Barbara Reynolds zamieściła w swojej rubryce pisma USA Today artykuł na temat śmierci Lee Atwatera. Cytuje w nim następującą jego wypowiedź: „Moja choroba pomogła mi zrozumieć, że społeczeństwu brakuje tego samego, czego brakuje mnie: odrobiny serca i ogromu braterstwa”. Jako szef Ogólnokrajowego Komitetu Partii Republikańskiej błyskawicznie wspiął się na wyżyny sławy. Teraz jednak uznał, że tak naprawdę w życiu liczy się nie władza, bogactwo czy prestiż, ale „złota zasada”.

Chory na raka mózgu Atwater oświadczył narodowi: „W latach osiemdziesiątych postawiono na pogoń za bogactwem, władzą i prestiżem. Udało mi się to lepiej niż większości z was. A jednak można zdobyć wszystko, czego się pragnęło, a mimo to czuć się pustym. Trzeba było dopiero śmiertelnej choroby, abym stanął oko w oko z prawdą, a jest to prawda, której nasz kraj, niszczony przez bezwzględne ambicje i upadek obyczajów, może nauczyć się na mój koszt. Nie wiem, kto stanie na czele naszego narodu w latach dziewięćdziesiątych, ale należy go zmusić do zajęcia się tą pustką duchową w sercu społeczeństwa amerykańskiego, tym rakiem duszy”.

Pod koniec życia Atwater odrzucił postawę awanturnika politycznego, a przyjął styl proroka Izajasza i jemu podobnych, wzywając bogatych i wpływowych ludzi do skruchy za swoje zbytki i zachłanność. Jego przewodnikami życiowymi była Republika: Platona, Książę: Machiavellego i Sztuka wojny: Sun Tzu, ale przed śmiercią dołączył do nich jeszcze czwarty przewodnik- Biblia.

Lee Atwater prowadził swoją ostatnią kampanię pod hasłem, które przetrwa wszystkie krzykliwe slogany reklamowe: „nawracajcie się i zmieniajcie swoje życie”. Zmarł w wieku czterdziestu lat 29 marca 1991 roku.

Ciekawe są liczne ostrzeżenia Jezusa, które w formie upomnień kieruje do Apostołów. Warto właśnie pod tym kątem przeczytać Ewangelię. Przestrogi te są znakiem wielkiej troski Mistrza z Nazaretu o dobro swoich uczniów. Znając doskonale różne niebezpieczeństwa, jakie czyhają na drodze rozwoju życia religijnego, Jezus jasno przed nimi przestrzega. Jedno z tych ostrzeżeń wzywa do opanowania sztuki rozróżnienia między prawdziwymi i fałszywymi nauczycielami religii, a co za tym idzie, dostrzeżenia różnicy między autentyczną i fałszywą religijnością.

Niebezpieczeństwo wejścia na fałszywą, ścieżką życia religijnego jest znacznie poważniejsze, niżby się wydawało i w równej mierze zagrażało chrześcijanom czasów apostolskich jak i naszego wieku. Po roku 150, zwłaszcza na terenie Małej Azji, przybrało formę wręcz dramatyczną. Pojawiło się wówczas wielu fałszywych proroków, którzy pociągnęli za sobą tłumy wiernych, doprowadzając wprost do obłędnego wyczekiwania na rychły koniec świata. Ich słuchacze porzucali domy, pola, warsztaty pracy i czasem dużymi gromadami udawali się na pustynię oczekując powtórnego zjawienia się Chrystusa. A skoro przepowiednie fałszywych proroków się nie zrealizowały, wracali zawiedzeni, rozgoryczeni, a nierzadko zupełnie zniechęceni do życia religijnego, wystawiając zarówno chrześcijaństwo, jak i siebie na pośmiewisko wspólnoty, gdzie wspólnie żyli. Trzeba było dużego wysiłku Urzędu Nauczycielskiego ówczesnego Kościoła, by ten ruch, prowadzący ludzi na manowce, opanować i ustawić na ewangelicznej drodze.

