Niepokalane poczęcie (Łk 21, 28. 42)

Uroczystość Maryi Niepokalanej dobrze zgadza się z duchem Adwentu, bo kiedy Kościół przygotowuje się na przyjście Zbawiciela, bardzo słusznie zwraca się myśl do Tej, która będąc poczęta bez grzechu, miała stać się Jego matką. I faktycznie Maria tego doświadczyła, gdy została poinformowana przez anioła: „Oto poczniesz i porodzisz syna”, ale też i jej mąż Józef: to on został postawiony wobec faktu, że bez jego udziału Maryja została matką.

Powszechne jest przekonanie, że tam, gdzie działa Pan Bóg, tam zawsze wszystko jest jasne, proste, pewne, bez problemów czy kłopotów. Tymczasem trzeba powiedzieć, że tak nie jest!!! Bo przed nami jest Tajemnica. Tylko od czasu do czasu gwiazda Betlejem jest w stanie rozjaśnić fragment drogi, na której się znajdujemy, kierunek i miejsce, w które mamy iść. Bywają jednak dłuższe okresy, w których Bóg doświadcza uczciwość i wytrwałość człowieka. Kształtuje też jego wiarę, nadzieję i sprawiedliwość.

Czytając początek Ewangelii św. Łukasza widzimy, że Józef mógł z żalem i pretensją, a nawet złymi emocjami sięgającymi nienawiść, gniew i irytację, zareagować na to, co usłyszał z ust Maryi. Zdarzył się przecież – tak po ludzku biorąc – jawna niewierność. Patrząc po ludzku miał on ku temu prawo, aby oddalić, zostawić Maryję. On tego nie robi, bo wybrał… szacunek. Szacunek dla osoby, którą kochał. Jest wierny miłości. Zastosował też chyba mądrość, którą głosił kiedyś pewien… Indianin (opowiadanie pt. „Trzy fajki”).

Pewien stary i mądry wódz indiański dawał taką radę porywczym młodzieńcom swego plemienia: – Gdy jesteś rozgniewany na kogoś, kto śmiertelnie ciebie obraził i postanawiasz go zabić, by wymazać hańbę, zanim to uczynisz, nabij tytoniem fajkę i wypal ją. Gdy skończysz palić „pierwszą fajkę” stwierdzisz, że śmierć byłaby jednak zbyt surową karą za popełnioną winę. Przyjdzie ci na myśl, że zaaplikować będzie trzeba solidne baty. Jednak nim pochwycisz kij, usiądź i nabij „drugą fajkę” i wypal ją do końca. Pomyślisz wówczas, że mocne i soczyste obelgi będą mogły świetnie zastąpić baty. Otóż, gdy już będziesz miał pójść i zwymyślać osobę, która ciebie obraziła, usiądź i nabij „trzecią fajkę”, wypal ją, a gdy to zrobisz, będziesz miał jedynie ochotę pogodzić się z tym człowiekiem.

Oczywiście, podając tę przypowieść nie zachęcam nikogo do palenia fajki, ani nawet papierosów. Jestem zdeklarowanym przeciwnikiem tych używek w codziennym życiu z jednego prostego względu: szkoda zdrowia. To, co chciałbym raczej powiedzieć to, że przy każdy nieporozumieniu dajmy sobie czas, który jest najlepszym lekarstwem na bolączki w naszych relacjach. Czas przynosi radę. Należy oczekiwać jej cierpliwie. Bywa, że trzeba zawierzyć chwili. Jednak trzeba też pamiętać, że czas jest ” „bezwzględnym rzeźbiarzem ludzi”. Maryja była niewinna i w tę prawdę Józef uwierzył. Józef wierzył Maryi bezgranicznie. Ufał jej, bo na to zasługiwała. Przez ten szacunek okazał się być godnym wziąć odpowiedzialność za Syna Bożego i Jego Matkę.

Obrączka ślubna jest znakiem miłości i wierności. Niestety, czasem miłość i wierność mogą się w burzę zamienić. W każdym małżeństwie nadejść mogą dni bardzo krytyczne, kiedy wydaje się, że wszystko już stracone. Nieraz przez głupotę czy zazdrość nastąpi rozłam. Szczeliną wlewa się w twe serce i twój dom ciemna noc… Wówczas pozostaje jedyny ratunek – otwarcie się na światło przez pojednanie w przebaczeniu. Kiedy nie ma wiary w Boga i nie dajemy wiary w drugiego człowieka, wtedy nie uda nam się nic dobrego zbudować. Tymczasem…   Nigdy nie jest za późno na pojednanie, gdyż nigdy nie jest za późno, by kochać, i nigdy nie jest za późno, by być szczęśliwym.

Na surowej i kamienistej pustyni, mieszkało dwóch pustelników. Zajmowali dwie groty, które znajdowały się blisko siebie, jedna naprzeciwko drugiej. Po latach modlitw i okropnych umartwień, jeden z nich nabrał przekonania, że doszedł do doskonałości.

Drugi był człowiekiem również bardzo pobożnym, ale równocześnie dobrym i wyrozumiałym. Rozmawiał z nielicznymi pielgrzymami, pocieszał i gościł tych, którzy zagubili się i tych, którzy uciekali. «Cały ten czas odebrany jest modlitwie i rozmyślaniu», myślał pierwszy pustelnik, który potępiał częste, ale maleńkie uchybienia drugiego. Chcąc dać mu do zrozumienia w jakiś widoczny sposób, jak bardzo jest jeszcze daleki od świętości, postanowił umieszczać jeden kamień u wejścia do własnej groty, za każdym razem, gdy ten drugi popełniał uchybienie. Po kilku miesiącach przed grotą znajdował się szary i przytłaczający mur z kamieni. Pustelnik zaś był zamurowany wewnątrz.

Czasami wokół serca budujemy mury z małych kamieni codziennych niechęci, odwetów, milczenia, nierozwiązanych spraw, dąsów. Naszym najważniejszym zadaniem jest nie dopuścić do tego, by wokół naszego serca utworzyły się mury. Nade wszystko zaś musimy starać się, by nie stać się «jeszcze jednym kamieniem w murach innych ludzi». (Mur, Bruno Ferrero)

Przed nami ostatnie dni Adwentu. W przygotowaniu do spotkania z Chrystusem pamiętajmy, że przechodzimy czas próby, gdzie warto pamiętać o drugim człowieku, okazać mu szacunek i pojednanie, szczególnie tam, gdzie jest ono potrzebne. Zwłaszcza tym najbliższym naszemu sercu. Niech to będzie matka, ojciec, córka, syn, siostra, brat, żoną, mąż, przyjaciel. Także ta osoba, o której już dawno zapomnieliśmy, wymazaliśmy z naszej pamięci z różnych względów.
Warto zatrzymać się o choć troszkę albo nawet dłużej wsłuchać się w drugiego człowieka, bo często w zabieganiu nie słyszymy kto i co mówi. Okres Bożego Narodzenia, a także okres pojawiającego się Nowego Roku (tym razem 2020) to chwila, gdzie powinniśmy mieć czas dla Boga, dla ludzi i siebie samego, a nie czasem biegania za rzeczami, które są tylko namiastką szczęścia. Trafnie, ale bardzo mocno to wyraziła Katarzyna Kędzierska w książce pt. Chcieć mniej. Minimalizm w praktyce: „Kupienie czegoś dla poprawy humoru w istocie nie wpłynie na Twój nastrój, za to w prezencie otrzymasz solidne wyrzuty sumienia, że znowu zrobiłaś bezsensowne zakupy i zmarnowałaś pieniądze. (…) Nie jesteś psem, nie nagradzaj się jedzeniem”. Prezent świąteczny jest bardzo ważny, bo jest symbolem pamięci o drugim człowieku. Ważne jest jednak to, żeby nie stał się on jedyną rzeczą, którą zapamiętamy w czasie tych Świąt.
Zwiastowanie i wiara Maryi (Łk , 26-38)

Jak pisze o. Stanisław Biel SJ: „Zwiastowanie, to pierwsze ważne wydarzenie, w którym Bóg wkracza w życie Maryi. Maryja żyje we własnym, spokojnym świecie, ma swoją pobożność, swoje pragnienia, decyzje, wybory i teraz w to wszystko wkracza Bóg, który burzy Jej rytm życia, spokój i Jej plany. Bóg wchodzi w życie Maryi jako rzeczywistość niepokojąca (Martini). Ta postawa Maryi może być dla nas bodźcem do pytań o naszą stabilizację. Wszyscy mamy tendencje do wygodnego ułożenia sobie życia, do własnych planów i ich realizacji. I jest to całkiem naturalne. Jednak nie zawsze potrafimy wkalkulować i zaakceptować odmienność działania Boga. Trzeba nieraz pewnej terapii wstrząsowej ze strony Boga, byśmy uświadomili sobie, że to On jest Panem naszego życia i ma najlepszy scenariusz dla nas. Postawa Maryi może być dla nas okazją do refleksji nad naszym pielgrzymowaniem i nad tym co dzieje się w naszym życiu, abyśmy nie zatracili tego, co jest dla nas najważniejsze”. Co jest najważniejsze? Niech przyjdzie nam z odpowiedzią opowiadanie…

Kierkegaard (1813-1855), duński teolog i filozof, zilustrował postawę biblijnych uczonych w Piśmie taką opowiastką: – Pewien Europejczyk wyjechał na Daleki Wschód i zakochał się po uszy w pięknej – Chince, Wróciwszy do domu, czekał z utęsknieniem na jakiś list od ukochanej. Po jakimś czasie przyszedłrzeczywiście wyczekiwany list – pisany chińszczyzną. Nic z tego nie rozumiał, ale wiedział, że jest to znak odwzajemnionej miłości. Poświadczył mu to zresztątłumacz przysięgły: Pośrednictwo trzeciej osoby nie było jednak najwygodniejszym rozwiązaniem, więc zaczął sam studiować język chiński. Miłość pchała go do szybkiego postępu w nauce. I w istocie już po paru latach mógł swobodnie odczytywać chińskie znaki.

Ale nasz Europejczyk tak się rozmiłował w tym egzotycznym języku, że wkrótce został profesorem i docentem na katedrze literatury chińskiej. Niestety, w tym czasie zdążył zapomnieć o zasadniczej przyczynie nauki owego obcego języka. No cóż? Zakochał się w literze, a zapomniał o sercu; oddał się nauczaniu, a przestał być tym, który kocha…

Nawiedzenie Elżbiety i pokój serca (Łk 1, 39-56)

Kochać kogoś, to znaczy widzieć cud niewidoczny dla innych. W scenie „Nawiedzenia Elżbiety, opisanej przez Ewangelistę Łukasza, zwróćmy uwagę na dwa punkty. Najpierw na spotkanie. Mamy tutaj piękny opis spotkania dwóch bliskich sobie błogosławionych kobiet, które noszą w swoim łonie dziecko. Gdy Maryja dowiedziała się o stanie swojej krewnej, poszła z pośpiechem w góry i pozdrowiła Elżbietę.  Ten skondensowany opis zawiera istotę spotkania. Aby spotkanie było autentyczne, należy podjąć długą drogę do naszych bliźnich. Trzeba najpierw, jak Maryja, opuścić własny dom, wyjść z siebie, pokonać góry naszych lęków, obaw, zahamowań, góry własnego wygodnictwa.

Następnym krokiem jest wejście do domu drugiego i pozdrowienie go; spojrzenie z szacunkiem tajemnicę, na to, co w nim jedyne i niepowtarzalne. W pozdrowieniu nie ma zamysłu ani celu. Nie sprawdzamy drugiego, nie wnikamy w jego problemy, ale pozwalamy mu być sobą, przyjmujemy go i akceptujemy takim, jaki jest, jaki nas spotyka. Prawdziwe spotkanie jest możliwe dzięki szacunkowi i dostrzeganiu wzajemnej godności” (o. Stanisław Biel SJ).
Królowa Wiktoria, wielka monarchini Anglii kochała niezwykle swojego męża Alberta. Nie mógł on, niestety, nosić królewskiego tytułu ani też piastować żadnej ważnej funkcji społecznej. Pomimo wielkiej miłości wybuchały pomiędzy nimi awantury. Kiedyś po takiej kłótni książę Albert zamknął się w swojej komnacie. Po krótkiej chwili Wiktoria przełamała się i zapukała do jego drzwi. – Kto tam? – zapytał Albert. – Królowa Anglii! – padła odpowiedź. Drzwi nie otworzyły się, a młoda królowa pukała dalej. – Kto tam? – Królowa Anglii! Cisza. I tak powtarzało się kilkakrotnie. Wreszcie… – Kto tam? – Twoja żona, Albercie – odpowiedziała królowa. Drzwi otworzyły się natychmiast…

Nasze spotkania często „nie są autentyczne, ponieważ próbujemy natychmiast przyporządkować drugiego człowieka (np. czy jest mocniejszy ode mnie? inteligentniejszy? dojrzalszy w swoim człowieczeństwie? głębszy duchowo?). Instynktownie usiłujemy też zauważyć jego słabe strony, aby go w ten sposób zdeprecjonować, pomniejszyć, podporządkować”… (o. Stanisław Biel SJ)

Jest to ciekawa historia o tym jak w przedpokoju opata Gariep’ego znajdowały się symbole czterech ewangelistów: jagnię, lew, wół i osioł. Pewien brat został wezwany, gdyż należało udzielić mu reprymendy. Wychodząc po rozmowie, spotkał on jednego ze swoich współbraci i powiedział: – Trudno doprawdy o właściwsze symbole do tego przedpokoju… – A to czemu? – spytał tamten. – Bo człowiek wchodzi tam niewinny jak jagnię, słyszy ryk lwa, stoi osłupiały jak wół i umyka z szybkością orła… Gdybyśmy znali własną wartość, byli zawsze świadomi naszej boskiej godności, potrafilibyśmy również cieszyć się z godności innych. Prawdziwe spotkanie jest wolne od ocen. Jest świadome wzajemnej godności i pełne szacunku wobec tajemnicy.

Pewnego zimowego wieczoru w 1932 roku znany na całym świecie skrzypek, Fritz Kreisler, czarował publiczność swą wspaniałą grą w jednym z teatrów Dublina w Irlandii. Po zakończeniu koncertu artysta opuścił teatr, zamierzając powrócić samochodem do hotelu, w którym mieszkał. Kiedy wsiadał do samochodu, usłyszał dźwięk skrzypek. Ktoś grał przepięknie na skrzypcach przed gmachem teatru, w którym przed chwilą artysta miał koncert. Zaintrygowany odgłosem pięknych i czystych dźwięków, Kreisler postanowił sprawdzić kto tak pięknie gra. Kiedy podszedł bliżej, okazało się, że była to mała irlandzka dziewczynka o nazwisku Lillian Mack, która za drobne pieniążki grała na skrzypcach dla ludzi wychodzących z teatru.

Przez kilka minut Kreisler wsłuchiwał się intensywnie w jej grę. Później zaprosił ją do hotelu, aby zagrała dla niego i kilku przyjaciół. Wielki artysta był tak poruszony jej talentem i chwytającą za serce grą, że zaproponował jej podpisanie kontraktu na koncert w Teatrze Królewskim. Ten sławny na cały świat artysta odkrył w ubogiej i prostej irlandzkiej dziewczynce podobne do swego własnego wyczucie piękna. Zdolność do takiego rodzaju gry, która współbrzmiałaby harmonijnie z jego własną. Odkrycie to pozwoliło tej dziewczynce opuścić ulice i grać na wielkich scenach przed podziwiającymi ją tłumami.

Możemy zatem „zastanowić się nad naszymi spotkaniami. Możemy pytać się, czy w naszym życiu potrafimy wzmacniać pozytywnie innych? Czy chcę i potrafię innych docenić, dowartościować, wypowiedzieć wobec nich słowa pochwały? I czy te słowa są szczere, bezinteresowne, czy też wynikają z wyrachowania? Czy potrafię szczerze cieszyć się radością innych? Co mi łatwiej przychodzi: chwalić innych czy krytykować i potępiać? Czy pochawalić i pokazać jak wielke rzeczy uczynił mi Wszechmocny? Pytajmy w tej modlitwie o naszą radość. W naszym życiu często zbyt jednostronnie kładziemy nacisk na przykre i trudne doświadczenia” (o. Stanisław Biel SJ).

Opowieści, legendy czy bajki są nieocenionym źródłem mądrości, uniwersalnych prawd oraz cennych wskazówek. Jedną z takich historii jest przypowieść o chińskim wieśniaku, którą przytaczał Anthony de Mello SJ. Ta przepełniona spokojem opowieść podnosi na duchu w obliczu problemów i niesie nadzieję w sytuacjach pozornie bez wyjścia. A oto ona: „W małej chińskiej wiosce mieszkał starszy mężczyzna. Całym jego dobytkiem był kawałek pola oraz koń, z pomocą którego uprawiał rolę. Koń był dla wieśniaka niezwykle wartościowy, ponieważ dzięki niemu mógł zapewnić byt sobie oraz swojemu synowi. Pewnego dnia koń zniknął. Sąsiedzi współczuli wieśniakowi takiego nieszczęścia.

Mężczyzna nie zamartwiał się jednak stratą konia, lecz ze spokojem pytał: „- Szczęście? Nieszczęście? Kto wie?” Tydzień później zwierzę niespodziewanie powróciło do właściciela, przyprowadzając ze sobą stado innych koni. Tym razem sąsiedzi nie mogli uwierzyć w to, jakie szczęście spotkało starego wieśniaka – w całej wiosce nikt nie miał tylu koni! Gratulowali mu z całego serca. Mężczyzna podziękował im za miłe słowa, po czym zapytał: „- Skąd wasza pewność, że to, co się wydarzyło, jest szczęściem?”.

Sąsiedzi dziwili się tym słowom i uznali starca za niewdzięcznika. Pewnego razu syn wieśniaka postanowił okiełznać jednego z nowych koni. Niestety, jego próba nie powiodła się, ponieważ spadł z grzbietu zwierzęcia i złamał nogę. Sąsiedzi ponownie składali mężczyźnie wyrazy współczucia w obliczu takiego nieszczęścia, jednak wieśniak pytał tylko: „- Szczęście? Nieszczęście? Kto wie?”.

Dni mijały, a kraj pogrążył się w wojnie. Do chińskiej wioski wkroczyli żołnierze, werbując do wojska młodzieńców zdolnych walczyć. Ku rozpaczy wielu rodzin, zabrali wszystkich młodych mężczyzn, z wyjątkiem jednego – syna wieśniaka, który leżał w łóżku ze złamaną nogą. Po jakimś czasie okazało się, że żaden z młodzieńców zaciągniętych do walk nie przeżył. Rodziny pogrążyły się w żałobie, jednak wieśniak pozostał niewzruszony, pytając tylko: „- Szczęście? Nieszczęście? Kto wie?”.

Ta przypowieść mówi nam o tym, by nie klasyfikować zdarzeń jako „dobre” czy „złe”. Etykietki, które nadajemy różnym sytuacjom życiowym, wynikają z naszego ograniczonego postrzegania, bazującego na chwili obecnej. Spotykające nas doświadczenia to jednak tylko elementy szerszego planu, który jest przed nami ukryty. Ten plan ma względem na Bóg. Nam przyszło wierzyć Bogu, chociaż sam wiem z doświadczenia, że jest ciężko, że ma dla nas najlepszy plan.   Pozwólmy im zatem swobodnie przepływać, bez oceniania ich i interpretowania w kategoriach „szczęścia” lub „nieszczęścia”. Dzięki takiemu podejściu zachowamy spokój, pokorę i otwartość na lekcje, jakie niesie ze sobą życie, a to one wzmacniają nasza wiarę.

Jest takie opowiadanie autora nieznanego pt. „O ogrodzie Pana Boga”. Był sobie raz ogród zamknięty w ogromnych murach i wzbudzający ciekawość wielu ludzi. Wreszcie, pewnej nocy, czterech ludzi zaopatrzyło się w długą drabinę, żeby zajrzeć, co też tam może być. Kiedy pierwszy z nich dotarł na wysokość muru, zaczął się głośno śmiać i zeskoczył do ogrodu. Wspiął się drugi, zaczął się śmiać i także skoczył w głąb. Podobnie uczynił trzeci. Kiedy przyszła kolej na czwartego, ujrzał z wysokości muru wspaniały ogród z drzewami owocowymi, fontannami, rzeźbami, przeróżnymi kwiatkami i tysiącem innych rozkoszy. Ogromnie silne było pragnienie, by się rzucić w głąb tej oazy zieleni i spokoju, ale przeważyło inne pragnienie: by iść przez świat i opowiadać wszystkim, że istnieje taki ogród i że jest tak piękny. Właśnie taki człowiek prowadzi ludzi do Boga. Kto, ujrzawszy Boga, pragnie podzielić się z innymi tą wieścią, ten pewnego dnia zajmie w tym ogrodzie szczególne miejsce – blisko serca samego Boga. To jest człowiek wiary.

Obyśmy byli takimi ludźmi, którzy potrafią tą wiarą również dzielić się z drugim człowiekiem. Do tego zachęcam zwłaszcza w tym okresie przygotowującym nas do Świąt Bożego Narodzenia.