Przez cały Wielki Post, poprzez niedzielny śpiew Gorzkich Żali i piątkowe nabożeństwa Drogi Krzyżowej, wpatrywaliśmy się w sceny pasji, męki Jezusa Chrystusa. Wszyscy ewangeliści poświęcają męce i zmartwychwstaniu Jezusa kilka końcowych rozdziałów swoich Ewangelii. Święty Mateusz szkicuje te obrazy z wyczuwalną prostotą i czcią. Może nas jednak zdziwić, że zawierającej zgodnie z tradycją aż czternaście stacji drodze krzyżowej poświęca on jedynie kilka wersów swojej Ewangelii: A gdy żołnierze Go wyszydzili, zdjęli z Niego płaszcz, włożyli na Niego własne Jego szaty i odprowadzili Go na ukrzyżowanie. Wychodząc, spotkali pewnego człowieka z Cyreny, imieniem Szymon. Tego przymusili, żeby niósł krzyż jego. Gdy przyszli na miejsce zwane Golgotą to znaczy Miejscem Czaszki, dali Mu pić wino zaprawione goryczą. Skosztował, ale nie chciał pić (Mt 27, 31-34).

Słuchając tych słów i wyobrażając sobie tę scenę mamy wrażenie, jak gdyby ktoś puścił taśmę filmową w przyspieszonym tempie. Mimo to jednak Mateusz zdaje sobie sprawę, że droga krzyżowa była dla Jezusa niekończącą się drogą w coraz to większe cierpienie i stale narastającą samotność. Nawet w tych kilku zacytowanych przed chwilą wierszach wyraźnie rysuje się obraz Jezusa cierpiącego. Każdy krok kosztował Go zapewne bezmiar wysiłku i bólu. Jezus wiedział, że nie ma możliwości odwrotu, że koniec tej drogi oznacza niechybnie koniec Jego życia – i to w strasznych męczarniach. Cierpienie Jezusa potęgował ciężar krzyża, który musiał dźwigać na swoich ramionach. Informacja o tym, że niejaki Szymon z Cyreny, który przypadkowo się tam znalazł, został przymuszony do niesienia krzyża Jezusa, świadczy o tym, że w którymś momencie skatowany, wyczerpany i opuszczony przez swoich uczniów Mistrz nie był już w stanie sam nieść krzyża. Możemy sobie wyobrazić, że Jezus bolał nad tym, że w ten sposób wciąga w swoje cierpienie innych ludzi.

Na Golgocie, tuż przed ukrzyżowaniem, żołnierze podali Jezusowi odurzający napój, mający złagodzić cierpienie krzyżowanego skazańca. Czyżby chcieli choć trochę umniejszyć, załagodzić albo wręcz ukryć dziejącą się tu jawną niesprawiedliwość? Ale Jezus nie chciał wypić tego napoju; pragnął świadomie przeżyć ostatnie godziny swojego życia, chciał umierać przy pełnej świadomości.

Przybicie Jezusa do krzyża i jego podniesienie stanowiło tak straszliwy widok, że nawet dziś po dwóch tysiącach lat na samą myśl o tym zamykamy z przerażenia oczy. Ten, który niezmordowanie głosił Ewangelię życia; orędzie miłości Boga do człowieka i leczył ludzkie rany, został śmiertelnie zraniony. Obnażony Jezus zawieszony samotnie pomiędzy niebem i ziemią, pomiędzy życiem i śmiercią był całkowicie bezsilny wobec niewyobrażalnego cierpienia. Popatrzmy: tak z miłości do nas umierał Bóg.

Święty Mateusz pisze dalej, że kiedy żołnierze ukrzyżowali Jezusa, rozdzielili między siebie Jego szaty, rzucając o nie losy (Mt 27, 35). Znaczy to, że traktowali to ukrzyżowanie tak samo, jak każde inne wykonanie wyroku i zgodnie z prawem rzymskim drogą losowania określali, komu z nich należą się szaty skazańca, Jezus musiał zatem z bólem przyglądać się z wysokości krzyża, jak próbowano wzbogacić się na jego cierpieniu.

Razem z Jezusem ukrzyżowano dwóch złoczyńców, jednego po prawej, a drugiego po lewej stronie (Mt 27, 38) Jezus musiał cierpieć jako niewinny wśród winnych, jako sprawiedliwy wśród niesprawiedliwych. Pan i Król został potraktowany jak złoczyńca. Nie mógł też w spokoju umrzeć. Konający Jezus darmo wyczekiwał dobrego słowa. Nikt Go nie pocieszał, nikt nie dodawał Mu odwagi: Zamiast tego przeklinano Go i lżono, szydzono z Niego, cynicznie wystawiano na próbę Jego wiarę, podawano w wątpliwość Jego moc -a On w żaden sposób nie mógł się bronić. W nadludzkiej cierpliwości i milczeniu znosił te wszystkie urągania.

Ale nawet w tym skrajnym opuszczeniu; w chwili konania, kiedy mrok ogarnął całą ziemię i zdawał się przenikać do serca, Jezus dał wyraz swojej głębokiej i pełnej miłości więzi z Ojcem, nie przestał być człowiekiem modlitwy. Około godziny dziewiątej – jak podaje Mateusz – Jezus zawoła! donośnym głosem: „Eli, Eli, lema sabachthani?”; to znaczy: Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił? (Mt 27, 46). Te słowa, będące fragmentem Psalmu 22, wyrażają ogrom samotności i poczucie skrajnego opuszczenia, jakie może odczuwać człowiek, któremu nagle wszystka ucieka, wszystko się wymyka – nawet Bóg. Jezus przybity do krzyża zaznał nocy ducha i zmysłów, zmierzył się z ludzkim zwątpieniem, ze straszliwą bezsilnością, z przygniatającą pustką serca, z otchłanią zniszczenia i nędzy, dotknął dna ludzkiego doświadczenia. Lament konającego Chrystusa był mimo wszystko modlitwą ufności, a nie zwątpienia. Jezus nie zapomniał, komu zawierzył i u kogo ma szukać pomocy. Resztką sił chwycił się ręki Ojca; nic, ani straszliwe cierpienie, ani nawet śmierć nie mogła Go odłączyć od Jego miłości.

Według Ewangelisty Mateusza, słowa tej modlitwy były ostatnimi słowami Jezusa na krzyżu. Zanim oddał ducha; raz jeszcze zawołał donośnym głosem (27, 50). W naszym języku nie ma takiego słowa, które by wyrażało ten ostatni okrzyk Zbawiciela.

Czy był to krzyk zdruzgotanego serca, które w skrajnej nędzy zwraca się, woła do Boga, gdyż tylko On jest jedynym ratunkiem? Czy był to krzyk niesłusznie oskarżonego, skrzywdzonego, zdeptanego sprawiedliwego, który konając nie był już w stanie wypowiedzieć żadnego konkretnego ludzkiego słowa? Czy był to okrzyk zwycięzcy, który doprowadził do końca dzieło, które mu zlecono? A może był to krzyk oznajmiający nam, że nasze życie nie gaśnie cichutko i powoli, lecz wymaga wyraźnego, donośnego podsumowania? Przede wszystkim był to okrzyk tego, kto wkracza w nieskończoną tajemnicę wiecznego Boga, kto zanurza się w Jego doskonałym pokoju, Jego życiu, Jego miłości.

Po zgonie Jezusa miały miejsce zdumiewające zjawiska: A oto zasłona przybytku rozdarła się na dwoje z góry na dół; ziemia zadrżała i skały zaczęły pękać. Groby się otworzyły i wiele ciał świętych, którzy umarli, powstało (…) Setnik zaś i jego ludzie, którzy trzymali straż przy Jezusie, widząc trzęsienie ziemi i to, co się stało, zlękli się bardzo i mówili: „Prawdziwie Ten był Synem Bożym” (Mt 27, 51-52.54). Czy ta opisana w jednym zaledwie wersie reakcja przerażonego rzymskiego setnika i podległych żołnierzy jest historią nawrócenia? Słowa: prawdziwie Ten był Synem Bożym, można z pewnością potraktować jak wyznanie wiary.

A co dzieje się z nami, gdy patrzymy na krzyż i ukrzyżowanego nań, ogołoconego, wyniszczonego, zdeptanego, martwego Syna Bożego? Czyż nie uświadamiamy sobie przy tym, że my też stale niszczymy, niweczymy dobro, które Bóg nam daje? Czy widzimy teraz, jak wiele śmierci jest w naszym życiu? Czy zdajemy sobie sprawę z tego, jak wiele w nim zdeptanej miłości, wzgardzonej prawdy, wyśmianej sprawiedliwości, jak wiele zgaszonych przez nas świateł, zaprzepaszczonych szans na znalezienie sensu życia i szczęścia?

Jednakże całe to dobro, które w sobie i w innych stale niszczymy, depczemy, odpychamy, wyśmiewamy, gasimy, zaprzepaszczamy i zabijamy, może wskrzesić; naprawić, odbudować, przywrócić, podźwignąć, wywyższyć i rozświetlić jedynie Syn Boży Jezus Chrystus. Może tego dokonać mocą swojego krzyża. On bowiem dla nas i za nas został ukrzyżowany; poniżony, wyszydzony, ogołocony wyniszczony, zdeptany i okrutnie zabity.

Nie zamykajmy zatem oczu, nie odwracajmy wzroku, nie uciekajmy spod krzyża, wytrwajmy przy Ukrzyżowanym – choćby nas to wiele kosztowało. Niech pasja, męka Chrystusa poruszy nas dogłębnie, niech nami wstrząśnie i pobudzi do nawrócenia, wyznania wiary i życia z wiary: A nawrócić się znaczy uwierzyć w Bożą miłosierną miłość, pojednać się z Bogiem i żyć we wspólnocie Kościoła ze zmartwychwstałym Chrystusem. Całe nasze, życie streszcza się w odpowiedzi na pytanie zadane apostołom przez pierwszych nawróconych Żydów w Pięćdziesiątnicy: Cóż mamy czynić, bracia? Nawróćcie się – odpowiedział Piotr (Dz 2, 37-38): Wiara zaś jest owocem nawrócenia – wiara jako ufność okazywana Ojcu przez dziecko. Prawdziwie nawrócił się ten, kto odnalazł na powrót miłość Boga. Jezus ukrzyżowany i zmartwychwstały mówi nam: Kto szuka siebie, zatraca się; kto zatraca się w miłości do Boga i bliźniego, odnajduje siebie.