości, wody! – Przykro mi, proszę pana, – rzekł ze współczuciem uprzejmy szwajcar – nie przyjmujemy gości bez krawatów.

Są osoby przemierzające pustynię swego życia z ogromnym pragnieniem przyjemnych doznań. Za głupców uważają tych, którzy chcą ich zapoznać z Ewangelią. Jest to posłanie zbyt zaskakujące dla ich pustyni! Lecz kiedy zapragną wejść do „Hotelu Pana”, zostanie im powiedziane: „Przykro mi, tutaj nie można wstąpić bez odnowionego serca”. (opowiadanie pt.: „Przygoda na pustyni”, autor: Bruno Ferrero, książka: „40 opowiadań na pustyni”).

Życie ludzkie składa się z licznych wydarzeń, ale przede wszystkim spotkań. Jedne z nich nie przedstawiają żadnej wartości, inne wywierają wpływ na całe życie. I to zarówno w sensie pozytywnym jak i często się zdarza również w sensie negatywnym. Spotkanie, o którym mowa w dzisiejszej Ewangelii św. Łukasza (19, 1-10) było nadzwyczajnym spotkaniem. Było to spotkanie Chrystusa z człowiekiem.

Kim był Zacheusz? Zacheusz to zwykły człowiek zatroskany o swoją codzienność́. Hebrajskie imię̨ może oznaczać́ „czysty” (Zacheusz), ale też „Bóg pamięta” (jeśli imię̨ to jest skrótem od Zachariasz). Jeden z dziesiątków tysięcy, milionów ludzi. Niczym lepszy ani gorszy od innych. Czytamy, że był przełożonym nad celnikami. A więc sprawował wysoką funkcję, która wiązała się z wieloma przywilejami. Szczególnie finansowymi. Czytamy, że był człowiekiem bogatym. A więc miał wysoką pozycję i był osobą wpływową. Być może wydawał się być człowiekiem szczęśliwym z tego powodu. Ale to są tylko pozory…

W jednym był nam bardzo podobny, był grzesznikiem, jak każdy człowiek. Okazuje się, że czegoś mu brakowało. Dlatego szukał jakiegoś rozwiązania dla swojego życia. Może nawet nie bardzo sobie to uświadamiał, więc szukał tego „czegoś”. Z lektury tego tekstu w końcu wnioskujemy, że brakowało mu Boga. Zapewne sam do końca tego nie rozumiał, bo na początku czytamy, że po prostu pragnął zobaczyć Jezusa. To był człowiek, który chciał zobaczyć Jezusa. I był w tym tak zdeterminowany, że wszedł na drzewo, by lepiej Go widzieć.

Słyszał o Nim, że to przyjaciel ludzi, przyjaciel celników i grzeszników. A więc jest to ktoś, kogo Zacheusz potrzebował. Usłyszał, że Jezus ma przechodzić przez Jerycho, wiedział, że to ktoś szczególny, ktoś wyjątkowy dla niego. Wiedział, że to spotkanie jest istotne, choć nie wiedział jeszcze jaki będzie miało charakter. Prawdopodobnie nie żywił nadziei, że Jezus poświęci mu choć spojrzenie. Dlatego sam wszedł na drzewo by Go ujrzeć. A tu niespodziewanie Chrystus mówi do niego: „Zejdź, bo chcę się zatrzymać w twoim domu, Zacheuszu. „Te odwiedziny były bardzo wyjątkowe. Ich skutek był zadziwiający. Czytamy słowa Jezusa wypowiedziane w domu Zacheusza: „Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu!”

Chrystus zatrzymał się po sykomorą. Tłum myślał zapewne, że potępi On celnika. Jednak, ku zgorszeniu faryzeuszy i im podobnych, Chrystus niezwykle życzliwie potraktował Zacheusza. Nie tylko, że go zauważył, ale poszedł do niego w gościnę. Zgorszeni mówili: „Do grzesznika poszedł w gościnę”. Oni woleliby, aby Chrystus ściągnął z nieba ogień kary, który by zniszczył celnika w jego własnym domu. Inne jednak było myślenie Chrystusa, który przez swą miłość, łagodność i życzliwe pochylenie się nad grzesznikiem doprowadził do nawrócenia celnika i przyjęcia przez niego zbawczego orędzia. To nawrócenie zaowocowało także dobrem dla społeczności, w której on żył. Rozradowany celnik zawołał: „Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogoś z czymś skrzywdziłem, zwracam poczwórnie”.

