Po wielu latach mozolnej pracy i skomplikowanych eksperymentów pewien człowiek wynalazł wreszcie sztukę robienia ognia. Ze swymi instrumentami udał się zaraz na północ kraju i zaczął uczyć tamto plemię, jak można wykrzesać ogień.

Ludzie byli tak przejęci nowym wynalazkiem, że zapomnieli wkrótce o wynalazcy. A ten niepostrzeżenie – trzeba przyznać, że nie zależało mu wcale na podziękowaniach – poszedł jeszcze dalej na północ, aby innym nieść swój wynalazek, z którego przecież – co tu ukrywać – tyle może być pożytku.

Następne plemię było tak samo jak poprzednie zafascynowane nowością; tak samo pojętne i chętne do nauki. Ale tamtejsi kapłani – zazdrośni o wpływy nieznajomego i obcego – kazali go zamordować. Aby jednak nie było podejrzenia o zbrodnie, wystawili mu na głównym miejscu w świątyni wielki pomnik, stworzyli do tego specjalny rytuał i pieśni pochwalne. Przyrządy do krzesania ognia wystawili w pięknym relikwiarzu i rozgłosili, że mają one moc cudotwórczą. Sam arcykapłan zabrał się do spisania żywota wynalazcy: w ten sposób powstała księga święta, w której przedstawiono do naśladowania chwalebne czyny i wielkie cnoty zamordowanego męża. Zastępy kapłanów miały pilnować, aby księgę z odpowiednim komentarzem przekazywano z pokolenia na pokolenie.

I gdy tak wszyscy zajęci byli strzeżeniem depozytu księgi, sama sztuka krzesania ognia poszła całkowicie w zapomnienie.