Z ust Jezusa padają krótkie i zwięzłe słowa. Jedno, skierowane do matki: „Nie płacz!”, a drugie do jej syna: „Wstań!”. To, co wydawało się po ludzku niemożliwe do zrobienia, okazuje się być niczym wobec Boga. Zwłaszcza w obliczu śmierć naszych bliskich i znajomych jesteśmy kompletnie bezradni. To jest powodem naszego płaczu. Łzy i ból ukazują naszą relację do osoby, której już więcej nie zobaczymy. Jej ziemskie życie zakończyło się – jak to zawsze mówimy – tak nagle. Nie ma już odwrotu, bo zakończyło się i nie wróci. Te łzy są nam potrzebne, aby oczyścić z bólu i rozpaczy to, co w sercu boli. Bo oto ktoś był, a tu już go nie ma. Takie jest nasze ludzkie myślenie.

Jezus nas uczy, że śmierć to początek nowego życia. Nasza śmierć fizyczna to początek naszej drogi do Pana, który jest w niebie. Ta prawda powinna przewodzić także nam, bo przecież my też któregoś dnia – taka nagle, mimo świadomości przyszłej śmierci – odejdziemy z tego świata. Musimy się zatem przygotować do śmierci naszym codziennym życiem, aby w momencie naszego odejścia, zarówno w naszym sercu, jak i na twarzy, był co prawda obecny płacz i łzy, ale z radości widzenia Pana.

Jest takie opowiadanie, pt. „O marynarzu i morzu”. Gorch Fock (1880-1916), niemiecki marynista, opowiada o pewnym młodym matrosie, który z pełnego morza napisał w liście do matki wzruszające wyznanie: „A jeżeli kiedyś usłyszysz o mojej śmierci, pomyśl, że morze – które pochłonie moje ciało – jest tylko zaciśniętą ręką Zbawiciela; ręką, z której już nic mnie nie potrafi wyrwać”.

Pojawiające się łzy mogą być oznaką wielkiej radości, ale też i smutku. Niestety częściej pamiętamy doświadczenie tego drugiego, bo ono jakoś mocniej zostaje „wyryte” w naszym sercu. Dłużej pamiętamy zadaną nam krzywdę, bo narusza ona nasze poczucie bezpieczeństwa i neutralności. Łzy szczęścia, chociaż również przez nas pamiętane, jednak są ulotne i przelatują szybko z naszej pamięci. Pozostają często tylko jakimś dobrym wspomnieniem.

Jezus uczy nas, że mamy zaufać Bogi i temu co On, tu i teraz daje. A nie jest to łatwe, zwłaszcza, gdy dzieje się nam źle. Zobaczenie tego „coś więcej”, niż doświadczane w naszym życiu cierpienie, koncentruje nas raczej na „tu i teraz”. Nie pozwala ono widzieć szerzej i więcej. Szczególnie działanie Boga wydaje się wtedy zupełnie „abstrakcyjne” i wciąż „nieobecne”. Tym bardziej trzeba wierzyć, że to co się dzieje tu i teraz, dzieje się dla naszego dobra, mimo przeciwności losu i ludzi.

Ralph Waldo Emerson (1803 – 1882), amerykański pisarz i filozof, często dawał zaskakujące rady swoim znajomym, nawet, gdy o to nie prosili. Któregoś dnia znajomy pisarza melancholijnie stwierdził, że życie jest jak rzeka. Niesie człowieka w nieznane. Na to Emerson: – Tylko troszkę masz racje. Rzeka niesie na swojej fali wszystko, co lekkie i słabe, na przykład śmiecie. Płyń pod prąd. Śmiecie popłyną w nieznane, a ty dotrzesz do czystego źródła. Chyba, że jesteś lekki i bez mocy, wtedy trzeba się zdać na siły losu.

Jak mawiał Wiesław Myśliwski: „Są takie oczy, nie pozna pan po nich, że płakały. Wystarczy je otrzeć. A są takie, że płacz długo w nich stoi, nawet gdy dawno płakały”. Obyśmy każdego dnia przekraczali swoją bezsilność i mimo trudności szli dalej z wiarą, nadzieją, miłością i to z dużym uśmiechem na twarzy.

Łk 7,11-17

Jezus udał się do pewnego miasta, zwanego Nain; a szli z Nim Jego uczniowie i tłum wielki. Gdy zbliżył się do bramy miejskiej, właśnie wynoszono umarłego – jedynego syna matki, a ta była wdową. Towarzyszył jej spory tłum z miasta. Na jej widok Pan użalił się nad nią i rzekł do niej: Nie płacz! Potem przystąpił, dotknął się mar – a ci, którzy je nieśli, stanęli – i rzekł: Młodzieńcze, tobie mówię wstań! Zmarły usiadł i zaczął mówić; i oddał go jego matce. A wszystkich ogarnął strach; wielbili Boga i mówili: Wielki prorok powstał wśród nas, i Bóg łaskawie nawiedził lud swój. I rozeszła się ta wieść o Nim po całej Judei i po całej okolicznej krainie.