Podczas Wniebowstąpienia Jezus „rzucił okiem” w kierunku ziemi znikającej w ciemności. Tylko nieliczne, maleńkie światła błyszczały nieśmiało w mieście Jeruzalem. Archanioł Gabriel, który przybył na powitanie Jezusa, zapytał: – Panie, co to za światełka? – To moi uczniowie, zgromadzeni na modlitwie wokół mojej Matki. Mam plan, że jak tylko wstąpię do nieba, wyślę im mojego Ducha Świętego, aby te drżące płomyczki stały się nieugaszonym ogniem, powoli rozpalającym miłość wśród wszystkich narodów ziemi!

Archanioł Gabriel ośmielił się ponownie zapytać: – A co zrobisz, Panie, jeśli ten plan się nie powiedzie? Po chwili ciszy Pan odpowiedział mu łagodnie: – Ale Ja nie mam innego planu…

Jesteś małą lampeczką, drżącą pośród niezmierzonego mroku. Ale stanowisz część Bożego planu. I jesteś niezastąpiony. Ponieważ nie ma innego planu… (Plan, Bruno Ferrero)

Codziennie umierają ludzie. Odchodzą z tego świata na zawsze. Rzadko obserwujemy moment śmierci. Częściej natomiast pojawiamy się na cmentarzu – miejscu wiecznego spoczynku. Zwłaszcza naszej polskiej tradycji, miejsce pochówku naszych bliskich zmarłych jest miejscem tajemniczym, pełnym nostalgii i wspomnień. Od czasu do czasu otrzymujemy wiadomość, że zmarł bardziej lub mniej znany nam człowiek. Jednego znaliśmy bardzo dobrze, a innego tylko z widzenia czy też tylko ze słyszenia. Czasami to ktoś bliski naszych znajomych i obiecujemy naszą modlitwę, nie wiedząc nawet za kogo się modlimy. Trzeba się modlić, bo to wyraz naszego serca, które współcierpi z innymi. Odchodzą ludzie wybitni, zasłużeni czy podziwiani. Dzień w dzień informacje o czyjejś śmierci mogą wprowadzać w nasze serce potwierdzenie tego, co już dawno wiemy: życie ludzkie się zaczyna i się kończy, bo… kiedyś skończy się musi. Śmierć jest integralną częścią każdego życia.

Bywają odejścia z tego świata nagłe i niespodziewane. Umiera ktoś nam bliski czy znany w wypadku samochodowym, katastrofie kolejowej, czy lotniczej, albo też – zwłaszcza w dzisiejszych czasach przez wirusa. Covid-19 postawił niejedną rodzinę w takiej właśnie sytuacji. Nie było czasu ani możliwości nie tylko, aby towarzyszyć umierającemu, ale również i przede wszystkim nawet się nim pożegnać. „Miał przed sobą jeszcze tyle lat życia” – mówimy. „Nie mógł nawet się pożegnać z rodziną, najbliższymi, z bliskimi, przyjaciółmi. Zostawił tyle rozpoczętych spraw. Nie przekazał ostatniej swojej woli. Nie zostawił nawet testamentu. Tak wszystko poszło szybko, tak szybko…”

Ale są też i inne odejścia z tego świata. Spokojne, bez znamienia dramatu, tragizmu czy żalu. Po dokończeniu zamierzonych prac, planów czy zadań, odchodzący „żegna się ze światem”, a przede wszystkim z tymi, których kochał. Pogodził się już ze swoim odejściem – koniecznością tego odejścia – co dla nikogo nie jest łatwe. Godzą się z tym bliscy, choć sprawia im to bardzo wiele bólu. Sama śmierć może być ciężka i bolesna, ale odejście – samo odejście nie jest najczęściej tragiczne. 

Terry Fox, kanadyjski student, zachorował na raka kości. Amputowano mu prawą nogę. Zdawał sobie sprawę, że pozostało mu kilka – tylko kilka lat życia. Dlatego chciał jeszcze dokonać w nim czegoś sensownego. Terry postanowił przebiec całą Kanadę od Nowej Funlandii aż do Kolumbii Brytyjskiej. To dystans liczący (bagatela!!!) osiem tysięcy kilometrów. Poprosił wielu ludzi o sponsorowanie jego projektu, przeznaczając dochody na dalsze prowadzenie badań nad rakiem. Terry trenował przez półtora roku, mając założoną protezę. Wreszcie wystartował 12 kwietnia 1980 roku. Zanurzył protezę w Oceanie Atlantyckim i zaczął przemierzać Kanadę. W tym czasie zebrał milion dolarów. 