Znane zapewne jest wszystkim przysłowie, które mówi, że ciekawość jest najkrótszą drogą do piekła. Jest w tym stwierdzeniu sporo racji. Ciekawość ludzka kieruje bowiem uwagę człowieka z tego, co istotne, ważne i zasadnicze, na to, co budzi sensacje, jest zagadką, a często – niestety – dotyczy spraw marginalnych, nieważnych i marginalnych, które w ten sposób stają się najważniejsze i jedyne. Wielu zastanawia się nad tym, czy ta lub tamta osoba będzie zbawiona, często zapominając o samym sobie, o własnym postępowaniu, które do tego zbawienia ma nas przybliżyć.

Czym kierują się ludzie słuchając fałszywych proroków, powołujących się na prywatne objawienia, nadzwyczajne przeżycia i różne znaki, którym nadają charakter religijny? Jest ich zapewne wiele, ale u podstaw leży błędne przekonanie, że z religią i wiarą mamy do czynienia tam, gdzie dokonują się rzeczy niezwykłe. Stąd też wielu ugania się w poszukiwanie „cudów” i „objawień”, a nie prawdy.

Jest rzeczą znamienną, że znacznie łatwiej zgromadzić ciekawskie tłumy, żądne sensacji, przy kłamstwie ukrytym w kolorowym opakowaniu, niż przy prostej prawdzie. Z tego też względu sam Bóg niechętnie posługuje się nadzwyczajnymi znakami, zwłaszcza „te na zamówienie – tu i teraz”. Można to zaobserwować w zachowaniu Jezusa, który „denerwuje się”, gdy widzi, że ludzie wędrują za Nim nie dla prawdy, którą głosi, lecz dla cudów, jakie czyni.

Prawdziwa religijność oparta jest na odkrywaniu śladów działalności Boga w stworzonym przez Niego świecie. O Jego mądrości i potędze mówi tajemnica kosmosu, atomu, żywej komórki, pracy serca, miłości łączącej ludzi. To są zdumiewające dzieła Boga, pozostające w zasięgu naszej ręki. Księga natury stanowi elementarz życia religijnego i trzeba poświęcić nieraz całe życie, by nauczyć się ją czytać i śpiewać zawarty w niej hymn uwielbienia Boga. Ten, kto opanował tę sztukę, nie będzie biegał za pseudo objawieniami i pseudo cudami. Każdy kwiat, kropla rosy błyszcząca w słońcu, każdy płatek śniegu będzie mu mówił o obecności i mądrości Boga.

Chrystus ostrzega przed fałszywymi prorokami, którzy z reguły lekceważą doczesność i nie potrafią połączyć nieba z ziemią, spraw ludzkich ze sprawami boskimi. Autentyczna religijność i wiara kroczą zawsze tą najtrudniejszą drogą harmonii doczesności z wiecznością. Każde przeakcentowanie w jedną lub drugą stronę prowadzi na manowce życia religijnego.
W weekend na tydzień przez Świętami Wielkanocy, w San Diego, miało miejsce największe samobójstwo w historii Stanów Zjednoczonych. Członkowie sekty „Bramy Niebios”, zwanej też „kultem UFO” zinterpretowali pojawienie się komety Hale-Boppa, jako znak od ich niebiańskich przodków zachęcających do powrotu na wyższy poziom ewolucji. Niewidoczny dla zwykłych śmiertelników spodek „Ti” podążający za kometą miał ich zabrać w rejony zamieszkałe przez „anioły” podobne do stwórów z filmu „E.T.” Stevena Spielberga. Właśnie w ten weekend kometa znajdowała się najbliżej Ziemi. Wtedy też najprawdopodobniej pierwszych 15 członków sekty popełniło samobójstwo zażywając rozdrobnioną w puddingu mieszankę antydepresyjnych barbituranów i alkoholu, która powstrzymuje oddychanie. Wszyscy byli jednakowo ubrani: w ciemne spodnie, koszulki i nowe buty, wszyscy mieli także w kieszeniach dowody tożsamości. Następnego dnia kolejna 15-osobowa grupa odebrała sobie życie. Na koniec została tylko 9-osobowa grupka.

To, co dla osób postronnych wyglądałoby na groteskowe samobójstwo, dla członków „Bramy Niebios” było najwyraźniej aktem szczęścia, przeniesienia się do upragnionego świata, nie skażonego słabościami ludzkiej natury. Na pożegnalnej taśmie podchodzą parami do kamery żegnając się ze światem. – To najszczęśliwszy dzień mojego życia – mówi jedna z kobiet. Ludzie pewnie pomyślą, że brakuje mi piątej klepki – mówi mężczyzna. – Nie mają jednak racji. Zdejmujemy zbroję wirtualnej rzeczywistości – powiedział inny. W ich języku była mieszanina Biblii, pseudonaukowego języka i slangu informatyków.

Wśród martwych był też 66-letni Marshall Applewhite, założyciel sekty. Amerykańskie stacje pokazywały taśmy sprzed kilku lat, na których zachęcał on do przyłączenia się do garstki wybranych. Sam był żonaty i miał dwójkę dzieci, jednak nie utrzymywał kontaktu ze swoją rodziną przez kilkadziesiąt lat. W 1975 roku założył sektę i zaczął nakłaniać setki osób do porzucenia rodzin i własności w celu zmiany wcielenia. Nieliczne materiały propagujące sektę trafiły także do Internetu. Są wśród nich „noty o odejściu” przypominające pożegnalne listy samobójców.

W długiej historii świata, ale także i Kościoła zawsze pojawiali się fałszywi nauczyciele i zwodzili wielu, prowadząc ich na manowce. Fałszywi prorocy mają wspólne cechy: są pewni siebie, operuję specyficznym językiem i słowem, siejąc przy okazji zamęt w ludzkim sercu i umyśle, przy tym przypisują sobie charyzmat nieomylności. Tym przyciągają naiwnych, którzy ślepo wierząc im, poddają się ich woli, a nie Bogu. Przebudzenie takiej osoby bywa bardzo okrutne, gdy kiedy okazuje się, że było to perfidne oszustwo, albo po prostu choroba psychiczna na których było zbudowane ich fikcyjne życie. Dlatego słowa Jezusa: „Strzeżcie się, żeby was nie zwiedziono” jest nadal aktualne, zwłaszcza w naszych współczesnych czasach i to na całym świecie.

Łk 21, 5-19
Jezus zapowiada prześladowania swoich wyznawców
Gdy niektórzy mówili o świątyni, że jest przyozdobiona pięknymi kamieniami i darami, Jezus powiedział: «Przyjdzie czas, kiedy z tego, na co patrzycie, nie zostanie kamień na kamieniu, który by nie był zwalony».

Zapytali Go: «Nauczycielu, kiedy to nastąpi? I jaki będzie znak, gdy to się dziać zacznie?»

Jezus odpowiedział: «Strzeżcie się, żeby was nie zwiedziono. Wielu bowiem przyjdzie pod moim imieniem i będą mówić: „To ja jestem” oraz: „Nadszedł czas”. Nie podążajcie za nimi! I nie trwóżcie się, gdy posłyszycie o wojnach i przewrotach. To najpierw „musi się stać”, ale nie zaraz nastąpi koniec».
Wtedy mówił do nich: «„Powstanie naród przeciw narodowi” i królestwo przeciw królestwu. Wystąpią silne trzęsienia ziemi, a miejscami głód i zaraza; ukażą się straszne zjawiska i wielkie znaki na niebie.

Lecz przed tym wszystkim podniosą na was ręce i będą was prześladować. Wydadzą was do synagog i do więzień oraz z powodu mojego imienia wlec was będą przed królów i namiestników. Będzie to dla was sposobność do składania świadectwa. Postanówcie sobie w sercu nie obmyślać naprzód swej obrony. Ja bowiem dam wam wymowę i mądrość, której żaden z waszych prześladowców nie będzie mógł się oprzeć ani sprzeciwić.

A wydawać was będą nawet rodzice i bracia, krewni i przyjaciele i niektórych z was o śmierć przyprawią. I z powodu mojego imienia będziecie w nienawiści u wszystkich. Ale włos z głowy wam nie spadnie. Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie».