Ewangelia dzisiejszej niedzieli prowadzi nas do Wieczernika. Uczniowie są zamknięci. Drzwi są zamknięte. Serca są zamknięte. Głowy pełne lęku. Dusza rozbita po męce i śmierci Jezusa. Oni nie żyją, oni tylko się ukrywają. I właśnie wtedy przychodzi Jezus. Nie puka. Nie robi wyrzutów. Nie mówi: „A gdzie byliście, kiedy Mnie sądzono?” Nie mówi: „Dlaczego uciekliście?” Nie mówi: „Zawiedliście Mnie.” Pierwsze słowa Jezusa są zaskakujące: „Pokój wam!”
To są pierwsze słowa Zmartwychwstałego. Nie osąd. Nie gniew. Nie pretensja. Tylko pokój. A świat? Świat od dwóch tysięcy lat słyszy to samo słowo Chrystusa i ciągle nie potrafi go przyjąć. Bo ludzkość wciąż tkwi w wojnach. Międzynarodowych. Narodowych. Plemiennych. Społecznych. Rodzinnych. Sąsiedzkich. Małżeńskich. Cichych i głośnych.
Człowiek mówi, że chce lepszego świata, ale często sam robi go coraz gorszym. Przez chciwość. Przez zachłanność. Przez zazdrość. Przez pychę. Przez brak przebaczenia. Przez ciągłe „ja”. Przez wieczne udowadnianie, że to ja mam rację. Chcemy pokoju, ale karmimy konflikty. Chcemy miłości, ale często wybieramy egoizm. Chcemy miłosierdzia dla siebie, ale dla innych mamy tylko surowy osąd.
A Jezus nadal przychodzi i mówi: „Pokój wam!” Nie tylko do świata. Do mnie. Do ciebie. Do twojego domu. Do twojej relacji. Do twojego poranionego serca. Bo największa wojna nie zawsze toczy się na granicy państw. Czasem największa wojna toczy się w człowieku. Między wiarą a lękiem. Między przebaczeniem a urazą. Między nadzieją a rozpaczą. Między tym, co Boże, a tym, co wygodne.
I tu pojawia się Tomasz. Bardzo często mówi się o nim: „niewierny Tomasz”. Ale trzeba uczciwie zapytać: czy on był niewierny? Czy niewierzący? Ja myślę, że Tomasz nie był człowiekiem niewiary. On był człowiekiem zranionym. Rozczarowanym. Człowiekiem, który nie chciał już wierzyć na kredyt. Nie chciał opierać się tylko na cudzych słowach. Chciał spotkać Jezusa naprawdę. Powiedział szczerze: „Jeżeli nie zobaczę… nie uwierzę.”
Można go za to skrytykować. Ale można też zobaczyć coś ważnego: on przynajmniej był uczciwy. Nie udawał. Nie grał pobożnego. Nie mówił: „tak, tak, oczywiście wierzę”, kiedy w środku wszystko mu się rozpadło. On wypowiedział swój ból. Nazwał swoje wątpliwości. I właśnie dlatego jego wątpliwości stały się drogą do wiary. To bardzo ważne. Bo człowiek, który przynosi swoje pytania do Jezusa, jest bliżej wiary niż ten, który nie pyta już o nic. Ten, kto się zmaga, jest bliżej Boga niż ten, kto wszystko sobie uprościł.
Problemem Tomasza nie były wątpliwości. Problemem współczesnego człowieka często jest to, że w ogóle nie chce mieć pytań. Bo dziś wielu ludzi wybiera “easy life”. Lekko, wygodnie, bez zobowiązań, bez drążenia, bez szukania prawdy. Byle było przyjemnie. Byle nic nie kosztowało. Byle sumienie za bardzo nie bolało. Byle nie trzeba było zmieniać życia. A wiara nie jest easy life. Wiara to nie jest miękki fotel. Wiara to nie jest dekoracja. Wiara to nie jest dodatek do życia. Wiara to jest decyzja, żeby zaufać Bogu nawet wtedy, gdy nie wszystko rozumiem.
„Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli.” To nie znaczy: Błogosławieni naiwni. To nie znaczy: Błogosławieni ci, którzy niczym się nie przejmują. To nie znaczy: Błogosławieni ci, którzy wyłączyli myślenie. To znaczy: szczęśliwi ci, którzy mimo ciemności nie przestali ufać. Szczęśliwi ci, którzy mimo ran nie zamknęli serca. Szczęśliwi ci, którzy mimo bólu nie przekreślili Boga. Szczęśliwi ci, którzy nie wszystko widzą, ale wiedzą, komu zaufali.
Wiara „mimo wszystko” jest najpiękniejsza. Nie wtedy, gdy wszystko się układa. Nie wtedy, gdy zdrowie jest, konto się zgadza, rodzina zgodna, a życie spokojne. Łatwo wierzyć, kiedy świeci słońce. Ale prawdziwa wiara objawia się wtedy, gdy przychodzi noc.