Zwięzła charakterystyka Zacheusza nie pozostawia nam jakiejkolwiek wątpliwości kim był w ówczesnym społeczeństwie. Osiągnął on znaczne bogactwa: jako człowiek zamożny i dobrze „ustawiony” (zwierzchnik celników) żył w jakimś „poczuciu bezpieczeństwa”, które było bardzo iluzoryczne. Pod zewnętrznym obrazem człowieka zabezpieczonego pod względem materialnym, pewnego siebie, jest tak naprawdę ktoś inny” człowiek zagubiony i niespełniony. W jakim stanie ducha się znajdował, to widzimy w momencie, gdy mimo swej wysokiej pozycji w społeczeństwie, nie zawahał się narazić na śmieszność. Wdrapuje się na drzewo, byle zobaczyć Jezusa. I jest to pierwszy krok, który czyni w stronę „wielkiego spotkania”. Jest w tym zachowaniu pełen zapał, żarliwość i konsekwencja, by zobaczyć Mistrza.

Zacheusz jest nadto człowiekiem niskiego wzrostu. Był mały, drobny, nie rzucający się w oczy, ginący w tłumie. Bardzo znaczące są te słowa i wiele zawartej myśli jest w tym stwierdzeniu. Zacheusz bowiem od wielu lat obracał się w środowisku ludzi, którzy bezlitośnie poszukiwali tylko zysku. Ciężko i jemu było nie ulec, czy raczej „bronić się” przed chciwością, wyrachowaniem, a w konsekwencji spłycenia patrzenia i lekceważenia drugiego człowieka – bliźniego, oraz otaczającego go świata. Małego wzrostu – to subtelna aluzja wobec naszych niespełnionych oczekiwań czy marzeń. Nagromadzenie licznych dóbr tego świata nie prowadzi do wzrostu w nas człowieczeństwa. Samo posiadanie nie wypełnia celu naszego życia. Niby uważamy to za oczywiste, ale gdy „kłopoty dnia codziennego” wypełniają szczelnie nasze kolejne dni, to faktycznie trudno już dostrzec, że życie przechodzi koło nas, jest gdzieś obok.

Zacheusz był zwierzchnikiem celników. Znaczy się, że gromadził swoje bogactwo drogą nieuczciwego traktowania bliźnich. To grząski grunt, bo, mimo że ma się przewagę zwierzchnictwa, to nie można nigdy być pewnym jutra. Na tej posadzie trwa się w pozycji stającej, ciągle jakby w biegu, w nerwowości, ciągłym napięciu, że już jutro nie będzie tego, co jest teraz. Trudno zatem o pokój serca i o pewien wzrost, zwłaszcza duchowy. Uwaga bowiem skupiona jest jedynie na ochronie bogactw, które już ssie posiada, i obmyślaniu kolejnych pomysłów jak zdobyć nowe.  Każdy zatem człowiek, który zbliży się na bliską odległość, staje się wtedy podejrzanym, wrogiem, konkurentem. Wtedy pozostaje tylko zgoda na codzienne wegetowanie i wewnętrzna zgoda na pogardę otoczeniem, a potem nawet i pogarda wobec samego siebie.

Nadszedł taki dzień, gdy Zacheusz chce przemienić własne życie. „Wspina się na drzewo” – taka symboliczna scena wzrostu. W każdym innym momencie takie zachowanie wzbudzałoby śmiech. Ale to go w ogóle nie obchodzi, bo chce tylko jednego” zobaczyć na własne oczy Jezusa! Jak podaje Ewangelista Łukasz, Zacheusz idzie tam, „Aby móc Go ujrzeć. Jezus od razu dostrzega ten akt dobrej woli i mimo ogromnego tłumu dostrzega właśnie Zacheusza, siedzącego na drzewie jak dziecko i mówi do niego: „Zejdź prędko”. To szczególne słowo: „prędko” wyraża zachętę do opuszczenia tylko pozornie dobrze wybranego miejsca obserwacji. Na drzewie przecież nie da się żyć, mimo, że w danym momencie było to najlepsze miejsce dla Zacheusza. Samo obserwowanie to za mało, to zbyt łatwe i mało angażujące. „Zejdź prędko” oznacza: opuść sztuczna i nienaturalną pozycję swojego życia. Chce zatrzymać się w twoim domu. Słowo „zatrzymać się” też jest tu określeniem tego, jak działa Pan Bóg, który nie chce tymczasowości, ale stałości kontaktu w sercu człowieka – zjednoczenia w miłości. Słowo: „w Twoim domu”, czyli miejscu, gdzie czujesz się dobrze, bezpiecznie, szczęśliwy i gdzie jesteś sobą.

Zacheusz zatem wydaje przyjęcie. Prawdziwemu doświadczeniu żywej obecności Boga zawsze towarzyszy radość. Zacheusz robi wszystko, aby ten wielki dzień jego przemiany, nie tylko on zapamiętał, ale również inni ludzie – domownicy. Ta radość spowodowana jest przede wszystkim zmianą jaka zaszła w tym człowieku, bo odkrył on „nowy świat”, którego nie doświadczał, ale wiedział głęboko w sercu, że on istnieje. Poruszyło się w nim to „skamieniałe serce”, które dotychczas nieczułe na potrzeby innych, od teraz staje się darmowe i bezinteresowne. Zacheusz uczy się – robi to tak, jak tylko potrafi – hojności: deklaruje się. Ze odda połowę swojego majątku ubogim. Oto pierwszy krok w nowym, nieznanym mu dotychczas świecie.

Przemieniony obecnością Boga – Jezusa, człowiek dostrzega świat inaczej. Ubodzy i potrzebujący są już wszędzie i to oni najbardziej przybliżają obecność Jezusa: bo byłem głodny, chory, spragniony, nagi, w więzieniu… a służyliście mi…

Harold Hughes w swojej autobiografii pisze, że w młodzieńczych latach nadużywał alkoholu, kłamał i oszukiwał. Aż w końcu doprowadził się do takiego stanu, że nie widział dla siebie żadnych szans. Czuł się kompletnie zagubiony. Pewnej nocy wyciągnął z szuflady broń, wszedł do wanny i przyłożył lufę pistoletu do skroni. Tak chciał skończyć ze sobą. Gdy już miał pociągnąć za cyngiel, przypomniał sobie Biblię, która potępia samobójstwo. Następnie odłożył broń i zdecydował się wyjaśnić Bogu, dlaczego chciał to uczynić. Wyszedł z wanny, ukląkł na zimnej posadzce i oparł głowę o brzeg wanny. Łkając, zaczął rozmawiać z Bogiem. I wtedy wydarzyło się coś, czego nigdy w swoim życiu nie doświadczył. Pisze o tym następująco: „Czułem, że głęboki pokój zamieszkał we mnie… Moje grzechy, jak gdyby się ulotniły… Jak zagubione dziecko w czasie nawałnicy nagle odczułem, że jestem w kochających rękach ramionach mojego Ojca w niebie… Klęcząc w łazience, całkowicie oddałem się Bogu, mówiąc:

„O cokolwiek poprosisz mnie Ojcze… to wszystko uczynię””. To niesamowite przeżycie było początkiem całkowitego nawrócenia. Wiele lat później Herold Hughes został wybrany gubernatorem stanu Iowa, a następnie senatorem Stanów Zjednoczonych. Po przejściu na emeryturę poświęcił cały swój czas na walkę z alkoholizmem i narkomanią.

Bóg nie chce śmierci grzesznika, lecz żeby się nawrócił i żył. Wychodzi do człowieka, z wybaczającą miłością. Każdy, kto do Niego się zbliży, odczytuje tę miłość. Miłość, która prowadzi do przemiany i nawrócenia, tak jak to było w przypadku Zacheusza, jak i Harolda Hughesa. Jest to zachęta dla tych, którzy odeszli od Boga, że mogą do Niego wrócić i doznać przemiany w promieniach Jego miłości. A dla tych, którzy trwają przy Bogu, aby podobnie jak On byli bardziej skorzy do przebaczenia niż bezwzględnego potępienia. Ocenianie innych przychodzi nam bardzo łatwo, ale czy jest to ocena obiektywna i prawdziwa?

Pewien człowiek, zanim umarł, powiedział do swojego syna: „To jest zegarek, który podarował mi twój dziadek. Ma ponad 200 lat. Zanim Ci go dam proszę żebyś go wziął i poszedł z nim do pierwszego lepszego lombardu. Powiedz, że chcemy go sprzedać, i spytaj, ile za niego mogą zapłacić.”

Syn za namową ojca poszedł z zegarkiem i już po kilkunastu minutach był z powrotem mówiąc: „Oferują za niego 10 dolarów, bo jest stary i mocno zniszczony.” Ojciec poprosił syna, żeby tym razem wziął zegarek i poszedł do pierwszego lepszego zegarmistrza. Syn wrócił po godzinie, mówiąc: „Zegarmistrz zaproponował 20 dolarów za zegarek, ojcze”.

Ojciec ponownie zwrócił się do syna: „Weź ten zegarek i podejdź do pierwszej napotkanej osoby na ulicy i spytaj za ile kupi go od Ciebie.” Syn wrócił po 10 minutach i mówi: „Nikt nie chciał go kupić, dopiero któraś z kolei napotkana osoba zaoferowała 5 dolarów.”

