Przysłowie chińskie mówi: „Jedna radość przepędza sto smutków”. Radość jest jak światło zapalone w ciemności. Nawet najmniejsza świeca wyprasza ciemność z pomieszczenia. Wnosi do niego inną atmosferę. Małe światełko świeci pośród ciemności i rozjaśnia ją. Świeca nie oświetla pokoju na tyle, żeby można było w nim czytać. Ale pokój, w którym płonie świeca, nie jest już ciemny. To właśnie jest treścią zacytowanego chińskiego przysłowia: mała radość może przepędzić smutek, który gnębi duszę”1, ale również jest to chyba przesłanie słów Ewangelisty św. Mateusza, który mówi do nas dziś w tę liturgiczną 5 Niedzielę Zwykłą: „Wy jesteście solą dla ziemi. Wy jesteście światłem świata. Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie” (Mt 5,13-16).

Chrystus wzywa nas do tego, abyśmy byli świadkami obecności w nas Boga przed drugim człowiekiem. Nie jest to łatwe, zwłaszcza tam, gdzie spada nagle na nas nieszczęście i sami bardziej potrzebujemy Bożej opieki, pomocy niż drugi człowiek. Ciężko stać się przykładem, światłem, solą z której czerpią inni, gdy sami może czujemy się w sytuacji tej „soli bez smaku”, „świecy z której uchodzi tylko dym, a nie światło”. To chyba przeżył kiedyś dziewięcioletni chłopiec o imieniu: Louis. „Był rok 1818. Działo się to we Francji. Louis siedział w warsztacie rymarskim swojego ojca. Uwielbiał przyglądać się, jak ojciec pracuje. Kiedyś, tato – powiedział – chciałbym zostać rymarzem, tak jak ty. – A może byś już zaczął już teraz? – odparł ojciec. Wziął kawał skóry, zaznaczył na nim pewien wzór i zwrócił się do chłopca: – Weź przebijak i młotek i dziurkuj wzdłuż zaznaczonej linii, tylko uważaj, żeby się nie uderzyć w rękę.

Chłopiec z ochotą wziął się do pracy, ale gdy uderzył w przebijak, ten wysunął mu się z ręki i uderzył w … oko!!! Louis stracił od razu wzrok w tym oku. Później kalectwo dotknęło też drugie oko. Był teraz całkiem niewidomy. Kilka tygodni później, kiedy siedział w ogrodzie, kolego podał mu szyszkę. Kiedy Louis macał ją wrażliwymi palcami, przyszedł mu do głowy pewien pomysł. Wkrótce ochoczo zaczął układać alfabet z kombinacji wypukłych kropek na papierze, dzięki któremu niewidomy mógłby czytać za pomocą dotyku. Tym sposobem Louis Braille otworzył przed niewidomymi całkiem nowy świat – a wszystko to dzięki…. wypadkowi, ale przede wszystkim entuzjazmowi jaki miał ten chłopiec w swoim sercu: talent i chęć zrobienia czegoś mimo obiektywnie dużych przeciwności (ślepota)2.

Kiedyś Douglas MacArthur3 powiedział: „Nikt nie starzeje się jedynie pod wpływem liczby przeżytych lat. Starzejemy się, porzucając swoje ideały. Upływ czasu pozostawia ślad na twarzy, ale utrata entuzjazmu pozostawia ślad na duszy. Troski, zwątpienie, brak wiary w siebie, lęk, rozpacz… oto właśnie te długie, długie lata, które pochylają czoło i obracają w proch ducha. W sercu każdej istoty ludzkiej, czy ma ona lat siedemnaście, czy siedemdziesiąt jeden, mieszka umiłowanie cudu, słodki zachwyt dla gwiazd oraz wzniosłych myśli i zjawisk, determinacja w obliczu wyzwań, nieposkromiona dziecięca ciekawość kolejnych wydarzeń na arenie życia.

Jesteś tak młody jak twoja wiara i tak stary jak twoje zwątpienie; tak młody jak twoje męstwo i tak stary jak twoje lęki; tak młody jak nadzieja i tak stary jak rozpacz”4.

Alan Loy McGinnis5 wspomina jak kiedyś pewien duchowny wypowiedział następujące smutne zdanie: „Gdy zdecydowałem się na duszpasterstwo, myślałem, że uratuję cały ten świat i wszystkich ludzi. Ale to było dawno temu. Dzisiaj mam bardziej pesymistyczne podejście do każdego, kto myśli podobnie i mój cel jest bardzo klarowny: ja chcę tylko przetrwać”.