Pewien ojciec dał synowi małe ziarenko i powiedział: „Wsadź je do ziemi”. Chłopiec popatrzył i odpowiedział: „To bez sensu. Przecież ono zniknie. Zakopię je i nic nie będę widział”. Ojciec uśmiechnął się i powiedział: „Właśnie o to chodzi. Są rzeczy, które rosną tylko wtedy, gdy przestaniesz wszystko widzieć”. Chłopiec zakopał ziarenko. Mijały dni. Codziennie przychodził i mówił: „Nic nie ma”. Ojciec odpowiadał: „Rośnie”. „Ale przecież nie widzę”. „Rośnie”. „Skąd wiesz?” „Bo życie nie przestaje działać tylko dlatego, że ty go nie widzisz”. Po jakimś czasie ziemia pękła i pojawił się mały zielony pęd. Ojciec powiedział: „Widzisz? Najpierw trzeba było zaufać temu, czego nie było widać”.
Tak samo jest z wiarą. Bóg działa także wtedy, gdy Go nie widzisz. Łaska pracuje także wtedy, gdy nic nie czujesz. Zmartwychwstanie działa także wtedy, gdy twoje serce jest jeszcze jak grób.
Pewna starsza kobieta codziennie wieczorem zapalała świecę przed obrazem Jezusa Miłosiernego. Ktoś ją zapytał: „Po co pani to robi? Czy jedna świeca zmieni ten świat pełen wojen, nienawiści i kłamstwa?” Ona odpowiedziała: „Ta świeca nie zmienia od razu całego świata. Ale nie pozwala, żeby ciemność weszła do mojego domu i do mojego serca”.
I to jest wiara. Wiara nie zawsze od razu zmienia cały świat. Ale nie pozwala, żeby świat zniszczył ciebie od środka.
Na skraju miasta stał dom. Nie był ani największy, ani najpiękniejszy, ale miał coś, co przyciągało ludzi – zawsze paliło się w nim światło. Mieszkał tam pewien starszy człowiek. Żył spokojnie, pracował w ogrodzie, naprawiał rzeczy, modlił się. Każdego ranka otwierał drzwi i okna, wpuszczając świeże powietrze.
Pewnego dnia przyszedł do niego młody człowiek. – Jak to robisz? – zapytał. – Co? – odpowiedział starszy. – Że u ciebie jest jakoś inaczej. Spokojniej. Ja mam wszystko: pracę, pieniądze, znajomych… a w środku chaos. Złość, zazdrość, napięcie. Czuję, jakby coś mnie od środka zjadało. Starzec spojrzał na niego i powiedział: – Chodź, pokażę ci coś.
Zaprowadził go do starej szopy za domem. Otworzył drzwi. W środku panował bałagan. Porozrzucane narzędzia, kurz, stare rzeczy, których nikt nie używał od lat. Powietrze było ciężkie. – Tu nic się nie zmienia od dawna – powiedział starzec. – Zamknąłem to miejsce i przestałem się nim zajmować. Potem wrócili do domu. Tam było inaczej. Czysto. Jasno. Świeżo. – Widzisz różnicę? – zapytał. – Widzę – odpowiedział młody. – Twój problem nie polega na tym, że świat jest zły. Problem polega na tym, że zostawiłeś w sobie zamknięte miejsca.
Młody człowiek milczał. – Każdy ma w sobie takie pomieszczenia – ciągnął starzec. – Złość, którą odkładamy. Rany, których nie chcemy dotknąć. Pytania, których nie zadajemy. Grzechy, których nie nazywamy. Jeśli zamkniesz drzwi i udajesz, że ich nie ma, one zaczynają psuć całe wnętrze. – To co mam zrobić? – zapytał cicho młody.
Starzec podszedł do okna i szeroko je otworzył. – Wpuść światło. Codziennie. Nawet jeśli boli. – Jak? – Zatrzymaj się. Nazwij to, co w tobie jest. Nie uciekaj od prawdy. I pozwól Bogu wejść tam, gdzie sam nie chcesz zaglądać. Młody człowiek długo patrzył na światło wpadające przez okno. – A jeśli się boję? Starzec uśmiechnął się lekko. – To znaczy, że właśnie tam najbardziej potrzebujesz światła[1].
Nie świat niszczy człowieka od środka. Człowieka niszczą zamknięte drzwi w jego własnym sercu. Tam, gdzie nie ma światła, zaczyna się ciemność. Ale jedno otwarte okno potrafi zmienić wszystko.
Dlatego Jezus mówi: „Pokój wam”. Najpierw do serca. Bo pokój świata zaczyna się od serca człowieka. Nie zbudujemy pokoju między narodami, jeśli nie umiemy zbudować pokoju w domu. Nie będzie pokoju w domu, jeśli nie ma pokoju w sercu. A nie będzie pokoju w sercu bez Boga. Tomasz dochodzi do najpiękniejszego wyznania wiary w całej Ewangelii: „Pan mój i Bóg mój!”
