„ocenianie innych idzie nam gładko, spójrzmy na siebie, a nie będzie nam łatwo…”

Pewnemu panu dość duża drzazga wlazła w pośladek. Przychodzi więc do lekarza i prosi o pomoc. „- Zaraz temu zaradzimy” – pociesza go lekarz. „- Proszę tymczasem usiąść sobie wygodnie”. Kiedy brak jest w nas empatii, wtedy każda nasza rada może obrócić się przeciwko osobie, której wydaje nam się, że pomagamy. Tymczasem tylko pogarszamy jej stan, bo punk widzenia zależy bowiem od punktu siedzenia. Widzimy często to, co tylko nas interesuje. 

Rano w niedzielę modlą się w kościele farmerzy. Modlą się głośno i po męsku: „- Od ognia, nieurodzaju i szarańczy wybaw nas, Panie!”. W tym samym czasie zebrana na preriach szarańcza odprawia nabożeństwo błagalne, w którym – jak refren – powraca prośba: „- I poraź naszego wroga ślepotą, aby można spokojnie i bezpiecznie obgryzać jego pola”[1]. Punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia. 

Jakże łatwo nam przychodzi na co dzień oceniać innych ludzi. Ich nawyki, upodobania, przyzwyczajenia bardzo często są weryfikowane przez niewybredny komentarz, choć w formie ironii czy żartu. Mamy dziś bardzo wielu wychowawców od „dobrych manier”, którzy informują nas, jak i co mamy robić, jak żyć czy postępować. Nauczyciele od wychowania są wielkimi ekspertami w wielu dziedzinach na których się… kompletnie nie znają. Albo jeśli już, to tak tylko z teorii albo książki. Gdybyśmy ich brali na serio, to kłopoty są nieuniknione, bo niewiele mają nam przecież do zaoferowania. A tego, jak powinno być, to uczymy się całe życie poprzez nasze postanowienia, decyzje i zachowanie, które przybliżają nas do prawdy o sobie, ludziach i świecie. Każda godzina naszego życia uczy nas szkoły Miłości do Boga, siebie samego, człowieka, innych ludzi i rzeczy materialnych.  

Naszym głównym nauczycielem jest Jezus Chrystus, prawdziwy Bóg i człowiek. Jest dla nas nauczycielem, jak był dla swoich Apostołów, którym mówi, jak mają naśladować swojego Mistrza. Dlaczego? Bo ma świadomość, że każdy z człowieka, także uczeń Jezusa błądzi i szuka swojej drogi.  

Mamy wiele lat po Jezusie i scenariusz ciągle się powtarza. Pewien człowiek postanowił kiedyś zostać natychmiast świętym. I tak mocno chciał być „światłem świata”, że na wszystkich naokoło parzył i przy okazji… oślepiał. I tak gruntownie był „solą ziemi”, że wszystkim napotykanym zatruwał życie. I tak skrzętnie pracował jako „zaczyn w cieście”, że wielu ludziom zakwaszał radość wiary.

To jest przykład tego, jak bardzo potrafimy widzieć i przy okazji bardzo wyolbrzymiać czyjeś winy, a tymczasem nasze zachowania pozostawia bardzo wiele do życzenia. Nie nam oceniać czyjeś zachowanie. Słowa, zwłaszcza te za plecami tej osoby nic nie pomogą, bo nie wiemy, co dzieje się w sercu danej osoby. Poświęcamy bowiem nasze czcze gadanie, a tymczasem realia są zupełnie inne. 

Opowiadałem już kiedyś moją autentyczną historię z Chicago. Poznałem tam jedną starszą Panią, która zawsze tryskała energią i życiem. Pomagała wielu ludziom. Robiła to z pokorą, ale i ogromnym zaangażowaniem. Zaprzyjaźniliśmy się, robiąc wspólnie parę wspólnych projektów dla dobra potrzebujących. Była osobą majętną o dobrym sercu wobec osób pogubionych w swojej codziennej walce o przetrwanie. To były różne sytuacje: narkomania i alkohol w domu, bieda w rodzinie, czy też depresja. 

Któregoś dnia, przez przypadek dowiedziałem się od pewnej pani, że ta moja znajoma: „Wpadła w obłęd, bo irracjonalnie rozdaje to co ma ludziom”. Podobno nawet „sprzedaje dom i przepisuje jakiejś rodzinie”, a auto ma być oddane jakiemuś młodzieńcowi. Nigdy nikomu nie zaglądam do sumienia, ale nie ukrywam, że bardzo mnie ta informacja zarazem: zaintrygowała, jak i zaniepokoiła i przy nadarzającej się okazji zapytałem tę moja dobrą znajomą, czy jest to prawda, bo dochodzą mnie takie i takie informacje? Samemu mi się nie spodobała ta „hojność ponad miarę”, która mogłaby przecież spowodować to, że ta moja znajoma wylądowałaby na ulicy przez brak swojej roztropności. Tylko dlatego zainterweniowałem, przez troskę o osobę, która była dla mnie pewnego wzorem do naśladowania przez wiele lat.  

Kiedy patrzyłem tak w jej twarz, ona się uśmiechnęła, a jej usta wypowiedziały bez ogródek słowa, które pamiętam do dziś dnia tak, jakbym je co dopiero przed chwilą usłyszał: „- Proszę księdza, ja już jestem starszą, bo 87 letnią i samotną wdową, bez dzieci i wnuków, praktycznie bez rodziny. Parę tygodni temu dowiedziałam się, że mam raka i zostało mi parę miesięcy życia. Samochód przekazałam ubogiej rodzinie teraz, bo i tak już moje oczy wiele nie widzą i mogę być zagrożeniem dla bezpieczeństwa ludzi. Tuż po mojej śmierci ta rodzina otrzyma również mój duży dom z ogrodem. Dzięki temu, chyba po raz pierwszy, ta 6 osobowa rodzina będzie mogła spać w osobnych pokojach, a nie jak teraz: „jeden na drugim” w dwóch małych pokojach na 3 piętrze bez windy. Ich najstarszy syn idzie na studia. Oprócz stypendium, które mu opłaciłam, dostanie też i mój drugi samochód. Niech się oni cieszą, bo mnie i tak, tam u Pana Boga, nie będzie to przecież potrzebne. A tak, zabrałby to wszystko Bank…”. „- Dlaczego akurat ta rodzina?” – zapytałem. „- To banalnie proste. Od czasu do czasu pomagali mi ostrzyc mój trawnik, wynieść śmieci i zmieść w zimie śnieg z ulicy. Sama tego nie dałabym rady już zrobić. Nie prosiłam ich o to, tylko sami wyszli z inicjatywa pomocy, robili to zawsze z uśmiechem i radością, jakbym była ich najbliższą rodziną… babcią”.  

Zamurowała mnie ta odpowiedź, ale po chwili oprzytomnienia przyznałem jej absolutną rację. Dobro rodzi dobro, zło rodzin zło. Jadąc potem z kościoła do domu, pomyślałem sobie po cichu w głowie: „- Właśnie doświadczyłem, czym jest wolność i zarazem świętość”. Pozostał mi jednak w sercu taki mały żal do siebie, że jak ja mogłem wcześniej, przed naszą rozmową, tą tak dobrą panią tak nieuczciwie ocenić w moich myślach i sercu. Punk widzenia, zależy od punktu siedzenia. 

Jezus tymczasem uczy nas spokoju, abyśmy swoim  życiem wprowadzali pokój w życie swoje i innych ludzi. Pomaga nam jednocześnie zrozumieć, zaakceptować i wciąż zmieniać nasze własneżycie na lepsze, bo przecież nikt z nas „nie jest bez winy, nikt z nas nie jest doskonały”. Nasza postawa powinna być przede wszystkim gestem miłości i miłosierdzia w stosunku do błądzących i potrzebujących. Tylko wtedy możliwa jest przemiana każdego z nas, zarówno tego, który potrzebujące pomocy, ale też i tego, który okazuje tę pomoc. Wszyscy bowiem potrzebujemy nawrócenia, które przychodzi w najmniej oczekiwanym momencie.

Pewna młoda matka postanowiła przykładnie skarcić swego pierworodnego. Wiadomo: „Nie kocha syna, kto rózgi żałuje” (Prz 13, 24). Aby kara była bardziej „pedagogiczna” i skuteczna, rodzicielka poleciła, żeby winowajca poszedł do ogrodu i sam przyniósł kij potrzebny do wyegzekwowania sprawiedliwości. Chłopiec wyszedł posłusznie. Po jakimś kwadransie wrócił ze spuszczoną głową: – „Mamo, kija nie mogłem znaleźć, ale tutaj masz kamień, którym we mnie możesz rzucić”. Matka oniemiała, rozpłakała się ze wzruszenia i wzięła dziecko w ramiona. Długo tuliła go i przyciskała do serca. A kamień leży do dziś w kuchni na widocznym miejscu: jako przestroga przed argumentem siły[2].  

Patrzenie przez pryzmat, czyli przez „bryłę z materiału przezroczystego o co najmniej dwóch ścianach płaskich, nachylonych do siebie pod kątem”  zniekształca prawdziwy obraz rzeczywistości. Pryzmat załamuje światło. „Patrzeć przez pryzmat” oznacza np. „patrzeć na coś z pewną poprawką, z przymrużeniem oka”. I tak np. patrząc na świat przez pryzmat miłości, zauważymy życie kolorowe, cudowne i beztroskie[3], bo w pełni ufamy Bogu. Jeśli to życie widzimy poprzez pryzmat ograniczeń, lęku, smutku i czarno-białego koloru, to nie ma w nas ufności Bogu, ale temu, który zniekształca świat – szatanowi, złemu, diabłowi. 

Jana Paweł II mówił nam, co mamy zatem wtedy robić: „Jeden drugiego brzemiona noście” – to zwięzłe zdanie Apostoła jest inspiracją dla międzyludzkiej i społecznej solidarności. Solidarność – to znaczy: jeden i drugi, a skoro brzemię, niesione razem, we wspólnocie. A więc nigdy jeden przeciw drugiemu. Jedni – przeciw drugim. I nigdy „brzemię” dźwigane przez człowieka samotnie.  

Niech każdy z nas, jeśli ma oceniać drugą osobę, niech wyrobi w sobie taki prosty odruch, który pomoże w codziennym życiu. Zapytajmy się siebie samych, a co ja bym zrobił? Jak ja bym postąpił? Jak ja bym się odnalazł w tej samej sytuacji? Jeśli nagminnie oceniamy innych, możemy być pewni, że sami jesteśmy swoimi największymi krytykami. Ktoś kiedyś pięknie powiedział: „Zanim osądzisz błędy innych, zwróć uwagę na własne błędy. Ten, kto rzuca błotem, nie może mieć czystych rąk”.      

Łk 6, 39-45

Z obfitości serca mówią usta

Jezus opowiedział uczniom przypowieść: «Czy może niewidomy prowadzić niewidomego? Czy nie wpadną w dół obydwaj?

Uczeń nie przewyższa nauczyciela. Lecz każdy, dopiero w pełni wykształcony, będzie jak jego nauczyciel.

Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a nie dostrzegasz belki we własnym oku? Jak możesz mówić swemu bratu: „Bracie, pozwól, że usunę drzazgę, która jest w twoim oku”, podczas gdy sam belki w swoim oku nie widzisz? Obłudniku, usuń najpierw belkę ze swego oka, a wtedy przejrzysz, ażeby usunąć drzazgę z oka brata swego.Nie ma drzewa dobrego, które by wydawało zły owoc, ani też drzewa złego, które by dobry owoc wydawało. Po własnym owocu bowiem poznaje się każde drzewo; nie zrywa się fig z ciernia, ani z krzaka jeżyny nie zbiera się winogron. Dobry człowiek z dobrego skarbca swego serca wydobywa dobro, a zły człowiek ze złego skarbca wydobywa zło. Bo z obfitości serca mówią jego usta


[1] Kazimierz Wójtowicz, Glosarium, O ciężkim położeniu Pana Boga, s. 1068.

[2] Kazimierz Wójtowicz, Glosarium, O kiju i kamieniu, s. 744.

[3] https://brainly.pl/zadanie/1244623