We współczesnym żargonie taką postawę określa się mianem wypalenia. Ludzie przestali wierzyć w ludzi. Dawne nadzieje na niesienie pomocy innym i ulgi w cierpieniu ustąpiły miejsca pesymizmowi. Teraz nie są nawet pewni, czy w ogóle wierzą w Boga. McGinnis przytacza taką bardzo wzruszającą historię: „Często wracam myślami do Szwecji w okresie wojny i opowieści o pomocniku tokarza, protestancie Johanie Erikssonie. Chociaż nigdy nie poznałem go osobiście, wydaje mi się, że dobrze go znam, bo jego córka Dagny Svensson przez wiele lat kierowała naszym biurem.

W roku 1939 do Szwecji przywożono liczne transporty żydowskich dzieci. Niektóre w wieku trzech, może czterech lat, wysypywały się z pociągu bez żadnego dobytku. Miały tylko duże tabliczki na szyi z wypisanym miastem pochodzenia, nazwiskiem i wiekiem. Dzieci były wychudzone i blade, miały wielkie, zapadnięte brązowe oczy. Z ich smutnego spojrzenia widać było wyraźnie, że widziały już niejedno i że doświadczyły okrucieństwa, jakiego większość ludzi nigdy nie zazna w życiu.

Szwedzkie rodziny brały te dzieci „na okres wojny”, chociaż niewielu wierzyło w pogłoski, że wojna nie potrwa długo. Jednym ze Szwedów, którzy otworzyli drzwi swojego domu, był Johan Eriksson. Wiedział, co znaczy niedostatek – w wieku dwudziestu ośmiu lat został wdowcem z czwórką dzieci. Teraz był mężczyzną w średnim wieku i część dzieci opuściła go już, by żyć własnym życiem. Lecz kiedy Johan dowiedział się, że przerażony dziewięcioletni Rolf szuka domu, zareagował jak zupełnie młody człowiek. W ten sposób żydowski chłopiec zaczął przystosowywać się do zwyczajów surowego, protestanckiego szwedzkiego domu. Z początku, gdy ktoś głośno zapukał do drzwi, a z dworu dobiegały głosy, chłopiec o zapadniętych oczach wskakiwał do szafy i zakrywał głowę. Na szczęście w domu Erikssona otoczony był ciepłem i miłością Wkrótce zaczął przybierać na wadze, jego spojrzenie ożyło i w końcu znowu zaczął się śmiać.

Kiedy inwazja hitlerowska zdawała się nieunikniona, mężczyźni w warsztacie powiedzieli Johanowi tak: „Gdy wejdzie Hitler, będziesz miał kłopoty przez tego żydowskiego chłopaka. Przyjdą i zabiorą go”. Na ogół uprzejmy Szwed odpowiedział z zaciśniętymi zębami: „Nie zabiorą go, chyba że po moim trupie”. I co ciekawe, Johan równie stanowczo bronił Rolfa przed swoimi własnymi braćmi w wierze. Gdy inni parafianie zasugerowali, żeby spróbował nawrócić chłopca, Johan znowu zacisnął zęby. Rząd szwedzki zagwarantował, że dzieci zostaną przy swojej religii, i chociaż Johan zabierał małego Rolfa do kościoła razem ze swoją rodziną pilnował, żeby chłopiec kultywował tradycje żydowskie i żeby gdy nadejdzie właściwy czas, w pełni przygotowany mógł celebrować swoje Bar Miewa . Po zakończeniu wojny Johan chciał zwrócić żydowskim rodzicom ich syna, którego wychowywał w miarę możliwości najbliżej jego tradycji.

Lecz kiedy wojna się skończyła, rzeczywistość okazała się inna. Rodzice Rolfa zaginęli gdzieś w Europie jak miliony innych Żydów. Pewnego dnia przyniesiono kopertę bez znaczka. W środku znajdowała się pospiesznie skreślona wiadomość, że więcej do niego nie napiszą i że Rolf nigdy nie może zapomnieć tego, co zrobiła dla niego jego szwedzka rodzina.