Zobaczcie, jaką drogę przeszedł: od zamknięcia, przez wątpliwość, do spotkania, od pytań, do adoracji. I może właśnie dlatego jest nam tak bliski. Bo wielu z nas też tak ma. Czasem wierzymy mocno. Czasem ledwo. Czasem modlitwa przychodzi łatwo. Czasem odbija się od sufitu. Czasem jesteśmy jak Jan, który uwierzył szybko. A czasem jak Tomasz, który potrzebuje czasu, ran i spotkania. I Jezus się na Tomasza nie obraża. Przychodzi specjalnie dla niego. Wraca do Wieczernika po ośmiu dniach. Jakby chciał powiedzieć: „Tomaszu, twoje pytania nie są dla Mnie przeszkodą. Przeszkodą byłoby tylko to, gdybyś Mnie już w ogóle nie szukał”.
To jest właśnie Miłosierdzie Boże. Bóg nie odrzuca człowieka słabego. Bóg nie odrzuca człowieka pogubionego. Bóg nie odrzuca człowieka, który się boi. Bóg przychodzi do niego z pokojem. Dlatego w Niedzielę Miłosierdzia warto sobie powiedzieć jasno: Miłosierdzie to nie jest tani sentymentalizm. To nie jest klepanie po plecach. To jest miłość Boga silniejsza niż mój grzech, mój lęk, moja niewiara i moje rozdarcie.
Na koniec jeszcze jeden obraz. Wyobraź sobie most nad przepaścią. Nie widzisz dokładnie, jak jest zbudowany. Nie znasz wszystkich obliczeń inżynierów. Nie sprawdzasz każdej śruby. Ale jeśli chcesz przejść na drugą stronę, musisz na ten most wejść. Wiara właśnie taka jest. Nie wiesz wszystkiego. Nie rozumiesz wszystkiego. Nie masz odpowiedzi na każde pytanie. Ale robisz krok. Potem drugi. I odkrywasz, że most cię niesie. Nie dlatego, że wszystko pojąłeś. Tylko dlatego, że zaufałeś.
Może dziś ktoś z nas jest jak uczniowie zamknięci w Wieczerniku. Może ktoś żyje w lęku. Może ktoś toczy wojnę w sercu. Może ktoś nosi pretensję. Może ktoś już prawie przestał wierzyć. Może ktoś od dawna tylko udaje, że wszystko jest dobrze. Może ktoś jest jak Tomasz i mówi: „Panie, ja już nie umiem tak łatwo wierzyć”. To właśnie do ciebie Jezus dziś przychodzi. Nie z wyrzutem. Nie z karą. Nie z pretensją. Przychodzi i mówi: „Pokój tobie”. A potem pokazuje rany. Bo Chrystus zmartwychwstały nie ukrywa ran. On je przemienia. I może właśnie to jest największa nadzieja dla nas: że nasze rany też mogą stać się miejscem spotkania z Bogiem.
Nie bój się swoich pytań. Bój się tylko życia bez prawdy. Nie bój się swoich słabości. Bój się serca zamkniętego. Nie bój się przyjść do Jezusa z wątpliwościami. Bój się jedynie obojętności. Bo wątpliwość może doprowadzić do wiary. Ale obojętność prowadzi do pustki. I dlatego dziś razem z Tomaszem chcemy powiedzieć: „Pan mój i Bóg mój!” Nie dlatego, że wszystko widzieliśmy. Ale dlatego, że On nas nie przestał szukać. “Jezu ufam Tobie”.
J 20, 19-31
Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli
Wieczorem w dniu zmartwychwstania, tam gdzie przebywali uczniowie, choć drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: «Pokój wam!» A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie, ujrzawszy Pana.
A Jezus znowu rzekł do nich: «Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam». Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: «Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane».
Ale Tomasz, jeden z Dwunastu, zwany Didymos, nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. Inni więc uczniowie mówili do niego: «Widzieliśmy Pana!»
Ale on rzekł do nich: «Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i ręki mojej nie włożę w bok Jego, nie uwierzę».
A po ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz domu i Tomasz z nimi, Jezus przyszedł, choć drzwi były zamknięte, stanął pośrodku i rzekł: «Pokój wam!» Następnie rzekł do Tomasza: «Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż w mój bok, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym».
Tomasz w odpowiedzi rzekł do Niego: «Pan mój i Bóg mój!»
Powiedział mu Jezus: «Uwierzyłeś dlatego, że Mnie ujrzałeś? Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli».
I wiele innych znaków, których nie zapisano w tej księdze, uczynił Jezus wobec uczniów. Te zaś zapisano, abyście wierzyli, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym, i abyście wierząc, mieli życie w imię Jego.
[1] Opowiadanie pt. „Dom z otwartymi drzwiami”