Cztery miesiące później i po przebiegnięciu ponad połowy dystansu, Terry opadł z wyczerpania. Rak zaatakował mu płuca. Wieść o jego wyczynie obiegła Kanadę i do szpitala zaczęły napływać pieniądze. Wkrótce potem zakończył życie, ale jeszcze przed śmiercią zdążył zebrać 24 miliony dolarów na badania na rakiem. 

I tu historia się… nie kończy, bo czterdziestoletni pracownik poczty, Donald Marrs, który mieszkał w Cincinnati i podobnie jak Terry, padł ofiarą raka. Marss został tak poruszony historią Terrego Foxa, że postanowił dokończyć ten bieg. Rozpoczął go poniżej Chicago i w trzy miesiące dotarł do Golden Gate Bridge. Podczas ostatniego etapu biegu padał drobny deszcz. Kiedy Marrs dobiegł do Oceanu Spokojnego i zanurzył w nim rękę, dokończywszy w ten sposób dzieła rozpoczętego przez Terry’ego, na niebie pojawił się ogromna tęcza, symbol zjednoczenia Boga z człowiekiem. Ten znak ukoronował godny podziwu bieg. 

Ta prawdziwa historia może dla nas dziś stanowić pewnego rodzaju przypowieść. Jezus Chrystus ustanowił Królestwo Boże na ziemi, umarł jednak zanim doprowadził swoje dzieło do końca. Podobnie jak Terry, który zmarł tuż przed zakończeniem swojego biegu. Ja – ty, każdy z nas jest jak Donald Marrs. Jesteśmy wezwani, by przejąć pałeczkę z ręki Jezusa i dokończyć Jego szlachetne dzieło, które rozpoczął. Taka jest wymowa Wniebowstąpienia. W tym właśnie dniu, dwa tysiące lat temu, Jezus powierzył swoim uczniom dopełnienie swego dzieła na ziemi. 

Popatrzmy, że w opisie odejścia Jezusa nie ma śladu o smutku. A wręcz przeciwnie, dominuje w nim radość. W Ewangelii Łukasza mamy nawet taką małą, lecz jakże trafną uwagę, że kiedy Jezus odszedł „uniesiony do nieba”, Jego uczniowie z „wielką radością wrócili do Jerozolimy”. Dlaczego wrócili z radością, a nie smutkiem? Przecież odszedł od nich na zawsze ich Pan i Mistrz. Może również i dlatego, że już wiedzieli, co mają robić. Nastąpił przełom w ich życiu. 

Krytycznym momentem w biegu sztafetowym jest zawsze przekazanie pałeczki z ręki do ręki przez jednego zawodnika do drugiego. Zwycięstwo lub przegrana wielu sztafet decyduje się przede wszystkim w szybkości zawodników, ale również w tym właśnie momencie przekazania tej pałeczki. Ile sztafet przez ten – wydawać by się mogło – marginalny element biegu, przegrało o sekundy lub nawet było wyeliminowanych z biegu. Jeśli pałeczka spadnie na ziemi, to taka drużyna kończy bieg przez dyskwalifikację. Bardzo dobrze opisuje to jedna ze stron internetowych: 

„Pałeczka w biegu sztafetowym jest jak krew. Dopóki krąży między dłońmi zawodników, dopóty drużyna żyje i liczy się w rywalizacji. Ale wystarczy jeden nieopatrzny ruch, żeby cały misterny plan legł w gruzach. Problemy z dostarczeniem krwi do pacjenta na mecie najczęściej zdarzają się sprinterom w sztafecie 4x100m.

Usain Bolt podczas bicia rekordu świata na 100 m (9,58 s w Berlinie 2009r.) osiągnął prędkość maksymalną na poziomie 44,4 km/h. Za mało, żeby uciec przed gepardem, ale wystarczająco dużo żeby nawiązać rywalizację z warszawskim metrem na odcinku Marymont – Słodowiec (prędkość komunikacyjna: 36km/h). Nic zatem dziwnego, że sprawne przekazanie pałeczki w pełnym biegu okazuje się czasami misją niemożliwą. Zwłaszcza, że strefa zmian liczy zaledwie 30 metrów, a szerokość toru niewiele ponad metr. Ciasno, szybko, a robota musi być wykonana z chirurgiczną wręcz precyzją”.