I Rolf nie zapomniał. Gdy dorósł, wyjechał do Sztokholmu, gdzie całkiem nieźle zaczął sobie radzić w interesach. Ale okropne doświadczenia z czasów dzieciństwa odezwały się i pewnego dnia umysł go zawiódł. Rodzina mówiła Johanowi Erikssonowi, że już dość zrobił dla Rolfa, a władze domagały się zgody na zamknięcie młodego człowieka w zakładzie psychiatrycznym, ponieważ uważano, że jest niebezpieczny. Johan nie przystał na żadną z tych propozycji. „Jego miejsce jest tutaj – powiedział zwyczajnie. – Tu jest jego dom”. I tak Rolf wrócił do niewielkiej miejscowości Amal. Spokojny, solidny Szwed znowu się nim zajął. Pielęgnował Rolfa przez cały rok, do czasu, gdy jego umysł uspokoił się i wrócił do normy.

Później życie Rolfa biegło właściwie bez zakłóceń. Ożenił się, miał dzieci, założył własną firmę i bardzo się wzbogacił. Ale nigdy nie zapomniał człowieka, który przed laty obdarzył go bezinteresowną miłością. Kiedy Johan się postarzał i zniedołężniał, tych dwóch mężczyzn połączyły jeszcze silniejsze więzy. Gdy Johan był chory lub potrzebował Rolfa, ten po prostu wsiadał do pociągu i jechał przez pół Szwecji, żeby resztę weekendu spędzić z człowiekiem, który stał się dla niego ojcem. A kiedy Johan leżał na łożu śmierci, wszystkie dzieci pospieszyły do rodzinnego domu, ale i tak wszyscy wiedzieli, kto będzie pierwszy – Rolf.

Często wracam myślami do opowieści o Johanie i Rolfie, gdy dzielę wątpliwości i rozpacz moich kolegów po fachu. Powód jest prosty, nawet gdyby Johan Eriksson nie osiągnął w swoim długim życiu nic godnego uwagi, to i tak warto żyć ze świadomością, że jest się schronieniem dla drugiego człowieka. Gdyby z powodu innych ludzi zniechęcamy się do pracy, powinniśmy zaszyć się w jakimś zacisznym miejscu i pomyśleć: nie ma na świecie bardziej szlachetnego zajęcia niż niesienie pomocy drugiemu człowiekowi, pomaganie mu w dojściu do sukcesu”, ja dodam: niesienia wiary, nadziei i miłości.

Pierwszego dnia po 13 urodzinach chłopców uznaje się za dorosłych (tj. zdolnych do przestrzegania przykazań Prawa Mojżeszowego). Od tego czasu są odpowiedzialni przed Bogiem za swe czyny. Mogą brać pełny udział w uroczystościach religijnych, odbywających się w synagodze.

Podczas uroczystości Bar Micwy, chłopcy wzywani są po raz pierwszy do odczytania fragmentu Tory oraz wygłoszenia do niej komentarza. Chłopcu zakłada się wtedy „tefilin”, czyli „filakteria” – małe, skórzane pudełeczka, które zawierają napisane na pergaminie wersety Tory. Jedno z takich dwóch pudełeczek znajduje się na czole, a drugie przymocowane jest do lewego ramienia. Oznacza to, że chłopiec oddaje się na służbę Bogu wolą, czynem i rozumem. Wtedy otrzymuje również od rabina Pismo Święte i modlitewnik. W XIX w. podobne ceremonie zostały wprowadzone także dla dziewcząt (Bat micwy). W szabat lub tydzień po uroczystościach urządza się przyjęcie kiduszowe.

Z pewnością znane jest Wam stare przysłowie mówiące: „słowa nauczają, a przykłady pociągają”. Zalewani jesteśmy potokiem słów, które płyną do nas ze wszystkich stron i we wszystkich możliwych formach. Im bardziej dostrzegamy rozbieżność między tym, co ktoś mówi, a tym co wiemy o jego postępowaniu, tym bardziej jest to denerwujące i tym bardziej pogardliwie patrzymy na mówiącego. Jeżeli natomiast szukalibyśmy dzisiaj autentycznych autorytetów, ludzi, których naprawdę podziwiamy, którzy budzą w nas poczucie jakiejś powinności, to są to z pewnością ludzie autentyczni, są to po prostu świadkowie. „Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie”.

27 marca 1808 roku w Wiedniu odbył się koncert galowy, podczas którego wykonano Stworzenie Haydna. Koncert uświetniła obecność samego kompozytora, Franza Josepha Haydna, wówczas miał siedemdziesiąt sześć lat. Był już tak słaby, że trzeba było przywieźć go na wózku. Jego przybycie wzbudziło wśród publiczności ogromny entuzjazm, który wybuchł niepowtarzalna falą kiedy chór i orkiestra z całą mocą rozpoczęły fragment: „I stało się światło”.

Pośród wrzawy zachwyconej publiczności ujrzano, jak wiekowy kompozytor usiłuje z trudem podnieść się z wózka. Stanąwszy na nogach, zebrał wszystkie siły i w odpowiedzi na powszechny aplauz zawołał najdonioślejszym głosem, jaki mógł z siebie wydobyć:
– Nie, nie!!! Nie ze mnie, ale – tu wskazał ręką na niebo – stamtąd… z wysokich niebios… stamtąd pochodzi wszystko!
Kiedy opadł na siedzenie, był tak słaby i wyczerpany, że musiano wynieść go z teatru. Jak wiele pokory kryje się w tym wyznaniu genialnego muzyka. Świadka działającego Pana Boga…

Świadek nie szuka własnej chwały, świadek nie głosi siebie. Świadek mówi i ukazuje Kogoś. Uczeń Chrystusa, będąc świadkiem, mówi i ukazuje Boga, jego mądrość i miłość. Celem jego działania, jego szeroko pojętego świadectwa jest zasiewanie Bożej prawdy w ludzkich sercach, jest ostatecznie wzrost chwały Pana Boga. Chwałą Boga jest zbawienie człowieka. Świadek prowadzi człowieka do Boga, zbawia jego, i przez to zbawia siebie.

Módlmy się, aby każdy dzień był dla nas radością z przeżytego każdego dnia; dnia w którym będziemy mogli powiedzieć Panu Bogu i drugiemu człowiekowi, że faktycznie: „Ja jestem solą dla ziemi. Ja jestem światłem świata”. I cokolwiek chcę robić tu na ziemi, na tej ziemi – jak to powiedział założyciel jezuitów: „Chcę robić na większą chwałę Pana Boga (Ad Maiorem Dei Gloriam)”, a nie swoją.

——————–

1. Anselm Grun, Książka o sztuce życia, Wydawnictwo „Jedność”, Kielce 2003, s. 214.
2. Brian Cavanaught TOR, Sto opowiadań o mądrości, Wydawnictwo Księży Marianów, Warszawa 2003, s. 68
3. Douglas MacArthur (urodzony 26 stycznia 1880 – zmarł 5 kwietnia 1964), amerykański generał, pełniący od roku 1941 funkcję naczelnego dowódcy amerykańskich wojsk na Dalekim Wschodzie. Zaś od roku 1943 dowódca sił alianckich na Oceanie Spokojnym. Pełnił także funkcję dowódcy wojsk okupacyjnych w Japonii po jej kapitulacji 2 września 1945.
4. Brian Cavanaught TOR, Sto opowiadań o nadziei i odwadze, Wydawnictwo Księży Marianów,
Warszawa 2002, s. 17-18.
5. Alan Loy McGinnis, Sztuka motywacji, Oficyna Wydawnicza „Vocatio”, Warszawa, 1992, s. 142-144.
6. Bar Micwa (syn przykazania) to uroczystość żydowska, którą obchodzi się od XIV w. Podczas takiej uroczystości chłopiec żydowski staje się pełnoletni wobec prawa. Pierwszego dnia po 13 urodzinach chłopców uznaje się za dorosłych (tj. zdolnych do przestrzegania przykazań Prawa Mojżeszowego). Od tego czasu są odpowiedzialni przed Bogiem za swe czyny. Mogą brać pełny udział w uroczystościach religijnych, odbywających się w synagodze. Podczas uroczystości Bar Micwy, chłopcy wzywani są po raz pierwszy do odczytania fragmentu Tory oraz wygłoszenia do niej komentarza. Chłopcu zakłada się wtedy „tefilin”, czyli „filakteria” – małe, skórzane pudełeczka, które zawierają napisane na pergaminie wersety Tory. Jedno z takich dwóch pudełeczek znajduje się na czole, a drugie przymocowane jest do lewego ramienia. Oznacza to, że chłopiec oddaje się na służbę Bogu wolą, czynem i rozumem. Wtedy otrzymuje również od rabina Pismo Święte i modlitewnik. W XIX w. podobne ceremonie zostały wprowadzone także dla dziewcząt (Bat micwy). W szabat lub tydzień po uroczystościach urządza się przyjęcie kiduszowe.

Mt 5, 13-16

Jezus powiedział do swoich uczniów: «Wy jesteście solą ziemi. Lecz jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić? Na nic się już nie przyda, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi.

Wy jesteście światłem świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapala się też lampy i nie umieszcza pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciła wszystkim, którzy są w domu. Tak niech wasze światło jaśnieje przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie».