Dzisiejszy fragment Ewangelii św. Marka (6,1-6a) jest skierowany bezpośrednio do każdego nas i warto wyciągnąć z niego praktyczne wnioski. Wydarzenie opisane przez Ewangelistę Marka można sobie bardzo łatwo wyobrazić: Jezus, którego na pewno wyprzedziła sława i rozgłos Jego czynów, przychodzi do swojej rodzinnej wsi. Musiała to być nie lada sensacja. Wszyscy spodziewali się specjalnie przygotowanego „show”. Może liczyli na to, że po znajomości należą się im szczególne względy, uprzywilejowane traktowania czy może też prawo do zobaczenia lub nawet samemu doświadczenia nadzwyczajnych cudów. Ale Jezus nie przyszedł z rozrywkowym „show” ani magiczną różdżką do robienia sztuczek.

Wielu z nas pamięta film animowany z lat 70-tych pt. „Pomysłowy Dobromir”. Oglądałem go jako „Dobranocka w czasach PRL-u. Bajka powstała w Studiu Miniatur Filmowych w Warszawie. Jeden odcinek trwał zazwyczaj ok. 10 minut – podobnie, jak inne polskie seriale animowane w tamtym okresie. Głównym bohaterem był oczywiście Dobromir, któremu towarzyszył Dziadek (przyjazny sceptyk i pomocnik) i Ptaszek (najprawdopodobniej szpak, postać komiczna). Cała akcja bajki rozgrywała się na polskiej wsi. Główny bohater za każdym razem pragnął wynaleźć urządzenie, które umożliwi łatwe wykonanie czynności, o której mowa była w danym odcinku. Widzowie z całą pewnością pamiętają nie tylko wynalazki Dobromira, ale też jego słynny okrzyki „Juhu!”, gdy udało mu się coś wymyślić”[1]

Dzięki czarodziejskiemu ołówkowi mógł on bez problemów narysować to, czego potrzebował i to coś od razu się „materializowało”. I tak np. jeśli narysował koło do roweru, to za chwilę mógł je ściągnąć je ze ściany na której je namalował i wstawić fizycznie do własnego roweru. Ten ołówek był takim moim marzeniem jako małego chłopca! Wierzyłem w to, że gdzieś na świecie ktoś dokładnie taki ołówek ma i będę mógł go od tej osoby kiedyś odkupić, albo przynajmniej pożyczyć na parę dni, aby narysować to, czego potrzebuje. 

Jezus nie miał “czarodziejskiego ołówka”, dzięki któremu mógł w każdym momencie otrzymać to, co chciał, aby usprawnić sobie i innym życie. Przyszedł przede wszystkim głosić prawdę, mądrość i miłość. Słowem Ojca chciał dać to, co najcenniejsze i najważniejsze w życiu. Tyle tylko, że oni w sumie tego nie chcieli, bo mieli swój własny scenariusz i oczekiwania, przykrojone na własną miarę swojego umysłu i patrzenia na świat. 

W trakcie mowy Jezusa, nagle zaczęło się wkradać w serca mieszkańców: najpierw pewne zniecierpliwienie, a potem jawne oburzenie. Jakim prawem ten Jezus tak bardzo się wymądrza! Kimże On jest?!? Przecież Go dobrze znamy! On jest z nas, a chce nas pouczać? Nic więc dziwnego, ze Jezus z taką goryczą skarży się, że prawda i mądrość przestają się liczyć, jeśli tylko wynikają z nich jakieś wymagania, ograniczenia, czy choćby potrzeba pokory. 

Chyba dobrze to znamy, że gdy ktoś nagle zaczyna wyrastać ponad przeciętną, objawia szczególne talenty, zdobywa sławę, wyróżnia się, gdy komuś się powiedzie – wtedy może natychmiast zaczynamy go traktować jako zagrożenie dla siebie. Uznajemy to za niesprawiedliwość i pytamy: a co to, czy ja jestem gorszy? A mnie się nie należy? Oczywiście, że nie chcemy dostrzec jego wysiłku, pracy i nakładów energii, jakie musiał w związku z tym ponieść. Nasze widzenie sprawy bardzo jest krótkowzroczne, bo widzimy bowiem tylko ostateczny sukces, który to nam powinien przypaść on w udziale. I dlatego nie chcemy go uznać, dlatego szukamy „dziury w całym”, haków, niedoskonałości, by zakwestionować jego wartość. Jak często naszą dewizą życiową jest zdanie: „mogę sam nie mieć, byle i on nie miał”. Zamiast poprzeć się wzajemnie i wspólnie zyskać, wolimy wspólnie… stracić.

Amerykanin modli się do Boga. – Panie Boże sąsiad ma taką doskonałą krowę. Daje tyle mleka. – I czego byś chciał synu? – Chciałbym mieć taką samą. Modli się Polak. Jego sąsiad też ma świetną, mleczną krowę. Ale kiedy Pan Bóg pyta go co by chciał, pada odpowiedź: – A żeby mu zdechła!!

Bardzo często odpowiedź na te pytania stawia nas przed stanięciem w prawdzie wobec własnych braków i niedoskonałości. Można bowiem tak być zapatrzonym w samego siebie, że nie zwraca się uwagi na własne ułomności czy braki. 

Kiedyś pewien chłopak postanowił, że zostanie muzykiem i że będzie grał na jakimś instrumencie. Chwalił się wszystkim dookoła, że będzie najlepszym muzykiem w mieście. Zastanawiał się długo w swoim domu jaki instrument wybrać, ale nic mu nie przychodziło do głowy. Postanowił zatem, że pójdzie do sklepu i tam wybierze instrument, na którym będzie uczył się grać. Chodzi po sklepie i … nic. Wreszcie zapytał ekspedienta, sprzedającego, ale ten powiedział: – Proszę sobie pochodzić po sklepie i może akurat coć wpadnie panu do ręki… Tak też i zrobił. Po 20 minutach chodzenia pomiędzy wszystkimi półkami z instrumentami, podchodzi wreszcie do sprzedawcy i mówi do niego: „Proszę Pana, postanowiłem, wezmę tę czerwoną trąbkę i … o tam w rogu, ten akordeon!!!” Na to sprzedawca: „Wie Pan, no tę czerwoną gaśnicę to Panu mogę sprzedać, ale kaloryfer musi pozostać na swoim miejscu…”. 

Moi drodzy, jak bardzo brak zobiektywizowania własnych umiejętności pogrąża nas tylko w marzeniach i nierealnym świecie. Tylko dlatego, że nie precyzujemy tego, co chcemy robić i także to, że nie ma w nas prawdziwej refleksji na co nas tak naprawdę stać. Każdy ma bowiem inne talenty, inne upodobania, inne predyspozycje. Zapatrując się w czyjeś umiejętności, zazdroszczą ich innym, często gubimy po drodze własne talenty, próbując dopasować się do otoczenia. Stajemy się przez to tylko przeciętni.

Czasem jest i tak, że odkrywamy siebie w niecodziennych sytuacjach. Jest taki dowcip, jak to w studio TV, Pani prezenterka zaproponowała uczestnikom konkursu, aby przepłynęli basen pełen rekinów: „Milion dolarów za jego przepłynięcie!”. Nic… „2 miliony!!!”. Też nic… „3 miliony!!!”. I nagle ktoś wpada do basenu, przepływa na drugi brzeg. Po dopłynięciu wpada na brzeg, wszyscy zastanawiają się, czy coś mu się złego nie stało? Jednak nie. Pani prezenterka pyta: „Proszę Pana, proszę nam opowiedzieć, jak Pan to zrobił?” Na co ten ze spokojem: „Nie wiem, po prostu ktoś mnie wepchnął do basenu…”. 

Zobaczcie, czy w naszym życiu nie jest tak samo. Kiedy mamy wykonać jakąś rzecz, sprawę czy zadanie, wtedy pojawia się przed nami tysiące problemów. Nasza wyobraźnia potrafi bardzo dużo wyprodukować (fachowo się mówi: zaprojektować) różnego rodzaju przeciwności, które najczęściej wyolbrzymiamy i tylko raczej mają nas odstraszyć od podjęcia pierwszego kroku, niż zmobilizować do podjęcia jakichkolwiek zadań. I wtedy zaczynamy popadać w katastrofizm, lęki, lenistwo, stagnację, niezadowolenie, często krytykując i szukając winnych poza sobą. 

Jak często dostosowujemy się do standardów, jak często jesteśmy wtedy przeciętni, bo brakuje nam motywacji albo po prostu jesteśmy leniwi. Często wtedy zrzucamy winę na otocznie, środowisko, zewnętrzne warunki, których tak naprawdę częścią jesteśmy. Często też może dostosowujemy się do „standardów” otoczenia, które swoim krytycznym okiem potrafi zniszczyć niejedną dobrą inicjatywę i nie jeden dobry pomysł, który wymaga trochę wysiłku. Dostosowywanie się do standardów jest jednym najczęściej popełnianych przez ludzi błędów. 

Jest taka bajka, opowiadanie o ojcu, synu i osiołku jak to pewnego dnia ojciec i syn postanowili udać się na targ. Aby tam dotrzeć, musieli przejść po drodze przez cztery miejscowości. Ojciec zwrócił się do syna tymi słowami: – Usiądź na ośle, a ja będę szedł obok. Gdy przechodzili przez pierwszą miejscowość, mieszkańcy szeptali: – Patrzcie, koniec świata! Syn, który jest młodszy od ojca, siedzi na ośle, a biedny staruszek musi iść piechotą. Ojciec usłyszał to i zwrócił się do syna: – Posłuchaj, ludzie mówią o nas źle. Lepiej będzie, jak ja usiądę na ośle, a ty pójdziesz piechotą. Tak też zrobili.

Gdy przechodzili przez drugą miejscowość, usłyszeli szemrzących: – No popatrz tylko, ojciec siadł na osła, a dziecko idzie piechotą wśród tylu niebezpieczeństw! To usłyszawszy, ojciec i syn, aby uniknąć nieprzychylnych komentarzy, postanowili obaj dosiąść osła.

Gdy przechodzili przez trzecią miejscowość, posłyszeli takie głosy krytyki: –  Biedny osioł! Musi dźwigać cały ten ciężar, ludzie nie mają szacunku dla zwierząt!. Usłyszawszy to, uznali, że najlepszym wyjściem będzie, jeśli dalej obaj pójdą na piechotę.

Gdy dochodzili do czwartej miejscowości, usłyszeli drwiące i wyśmiewające ich głosy: – Popatrzcie no jacy głupcy. Mają osła, a idą piechotą! Ojciec i syn popatrzyli na siebie i doszli do wniosku, że skoro i tak ciągle byli krytykowani, najlepiej byłoby, gdyby zachowywali się w taki sposób, jaki sami uważali za słuszny i stosowny.

Pamiętaj – jeżeli, jesteś pewien, że robisz dobrze – rób swoje, i nie przejmuj się, co o tym mówią inni, bo i tak zawsze znajdą się tacy, którzy Cię skrytykują[2].

Moi drodzy, ciągle dopasowywanie się do otoczenia, do standardów, zazdrość, lenistwo, bezradność czy beznadzieja, często one niszczą w nas inicjatywę i kreatywność. Wtedy pojawiają się zwykłe słowa, które usłyszeliśmy dziś w Ewangelii św. Marka (6,1-6): „Skąd On to ma? I co za mądrość, która Mu jest dana? I takie cuda dzieją się przez Jego ręce. Czy nie jest to cieśla, syn Maryi, a brat Jakuba, Józefa, Judy i Szymona? Czyż nie żyją tu u nas także Jego siostry? I powątpiewali o Nim”. 

Jeśli zatrzymamy się tylko na powątpiewaniu, krytykowaniu, pójściu ku schematom i sprawdzonym tylko rozwiązaniom, a nie będzie to początek własnej inicjatywy i pomysłów, będziemy także przechodzić koło Pana Jezusa, dziwić się i będziemy mówic: „Co on ma jeszcze nam do powiedzenia?”.

Dlatego warto podjąć trud rozwoju budowania Królestwa Bożego tu na ziemi bez uprzedzeń i z inicjatywą i oryginalnymi pomysłami. Dlatego tak ważna jest dla nas modlitwa każdego dnia, bo ona jest takim „motywatorem” do tego, abyśmy każdego dnia służyli Bogu tym co mamy i to z całego serca. Nie lekceważmy naszych talentów i innych osób, bo mogą one pomóc całej ludzkości w tworzeniu lepszego świata, gdzie radość, serdeczność, otwartość, uśmiech i miłość będzie można znaleźć w każdym zakątku ziemi. 

Mk 6, 1-6

Jezus lekceważony w Nazarecie

Jezus przyszedł do swego rodzinnego miasta. A towarzyszyli Mu Jego uczniowie. Gdy zaś nadszedł szabat, zaczął nauczać w synagodze; a wielu, przysłuchując się, pytało ze zdziwieniem: «Skąd to u Niego? I co to za mądrość, która Mu jest dana? I takie cuda dzieją się przez Jego ręce! Czy nie jest to cieśla, syn Maryi, a brat Jakuba, Józefa, Judy i Szymona? Czyż nie żyją tu u nas także Jego siostry?» I powątpiewali o Nim.

A Jezus mówił im: «Tylko w swojej ojczyźnie, wśród swoich krewnych i w swoim domu może być prorok tak lekceważony».

I nie mógł tam zdziałać żadnego cudu, jedynie na kilku chorych położył ręce i uzdrowił ich. Dziwił się też ich niedowiarstwu. Potem obchodził okoliczne wsie i nauczał.


[1] https://kronikidziejow.pl/porady/to-ogladali-nasi-rodzice-10-popularnych-bajek-z-okresu-prl/

[2] http://madziowy.pl/bajka-o-ojcu-synu-i-osle-krytyczne-opinie-otoczenia/