Czas Świąt Wielkanocnych jest dla wierzących momentem powrotu do źródła życia, a jest nim zawsze Chrystus. Z Nim spotkamy się w Wielki Czwartek, kiedy wspominamy Ostatnią Wieczerzę, podczas której On umiłował nas do końca. W Wielki Piątek uczestniczymy w Jego męce i śmierci przeżywając jednocześnie nasze osobiste trudy, słabości i niepowodzenia. Wtedy bierzemy swój krzyż, aby nieść go z Chrystusem na Golgotę. A w poranek Wielkanocny, razem z Nim, zmartwychwstanie w nas radość, wiara, nadzieja i miłość w drodze ku własnemu szczęściu.

Tym razem tych Świąt Wielkanocnych tak uroczyście nie przeżyjemy. Wirus, który opanował ziemię nie pozwoli nam cieszyć się radością Zmartwychwstania w kościołach, bo są one zamknięte. Kartki na ich drzwiach oznajmiają nam, że są one zamknięte do odwołania. Wierzymy jednak mocno, że Jezus nadal jest żywy, bo bez Niego nie byłoby nadziei, bo nie byłoby perspektywy lepszego jutra. Nasza wiara w Boga jest obecnie bardzo mocno „sprawdzana”. Nasza nadzieja miesza się ze smutkiem, bezradnością i bojaźnią. Nasza miłość, zwłaszcza do drugiego człowieka, z jego chorobą i bólem, a czasem i śmiercią, spowodowaną przez dżumę ostatnich miesięcy, wystawiona jest na próbę naszej konfrontacji wobec własnego życia i śmierci. „Nie jestem jeszcze gotowy, nie teraz, może potem” – mówimy. Mamy wrażenie, że nasza codzienność to przeżywanie każdej stacji Drogi Krzyżowej w różnych jej odsłonach. Wielu z nas przeżywa ją bardzo ciężko, bo doświadczają realnej choroby i śmierci swoich bliskich. Czujemy się, jak ta rozbita „skorupka jajka”, bo krzyż jest częścią naszego codziennego życia i nie da się nad nim przejść do porządku dziennego.

W dzisiejszych czasach wielu z nas niestety niechętnie bierze krzyż na swoje ramiona. Nie jesteśmy również chętni, aby ten krzyż pomóc dźwigać innym. Często pozwalamy też, aby krzyż naszych bliskich nieśli obcy ludzie. Jak to jest z nami? Jak zachowalibyśmy sie, gdybyśmy znaleźli się na drodze krzyżowej Jezusa? Czy bylibyśmy jak Szymon, płaczące niewiasty, apostołowie, tłum, uczeni w Piśmie, Sanhedryn, Piłat, żołnierze? A może tak, jak Weronika, która wytarła twarz Jezusowi. Czy cierpielibyśmy jak Maryja, której rozdzierało się serce, gdy widziała ogrom cierpienia i krzywdę jaka działa się jej dziecku, a ona nie mogła mu pomóc.

Chrystus cierpiący jest obecny w każdym człowieku, zwłaszcza w starszym, chorym, niedołężnym, czy samotnym. Chrystus oczekuje od nas wrażliwości wobec każdego człowieka – chce byśmy potrafili patrzeć, słuchać, próbować zrozumieć i pomóc jeśli zaistnieje taka potrzeba. Dziś taką potrzebą jest panoszący się w wielu krajach koronawirus, który nie pozwala nam „normalnie żyć”. Jezus chce od nas dobrego i czystego serca – otwartego i współczującego. Serca, które będzie pomagać z radością – nie z przymusu tak, jak Szymon, nie z bojaźni tak, jak żołnierze, którzy słuchali swojego dowódcy; czy po to, aby się pokazać – jak płaczące kobiety. Wysłuchać, pomóc i zobaczyć, że ktoś uwalnia się od ciężaru, który wydaje się być nie do udźwignięcia, od przeszkody, która wydaje się być nie do przeskoczenia – jest bezcenne na całe nasze życie.

Zwłaszcza dziś możemy pomagać tym, którzy zamknięci we własnych domach w obawie przed wirusem, potrzebują naszego dobrego słowa. Naszą modlitwą powinniśmy ogarnąć każdego zarażonego, który dowiedział się, że jest nosicielem, a który może, ale nie musi zabić. Modlić się powinniśmy także za tych, którzy oczekują dobrej lub złej wiadomości w czasie przymusowej kwarantanny. Modlić się powinniśmy za służbę zdrowia, która z narażeniem życia pomaga każdemu potrzebującemu. Modlić się powinniśmy za tych, którzy odeszli już do Pana, oddali mu całą energię swojego życia.

Dziś praktycznie na całej kuli ziemskiej ludzie poszukują energii, potrzebnej do życia ludzkości: węgiel, ropa, gaz, energia słoneczna, atom… Tymczasem rzadko człowiek podejmuje się badań, systematycznych badań, nad największą energią jaką posiada ziemia, nad ukrytą w sercu człowieka energią miłości… Tylko systematyczna praca nad tą energią, umiejętne ukierunkowanie tej energii, może przynieść człowiekowi, już tu na ziemi, początek szczęścia. Aby tak było, potrzebne jest przebudzenie człowieka. Słowo Boże wzywa jeszcze bardziej osobiście, każdego z nas osobno. Zbudź się człowieku!!! Może zwłaszcza w tym ostatnim czasie Chrystus chce nam to właśnie przypomnieć. W liście do Efezjan czytamy: „Zbudź się, o śpiący i powstań z martwych, a zajaśnieje Ci Chrystus”. Jeśli pragniemy, aby Zmartwychwstały nas oświecił, trzeba przede wszystkim otworzyć oczy. Tak jak to przeżyli uczniowie z Emaus, kiedy „oczy im się otworzyły i poznali Go”. Ale… okazuje się, że to nie wszystko…. bo Ewangelia dodaje: lecz On zniknął im z oczu…” Wynika z tego, że dopiero zniknięcie Zmartwychwstałego pozwoliło im głębiej Go poznać – jako Niewidzialnego. I wtedy dopiero otwierają się im „oczy wiary”. Oczy, które widzą więcej, bardziej i jaśniej.

Inaczej widziała Jezusa po Zmartwychwstaniu Maria Magdalena, inaczej uczniowie z Emaus, Tomasz, pozostali uczniowie… Inaczej my widzimy – naszymi „oczami wiary”. Ale wciąż jest to ten sam Chrystus: Chrystus Zmartwychwstały. Obecny pod postacią chleba i wina, obecny w Eucharystii. Co niedzielę przeżywamy tę Tajemnicę, gdzie „oczy nam się otwierają”, gdzie doświadczamy „energii miłości”. Doświadczamy krzyża, śmierci, ale przede wszystkim Zmartwychwstania Jezusa, który jest naszą wiarą, nadzieją i miłością.

Zmartwychwstanie Chrystusa jest faktem, który nie był akceptowany od samego początku i który po dzień dzisiejszy nie może dotrzeć w pełni do naszej świadomości. Śmierć jest dla nas nadal ostatecznym i najsmutniejszym wydarzeniem ludzkiego życia i będąc wierzącymi… tak do końca jednak nie wierzymy w Zmartwychwstanie. Słychać często zdanie: „A…, kto wie, jak to tam będzie” – są to ludzie, którzy niby wierzą w Boga, ale niestety nie wierzą Bogu…

Wiemy już, że te Święta Wielkanocne będą dla nas inne. Zupełnie inne! Z daleka od bliskich, bo nie można podróżować, bo nie można swobodnie poruszać się po mieście, bo jest bojaźń, strach i troska o zdrowie własne i rodziny. Tymczasem, dla nas wierzących, Święta Wielkanocne to radosny czas z Chrystusem Zmartwychwstałym, dzieki któremu odradzamy się na nowo w naszej wierze, nadziei i miłości. To one powinny być i często są źródłem naszego życia, a tym samym również szczęścia. Tak powinniśmy przeżyć Triduum, chociaż wiemy, że nie jest i nie będzie jakiś czas nam łatwo, dlatego idąc za wierszem Richarda Hendrick’a, pt: „Blokada”: „Modlimy się i pamiętamy o tym: Tak, jest strach. Ale nie musi być nienawiści. Tak, jest izolacja. Ale nie musi być samotności. Tak, jest panika kupowania. Ale nie musi byćpodłości. Tak, jest choroba. Ale nie musi istnieć choroba duszy. Tak, jest nawet śmierć. Ale zawsze może nastąpić odrodzenie miłości. Obudź się przy wyborach, które podejmujesz, jak żyć teraz”.

Święta Wielkanocne, to czas w którym życzymy WIARY o wiele większej niż ta, jaką miał święty Tomasz. Życzymy NADZIEI, która przecież zawieść nie może, bo to ona czyni nasz dzień jasnym i pięknym. Ale przede wszystkim życzymy MIŁOŚCI podobnej do tej, jaką miał św. Piotr, gdy wyznawał Zmartwychwstałemu: „Ty wiesz, że Cię kocham”.

Wesołych Świąt Wielkanocnych!!!