W pewnym mieście żył człowiek słynący w całej okolicy z niezwykłej gościnności. Opowiadano, że podejmował każdego nieznajomego tak wystawnie i tak serdecznie, jak najlepszego przyjaciela. Mędrzec z sąsiedniej krainy, dowiedziawszy się o tej niezwykłej gościnności, chciał ją wypróbować na własnej skórze. Zjawił się więc w nędznych i brudnych szmatach u drzwi swojego dobrodzieja. Ale ten nie zwrócił na niego najmniejszej uwagi, nie mówiąc już o okazaniu jakiejkolwiek hojności czy serdeczności. 

A mistrz sprawił sobie następnego dnia nowe, eleganckie szaty, poobwieszał się ozdobami, skropił pachnidłami i znowu stanął przed obliczem hojnego bogacza. Tym razem było rzeczywiście tak, jak niosła fama: gospodarz podjął gościa z głębokim ukłonem, zaprosił do środka, długo z nim rozmawiał, a potem wydał na jego cześć ucztę z wyszukanymi przysmakami. Gość zasiadł do stołu z podziękowaniem, ale zamiast jeść i pić, wszystkie potrawy i napoje wyrzucał na swe drogi odzienie. Gospodarz przeraził się, że nieznajomy dostał pomieszania zmysłów. Zapytał więc z lękiem w głosie, co to ma znaczyć. – Wczoraj byłem tu w łachmanach – odpowiedział spokojnie mędrzec – ale nie dałeś mi nawet okruszyny chleba; dziś – gdy jestem porządnie ubrany – myślę, że ta cała uczta nie jest dla mnie przeznaczona, lecz dla moich szat[1]

Słyszymy w dzisiejszej Ewangelii św. Mateusza takie słowa: „Sam zaś Jan nosił odzienie z sierści wielbłądziej i pas skórzany około bioder, a jego pokarmem była szarańcza i miód leśny. Wówczas ciągnęły do niego Jerozolima oraz cała Judea i cała okolica nad Jordanem. Przyjmowano od niego chrzest w rzece Jordanie, wyznając przy tym swe grzechy”.Tłumy ludzi zatem szły do niego nie ze względu na jego wygląd zewnętrzny, a tym bardziej na szaty, które nosił. Jego ubranie raczej mogło zniechęcać do podejścia do niego, ale jednak było w nim to „coś”. Powstaje zatem pytanie, co miał w sobie Jan, że tak wielu ludzi do niego podchodziło. Pojawia się zatem pytanie, co zatem było takiego nadzwyczajnego i szczególnego w tym skromnym człowieku, do którego ciągnęły rzesze ludzi? Co miał do zaoferowania?  Odpowiedź zasadniczo jest prosta: chrzest, który przemieniał ludzkie życie nie na zewnątrz, ale wewnątrz, bo w sercu człowieka.

Aby to wyjaśnić, wysłuchajmy wpierw zabawnej historii. Kiedyś „dziadek pochylił się nad pięcioletnim wnuczkiem i pocałował go na dobranoc. Zaraz potem dziecko wytarło sobie twarz. «Dlaczego tak robisz, skarbie?» – spytała matka.«Gdy ktoś ciebie całuje, nie potrzeba wycierać sobie pocałunku». «Mamusiu – wytłumaczyło dziecko – nie wycieram, by go usunąć. Wcieram go do wewnątrz».

Pewnej mamusi w czasie podróży nieustannie przeszkadzało wiercące się dziecko. «Teraz już usiądź!». Wydawało się jednak, że dziecko nie słyszy jej rozkazu. Nadal stawało na siedzeniu, by patrzeć przez okno. Zdenerwowana matka wzięła dziecko i posadziła je obok siebie. Dziecko spojrzało na nią i dumnie powiedziało: «Na zewnątrz siedzę, ale wewnątrz stoję». To co mamy «wewnątrz» – liczy się o wiele bardziej od tego, co na «zewnątrz»”[2].

Mówimy, że „nie szata zdobi człowieka”, ale serce, które się ofiaruje drugiemu człowiekowi. To tym sercem dzielił się Jan z tym, którzy do niego przychodzili. Nie strój zewnętrzny interesował ludzi, ale przemiana serca, którą oferował im Jan. Chrzcił, czyli obiecywał przemianę w człowieka, który zostaje namaszczony Duchem Świętym i oblany wodą, która zmywa to co go brudzi wewnętrznie, czyli grzech, niedoskonałości, pycha, aby stał się on nowym człowiekiem, który czysty i obmyty będzie mógł tym dzielić się z innymi całym sobą. Ta właśnie „czystość wewnętrzna” pociągała tłumy, który nie patrzył na brudne odzienie Jana, ale oczekiwał nadziei oczyszczenia wewnętrznego, po to, aby dzielić się dobrym słowem z drugim człowiekiem. 

Mały czarny węgielek czuł się brudny i brzydki: jako taki przeżywał smutek i zniechęcenie: wydawało mu się, że nikt go nie potrzebuje. Postanowił więc, że się wyczyści i będzie biały. Próbował rożnych środków chemicznych i operacji chirurgicznych, ale wszystko bez skutku. – Zostań ogniem – ktoś mu doradził. Węgielek posłuchał rady i wskoczył do ognia, i stał się nowym stworzeniem, jaśniejącym i promieniującym. – spalasz się – zauważył przyjaciel. – ale daje światło i ciepło – odparł szczęśliwy i radosny węgielek[3].  

Podobnie i my, jeśli „wskoczymy” do wody chrzcielnej, to stajemy się nowym stworzeniem, jaśniejącym i promieniującym. Tymczasem dzisiaj świat idzie zupełnie w innym kierunku. Dość mocno to wyraził Jan Englert, znany nam chyba wszystkim aktor i prezentem telewizyjny. Powiedział tak: „Żyjemy w czasach, w których wszyscy się obnażamy. Zupełnie bezwstydnie. I nie mówię tu o obnażeniu fizycznym, tylko psychicznym. Mam z tym prawdziwy kłopot. Internet doprowadził nas do tego, że informujemy, co jemy, co wydalamy, gdzie jesteśmy na wakacjach i o kolejnych podbojach miłosnych. Wszystko stało się własnością publiczną. Daje to złudne poczucie, że jesteśmy obywatelami świata. Że ktoś o nas usłyszy. Ścigamy się na ilość lików, na ilość followersów. To się obecnie przekłada na castingi. Niedawno jedna z moich aktorek poszła na casting. Wyszedł pan, wywołał je nazwisko i powiedział: „Proszę pani, ale pani nie ma w ogóle followersów!”. Faktycznie nie miała, więc jej podziękowali. Casting polega teraz nie na szukaniu umiejętności, tylko polubień. Facet, który na oczach widzów zjada kocie odchody i robi inne obrzydliwe rzeczy ma pięć milionów fanów. Jego sprawa, że to robi, niech tam. Tyle, że ludzie z dużą liczbą followersów zarabiają krocie na kontraktach z firmami, które się poprzez nich reklamują. 

Kłopot polega na tym, że ilość zaczyna wygrywać z jakością tego, co robimy. Nie jest ważne, czy to co robimy ma wartość, tylko czy da się to komuś opchnąć. Poziom oferty zaczyna się dostosowywać do niewykształconej większości. Do masy. Do miernoty. Wszystko zaczyna równać w dół. Kiedyś próbowaliśmy wejść na drabiny, na których górowali mistrzowie. Teraz odwrotnie, mistrzom każe się schodzić w dół, żeby stali się dostępni dla tych, co stoją pod drabiną…”.

My chrześcijanie nie możemy podążać za „miernotą tego świata”, która stawia tylko na to, co zewnętrzne, często puste w środku. Napełnieni wewnętrznie nauką Jezusa i tym, czym nas wzmacnia, mamy podnosić poprzeczkę wymagań, zwłaszcza wobec siebie. Tak stajemy się świadkami Jezusa tu na ziemi, gdzie przyszło nam żyć, pracować, rozwijać się poddając sobie ziemię. Mamy siać pozytywną „energię” wokół siebie, która wiarą, nadzieją i miłością rozpala każde wnętrze, czyli serca ludzi wokół nas. Jeżeli św. Paweł pisał swego czasu Koryntianom, że są „listem, który znają i czytają wszyscy ludzie (2 Kor 3, 2), to dzisiaj być może napisałby do nas, chrześcijan, że jesteśmy gazetą, która Bóg codziennie wysyła dla ludzi. Ta gazeta to nie jakiś brukowiec, pełen skandali i sensacji, ale organ niosący dobrą nowinę. Zawiera nie tylko interesujące tytuły, ale też niezbędne informacje i pogłębione refleksje z dziedziny wiary i nadziei, których poszukuje świat. Aczkolwiek z natury jest ponadpartyjna i niezależna, to jednak staje zawsze po stronie Boga i Kościoła, jest głosem tych, co głosu nie mają. Nie brakuje w niej kącika humoru i rozrywki. Ukazuje się codziennie: jest rzetelnym dziennikiem, który wychodzi niezależnie od pogody i społeczno-gospodarczych uwarunkowań[4].       

Jak czytamy dziś u Ewangelisty Mateusza: „Wówczas ciągnęły do niego Jerozolima oraz cała Judea i cała okolica nad Jordanem. Przyjmowano od niego chrzest w rzece Jordanie, wyznając przy tym swe grzechy”.

Ksiądz Dariusz Michalski SJ pisze, że „słowo nawrócenie pochodzi od greckiego słowa „metanoia”. Składa się ono z dwóch słów: „meta” – przekraczać, coś wyższego, coś ponad oraz „noia” czyli wiedza. Nawrócenie jest więc przekroczeniem ludzkiego sposobu rozumowania. Jezus upomina Piotra: zejdź mi z oczu szatanie, bo nie myślisz o tym, co Boskie, ale o tym, co ludzkie. Okazuje się, że na drodze wiary możemy iść za Bogiem po ludzku. Możemy chodzić do kościoła, wykonywać znak krzyża na głowie, ramionach i sercu, możemy dużo wiedzieć o Jezusie i chrześcijaństwie, ale nasza mentalność może całkowicie różnić się od mentalności Jezusa”[5]. Jaka jest współczesna mentalność człowieka, który próbuje żyć koło siebie, jakby wirtualnie?  

Zobaczmy, że o ironio, „Meta”, czyli nowa wizja Internetu zaproponowana przez Marka Zuckerberga, ma połączyćskupiać się na stworzeniu metawszechświata, nowej wizji Internetu, która ma polegać na pomaganiu ludziom w łączeniu się, znajdowaniu społeczności i rozwijaniu firm. Wszystko oczywiście wirtualnie, a nie w kontakcie osobistym, czyli bezpośrednio z drugim człowiekiem. To rodzaj cyfrowego wszechświata, wirtualnej rzeczywistości 3D, w której zanurzają się użytkownicy, wchodząc ze sobą w kontakt, ale na bardzo podstawowym poziomie relacji, gdzie głównym tematem ma być biznes i zarabianie pieniędzy. Nie ma zatem głębszych relacji, nie ma mowy o uczuciach, emocjach, o trudach życia i wyzwaniach. Jest jedynie komunikacja, która ma zastąpić bezpośrednią relację międzyosobową. 

Osobiście czekam, aż któregoś dnia, jakiś „guru technologiczny” zaproponuje nam kiedyś wizję nie tylko Internetu, gdzie nie tylko „meta”, czyli ten wszechobecny i przekraczający ten realny, bo wirtualny świat pomoże ludziom jeszcze bardziej poznać nie tylko wiedzę (noia), ale przede wszystkim ludzkiego ducha, abyśmy nim właśnie przesiąknięci, mogli dzielić się swoim pełnym człowieczeństwem z tymi, którzy o tym człowieczeństwie zapomnieli. Ucieczka w wirtualny, bo nierzeczywisty świat, jest wycofaniem się od codzienności w świat, który tak naprawdę nie istnieje i jest jedynie namiastką prawdziwych uczuć i emocji, czyli jest tak naprawdę „nieludzki”. Brak w nim prawdziwego życia z jego radościami, ale i bolączkami, radościami i smutkami, kłopotami, które należy z odwagą rozwiązywać i grzechami z których potrzeba nam się wydostawać. Nie opierać swojej opinii i życia tylko na zewnętrznych elementach, które ubrane w reklamowe świecidełka mogą pogrążyć nasze człowieczeństwo.    

Znane jest nam wszystkim przysłowie, które mówi, że „nie szata zdobi człowieka”. Bardzo często naszą ocenę o drugim człowieku wyrabiamy sobie bardzo szybko patrząc na jego ubiór. Wkładamy przez to kogoś jakby w „szufladkę” naszego patrzenia, rozumowania i spostrzegania rzeczywistości. A kto powiedział, że to nasz sposób i interpretacji jest tym najwłaściwszym? Do tego jest potrzebna pokora, bo bez niej będzie wciąż próbowali podporządkować sobie drugą osobę. Opierając swoją opinię o innych na podstawie tylko subiektywnych odczuć, redukujmy kogoś tylko do własnej, bardzo często nieobiektywnej, bo bardzo subiektywnej ocenie. Tymczasem to „od naszej oceny zależy jednak wiele. Człowiek, który na pierwszy rzut oka wydaje się łagodny i uczciwy, może tak naprawdę być wyrachowanym oszustem lub agresywnym okrutnikiem. Ktoś taki może żerować na innych ludziach wykorzystując swój dobroduszny wygląd jak kamuflaż. Dlatego właśnie nie możemy ufać tylko temu, co widzimy. Musimy zaryzykować i poznać daną osobę lepiej i dopiero wtedy wydawać ocenę. Ocenianie bez znajomości ocenianego jest zwykle niesprawiedliwe, a na takich ocenach nam przecież nie zależy.

Patrząc w przeszłość możemy odnaleźć wiele dowodów na mylność pierwszej oceny. Żył niegdyś młody Włoch, bogacz, ale pijak i hulaka. Gdybyśmy wtedy poprawnie go ocenili, ujrzelibyśmy człowieka z zewnątrz wspaniałego i bogatego, ale w środku dostrzeglibyśmy pustkę i biedę. Po kilku latach hulaka ten zmienił się. Odrzucił zabawę i swawolę na rzecz służby Bogu. Patrząc na niego teraz jasne byłyby jego habit i bose stopy – symbolubóstwa. Wnętrze jednak zobaczylibyśmy przepełnione wiarą, dobrocią i miłością. Tak, przez cały czas chodziło mi o świętego Franciszka z Asyżu.

Wiele pięknych i mądrych myśli na temat oceniania ludzi o poznawania ich zawarł w swej książce „Mały Książę” Antoine de Saint-Exupery. Najważniejsze są słowa Lisa do Małego Księcia: „Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”. Te dwa zdania to esencja poprawnego patrzenia na drugiego człowieka. Nie kochamy przecież stroju czy wyglądu, ale wnętrze i duszę danej osoby. Czasem piękny wygląd maskuje złą i perfidną osobowość, czasem odwrotnie – wewnętrzne piękno pokrywa ohydna powłoka.

Nie ma wątpliwości, że przysłowie „Nie szata zdobi człowieka” jest trafne i prawdziwe. W literaturze, sztuce i historii, a nawet we własnym życiu, odnajdziemy wiele na to dowodów i przykładów. Atrakcyjność ciała to kwestia względna. Wygląd zmienia się w ciągu upływu lat. Charakter i piękno wewnętrzne, które są prawdziwą oznaką wartości człowieka, pozostają względnie stałe[6].

Mawia się, że nie szata zdobi człowieka,
A czymże jest nasz wygląd, 
Jak nie odzieniem duszy.
Duszy, dla której lepiej byłoby być nagą,
Bo może wtedy człowiek zerkając na człowieka
Dyskretnym spojrzeniem, widziałby wszystko.
Tą całą prawdę, co drzemie w naszym ciele.
Piękną, kolorową, wyjątkową bo o nas samych.
Nieraz niesłusznie zamkniętą w niedopasowanym ubraniu.
Lecz tej kreacji nie da się zmienić.
Jedyne co nam pozostaje to czekać chwili, gdy ktoś
Niespodziewanie, nie ważąc na szaty
Zajrzy w nasze oczy i głębię spostrzegnie.
Głębię co wyraża więcej niż piękna uroda,
Więcej niż pieniądze, sława czy ubrania.
Dająca inspirację by tworzyć coś nowego,
Nowe znajomości, nowe przyjaźnie,
Nową przyszłość, a nawet nowych nas samych…[7]

Mt 3, 1-12

W owym czasie wystąpił Jan Chrzciciel i głosił na Pustyni Judzkiej te słowa: «Nawróćcie się, bo bliskie jest królestwo niebieskie». Do niego to odnosi się słowo proroka Izajasza, gdy mówi:

«Głos wołającego na pustyni:  Przygotujcie drogę Panu, prostujcie ścieżki dla Niego». Sam zaś Jan nosił odzienie z sierści wielbłądziej i pas skórzany około bioder, a jego pokarmem była szarańcza i miód leśny. Wówczas ciągnęły do niego Jerozolima oraz cała Judea i cała okolica nad Jordanem. Przyjmowano od niego chrzest w rzece Jordanie, wyznając przy tym swe grzechy.

A gdy widział, że przychodzi do chrztu wielu spośród faryzeuszów i saduceuszów, mówił im:  «Plemię żmijowe, kto wam pokazał, jak uciec przed nadchodzącym gniewem? Wydajcie więc godny owoc nawrócenia, a nie myślcie, że możecie sobie mówić: „Abrahama mamy za ojca”, bo powiadam wam, że z tych kamieni może Bóg wzbudzić dzieci Abrahamowi. Już siekiera do korzenia drzew jest przyłożona. Każde więc drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, będzie wycięte i w ogień wrzucone. Ja was chrzczę wodą dla nawrócenia; lecz Ten, który idzie za mną, mocniejszy jest ode mnie; ja nie jestem godzien nosić Mu sandałów. On was chrzcić będzie Duchem Świętym i ogniem. Ma On wiejadło w ręku i oczyści swój omłot: pszenicę zbierze do spichrza, a plewy spali w ogniu nieugaszonym».

Nie szata zdobi człowieka[8]

Nie szata zdobi człowieka.
Nie ubranie.
Nie piękna suknia.
Nie podarty garnitur.
Nie dziurawa sukienka.
Nie elegancka marynarka.
Nie modny kapelusz czy buty
(albo ich brak).
Nie pozycja którą zajmuje.
Nie pieniądze (czy ich brak).
Ważniejsze jest to co człowiek
ma w sercu,
to kim jest,
jaki jest.
Jakimi się kieruje uczuciami,
zasadami.
To co najbardziej dla niego 
w życiu się liczy.
Własna dusza,
własna wola.
Własny rozum i serce – 
serce w darze innym oddawane.

Grudzień 2003 17.02.2004 Autobus


[1] Kazimierz Wójtowicz CT, Glosarium, Alleluja, Kraków 2007, O szatach i uczcie, ss. 418-419.

[2] Bruno Ferrero, Na zewnątrz i wewnątrz.

[3] Kazimierz Wójtowicz CT, Glosarium, Alleluja, Kraków 2007, O węgielku, s. 562. 

[4] Kazimierz Wójtowicz CT, Glosarium, Alleluja, Kraków 2007, O pewnej gazecie, s. 963.

[5] https://jezuici.pl/2018/09/rozwazania-na-adwent/

[6] https://www.bryk.pl/wypracowania/jezyk-polski/rozprawki/1003394-nie-szata-czyni-czlowieka.html

[7] https://www.cytaty.info/wiersz/mawia-sie-ze-nie-szata-zdobi-czlowieka-a.htm

[8] https://wiersze.kobieta.pl/wiersze/nie-szata-zdobi-czlowieka-480559