„Pójdź do muzeum i pokaż im ten zegarek” – powiedział ojciec. Po kilku godzinach syn wraca rozradowany. „Zaoferowali milion dolarów za ten zegarek. Powiedzieli, że to prawdziwe arcydzieło. Jak to w ogóle możliwe…”

Ojciec odpowiedział: „Chciałem żebyś wiedział, że właściwe miejsce i właściwi ludzie docenią Twoją prawdziwą wartość”.

Jezus zobaczył wartość w Zacheuszu. Nie w jego majątku, w pieniądzach, jakie wpływy posiadał i co mógł, dzięki znajomościom dla Niego zrobić. To były wartości, którymi w ogóle Jezus się nie interesował. Najważniejszy był dla Niego człowiek, czyli taki jaki jest, ze swoją mniej lub bardziej chlubną przeszłością, osiągnięciami, mniejszymi czy większymi grzechami.

Jezus sięga do istoty człowieczeństwa, czyli do togo, że każdy z nas został stworzony na obraz Boga. Grzech nie może być przeszkoda, aby odebrać człowiekowi jego godność. Dlatego Jezus tak bardzo chciał ukazać Zacheuszowi, że jest wpierw człowiekiem, a potem chciał wyzwolić go i uwolnić z grzechu. I tak się stało, w ten sposób otrzymał wolność, której mu tak bardzo brakowało.

Zacheusz był dobrym człowiekiem, ale odejście od praw samego Boga doprowadziło go do niewiary nie tylko w Tego, który go stworzył, ale i w siebie samego i w konsekwencji oddalił się również od innych ludzi, od drugiego człowieka.

W tym dzisiejszym obrazie zagubionego Zacheusza siedzącego na drzewie, bardzo znaczące są słowa Jezusa: „Zejdź prędko z drzewa”. To te sowa wymagają od nas przemiany dotychczasowego życia, zwłaszcza tam, gdzie to życie nas nie cieszy albo z niego nie jesteśmy zadowoleni, bo jest grzech czy jakieś rzeczy, które odbierają nam radość życia. Te słowa wymagają od nas również przemiany naszego serca, bo od niego zaczyna się wszelka przemiana. Dlatego dzisiaj prośmy o taką przemianę, która przemieni nas wewnętrznie do tego stopnia, że będziemy mogli powiedzieć, że „żyje już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus”.

Łk 19, 1-10

Jezus wszedł do Jerycha i przechodził przez miasto. A był tam pewien człowiek, imieniem Zacheusz, zwierzchnik celników i bardzo bogaty. Chciał on koniecznie zobaczyć Jezusa, kto to jest, ale nie mógł z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu.

Pobiegł więc naprzód i wspiął się na sykomorę, aby móc Go ujrzeć, tamtędy bowiem miał przechodzić. Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do niego: Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu. Zeszedł więc z pośpiechem i przyjął Go rozradowany.

A wszyscy, widząc to, szemrali: Do grzesznika poszedł w gościnę. Lecz Zacheusz stanął i rzekł do Pana: Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie.

Na to Jezus rzekł do niego: Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło.

Słyszał o Nim, że to przyjaciel ludzi, przyjaciel celników i grzeszników. A więc jest to ktoś, kogo Zacheusz potrzebował. Usłyszał, że Jezus ma przechodzić przez Jerycho, wiedział, ze to ktoś szczególny, ktoś wyjątkowy dla niego. Wiedział, że to spotkanie jest istotne, choć nie wiedział jeszcze jaki będzie miało charakter. Prawdopodobnie nie żywił nadziei, że Jezus poświęci mu choć spojrzenie. Dlatego sam wszedł na drzewo by Go ujrzeć. A tu niespodziewanie Chrystus mówi do niego: „Zejdź, bo chcę się zatrzymać w twoim domu, Zacheuszu. „Te odwiedziny były bardzo wyjątkowe. Ich skutek był zadziwiający. Czytamy słowa Jezusa wypowiedziane w domu Zacheusza: „Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu!”

Chrystus zatrzymał się po sykomorą. Tłum myślał zapewne, że potępi On celnika. Jednak, ku zgorszeniu faryzeuszy i im podobnych, Chrystus niezwykle życzliwie potraktował Zacheusza. Nie tylko, że go zauważył, ale poszedł do niego w gościnę. Zgorszeni mówili: „Do grzesznika poszedł w gościnę”. Oni woleliby, aby Chrystus ściągnął z nieba ogień kary, który by zniszczył celnika w jego własnym domu. Inne jednak było myślenie Chrystusa, który przez swą miłość, łagodność i życzliwe pochylenie się nad grzesznikiem doprowadził do nawrócenia celnika i przyjęcia przez niego zbawczego orędzia. To nawrócenie zaowocowało także dobrem dla społeczności, w której on żył. Rozradowany celnik zawołał: „Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogoś z czymś skrzywdziłem, zwracam poczwórnie”.