Przed odejściem do Ojca, Jezus przekazuje „pałeczkę” odpowiedzialności za Królestwo Boże swoim uczniom. Powierzył im dokończenie swego dzieła również z precyzją. Nauczał ich przez trzy lata, kiedy spędzali ze sobą wiele czasu, kiedy nauczał, uzdrawiał, dawał wskazówki i pokrzepiał ducha ludzkiego dobrym słowem, które dawało nadzieje. Potem w czasie Ostatniej Wieczerzy udzielił ostatnich wskazówek. A na krzyżu „dokonała się” wola Ojca i Jezus przekazał swoim uczniom ustanowienie Eucharystii, w której wspominamy pamiątkę Jego życia i śmierci, nauczania i leczenia z grzechu, ale i miłości do bliźniego. Spadkobiercami tego testamentu jesteśmy i my dzisiaj, którzy naśladujemy Jezusa i Jego uczniów. Sami jesteśmy uczniami w „szkole Jezusa”. Dlatego dziś możemy siebie samych zapytać: jak wypełniam to Jezusowe posłannictwo? Istnieje tyle sposobów jego realizacji, ilu istnieje chrześcijan na tej ziemi! Być świadkiem Jezusa w domu, miejscu pracy, w szkole – to wielkie zadanie dla każdego z nas. 

Co znaczy naśladować Chrystusa? Pomocne w tym będzie jedno bardzo ważne zdanie, które słyszymy w Ewangelii św. Mateusza 16, 24:

„Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje”. W tym zdaniu zawarta jest: wolność, dojrzałość, realizm i miłość ucznia Jezusa. Warto nad tym zdaniem poświęcić chwilę refleksji (podążając za ks. Markiem Dziewieckim)[1], aby zrozumieć istotę Wniebowstąpienia Jezusa, bo przecież jest ono kulminacją tej drogi, obranej właśnie z tego zdania:  

  1. „Jeśli kto chce pójść za Mną…” – pójść z wolności

    Bardzo ważne jest tutaj to słowo „jeśli”, które pozostawia człowiekowi wolność pójścia za Jezusem, bo On nikogo do niczego nie zmusza. Naszym postępowaniem nie powinien kierować strach i lęk (dwa skrzydła szatana), czy przymus, emocje czy jakikolwiek inny nacisk. Sami z własnej woli powinniśmy podjąć tę bardzo ważną decyzję, która w radykalny sposób będzie zmieniać nasze doczesne życie, patrząc na nie z perspektywy życie wiecznego. 

Apostołowie, po chwili rozmowy z Jezusem, od razu wiedzieli, że to jest ich Mistrz. Zostawili wszystko, co mieli i poszli za nim, bez namyślania się i zastanawiania nad tym, czym ten wybór może się dla nich zakończyć. Uczniowie idą za Jezusem, bo wiedzą, że przy nim zostaną uwolnieni od zła i grzechu, który manipuluje ich życiem. Pozbywają się też strachu i lęku przed nieznanym, bo wiedzą, że dzięki temu żyć w wolności, a ich celem jest niebo.  

2. „…niech się zaprze samego siebie…”  – zaprzeć się dzięki dojrzałości

Zaprzeć się samego siebie to nic innego nic innego jak wzgarda siebie i lekceważenie tego, co mi się „zachce”. Bardzo ważne jest to rozróżnienie pomiędzy „chce” i „zachce”, które kształtuje nas jako ludzi. Chcieć, to przylgnąć rozumem i podjęcie konkretnej, zobowiązującej decyzji, którą później realizujemy w codzienności; natomiast „zechcieć” bazuje na emocjach i tymczasowych poruszeniach pod wpływem „chwili i uniesień”. Ma znamię niestałości i bałaganu, który z czasem niszczy życie człowieka. 

Zaprzeć się siebie, to pozbyć się egoizmu i subiektywnych przekonaniach, że jedynie się ma rację. To również poświęcenie swojego życia Bogu i innym ludziom. Uczeń Jezusa nie zachowuje się jak dziecko, które co już chce nową zabawkę, ale podejmuje swoje decyzje dojrzale i z pełną odpowiedzialnością. Jak to kiedyś dobrze ujął w słowa ks. Drzewiecki: „Człowiek niedojrzały troszczy się egoistycznie o siebie kosztem bliźnich, albo naiwnie poświęca się bliźnim, kosztem samego siebie”.

3. „…niech weźmie krzyż swój…” – wziąć realny krzyż

Zostaliśmy stworzeni na „obraz i podobieństwo samego Boga” z miłości i do miłości. Bóg nie jest źródłem cierpienia człowieka. To wolna wola i wybór człowieka, prowadzi do szczęścia lub nieszczęścia w jego życiu. Bóg zesłał swojego Syna, aby ten przyniósł radość i miłość. Cierpienie jest zawsze efektem działania wolnej woli człowieka, jego działania i złego ducha. Jest konsekwencją nieposłuszeństwa człowieka wobec swojego Stwórcy. Jezus mówi, abyśmy wzięli swój krzyż, czyli krzyż ucznia, a nie krzyż Jezusa. Jezus nie „obdarowuje” nikogo swoim krzyżem, ale dźwiga go dla nas i za nas. 

Pójście za Jezusem ze swoim krzyżem, to konfrontacja z codziennością i realiami rzeczywistości. To na pewne nie ucieczka od tej codzienności, ale staniecie z odwagą wobec wyzwań, które niesie nam świat. Przychodzimy do Jezusa z naszymi słabościami, niedoskonałościami, cierpieniami, obciążeniami i grzechami. To jest ten realizm życia. To pójście za nim na całego, a nie połowicznie. To, co mamy w sercu, powinno być przedstawione Jezusowi jak na tacy, bo tylko wtedy możliwa jest Jego pomoc w naszych uchybieniach i niedoskonałościach.    

4. …i niech Mnie naśladuje” – naśladować miłośćJezus kochał każdego napotkanego człowieka na swojej drodze. Nie kalkulował i nie przeliczał, czy ta relacja ma sens i ile z niej może zyskać, a ile stracić. Pomaga każdemu, który potrzebował pomocy, uzdrawiał chorych, przytula i rozgrzesza tych, którzy się źle mają na duszy, wspiera potrzebujących i źle mających. Naucza i miłuje tych, którzy chcą zrobić mu krzywdę, którzy Go nienawidzą i dążą do zabicia Go. Swoją czułością i akceptacją grzesznika doprowadza do jego przemiany jego serca. Nie akceptuje on i nie toleruje zła, ale chce przemienić zło w dobro. 

Siłą napędową takiego postępowania Jezusa jest Jego ogromna miłość do człowieka. Stanął w obronie nawet tych, którzy mu złorzeczą. Zachęca do miłowania nieprzyjaciół i wybaczania im nie siedem, ale siedemdziesiąt siedem razy. Kochał ludzi takimi, jakimi są i nigdy nie pozostawiał ich samych sobie, a zwłaszcza wtedy, gdy błądzili i schodzili na złą drogę. 

Ks. Marek Dziewiecki pisze, że: „Człowiek trwający we wspólnocie z Jezusem stosuje dwie zasady, których On nas uczy. Zasada pierwsza brzmi: to, czy kocham ciebie, zależy ode mnie, ale to, w jaki sposób okazuję ci miłość, zależy od twojego postępowania. Zasada druga jest równie ważna: to, że kocham ciebie, nie daje ci prawa, byś mnie krzywdził, a mnie nie odbiera prawa do tego, bym się przed tobą bronił. Uczeń Jezusa to ktoś dobry i mądry jednocześnie”[2].

W dniu Wniebowstąpienia Pana Jezusa, chciałbym jeszcze powiedzieć, że życie każdego z nas jest opowieścią jedyną w swoim rodzaju. To opowieść o radościach i smutkach, o nadziejach i rozczarowaniach, o sukcesach i porażkach, o chwilach przyjemnych i pełnych bólu. Niech obraz – pamięć o tym, co dobre i budujące, o tym co cieszy, ciągle daje nam siłę każdego dnia w podejmowaniu codziennych trudów i obowiązków. Niech świadomość radości perspektywy zmartwychwstania towarzyszy nam w naszym codziennym życiu. Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu!

Mk 16, 15-20

Jezus został wzięty do nieba i zasiadł po prawicy Boga

Jezus, ukazawszy się Jedenastu, powiedział do nich:

«Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu! Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony. Te zaś znaki towarzyszyć będą tym, którzy uwierzą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, a ci odzyskają zdrowie».

Po rozmowie z nimi Pan Jezus został wzięty do nieba i zasiadł po prawicy Boga. Oni zaś poszli i głosili Ewangelię wszędzie, a Pan współdziałał z nimi i potwierdzał naukę znakami, które jej towarzyszyły.


[1] https://www.przewodnik-katolicki.pl/Archiwum/2013/Przewodnik-Katolicki-11-2013/Wiara-i-Kosciol/Warunki-nasladowania-Jezusa

[2] Tamże