„Pragnienie jest połową życia. Obojętność jest połową śmierci”! 

Jezus rozpoczyna swoją działalność publiczną po otrzymanym chrzcie od Jana i 40 dniowym poście na pustyni. Swoje kroki kieruje do północnej części Galilei. Ta okolica była zamieszkana przez ludzi niewierzących. Bardzo często krytykowali i negowali jakiekolwiek praktyki religijne. Byli to jednym słowem – poganie. To dlatego słyszymy słowa: „Lud, który siedział w ciemności, ujrzał światło wielkie, i mieszkańcom cienistej krainy śmierci światło wzeszło”. 

Zatem ten lud, który miał oczy „jakby na uwięzi i był ślepy” na wszystko, co religijne, w końcu widzi światłość wielką. Światłość to Bóg, który przychodzi do nich, a nie oni do Niego, bo przecież wcale Go nie szukali. Bóg przychodzi, aby dać światło ich życiu, nadać jemu sens i pokazać wyzwolenie z ciemności. Siedzenie w mrokach grzechu prowadzi człowieka do śmierci już za życia człowieka. Dlatego Bóg szuka człowieka, aby ten nie zbłądził i nie poddał się beznadziei i marazmowi życia.    

Jak wielu dziś ludzi nie widzi sensu życia, ale także wiary w cokolwiek. Brak poczucia sensu egzystencji, to jeden z głównych problemów ludzkości. Wielu mędrców współczesnego świata zastanawia się dlaczego tak właśnie jest? Tymczasem, odpowiedź jest w „miarę prosta”, bo oddalenie się od Boga jest główną tego przyczyną. Żyjemy w świecie, gdzie mamy dostęp do bardzo wielu informacji. Przed ich napływem i bombardowaniem nasz organizm broni się jak tylko może. Brakuje ciszy, spokoju, wewnętrznej harmonii, której instynktownie pragniemy i na nią czekamy. Przy okazji widać często wśród wielu ludzi pewne zobojętnienie, które nie daje radości życia. Nie ma nic gorszego niż obojętność wobec Boga, ludzi i wydarzeń, które mają miejsce w około nas. 

Pewnego dnia mysz zauważyła, że właściciel zastawił pułapkę na myszy. Opowiedziała o tym kurczakowi, owcy i krowie. Ale wszyscy odpowiedzieli: – Pułapka na myszy to twój problem, to nie ma z nami nic wspólnego! Nieco później wąż wpadł w pułapkę na myszy – i ugryzł żonę rolnika. Próbując ją wyleczyć, zrobili rosół dla jego żony. Następnie zabili owce, aby nakarmić wszystkich, którzy przyszli odwiedzić chorą kobietę. I wreszcie zabili krowę, aby odpowiednio nakarmić gości na pogrzebie. I przez cały ten czas mysz obserwowała, co się dzieje przez dziurę w ścianie i myślała o rzeczach, które z nikim nie mają nic wspólnego[1]

Bardzo spodobał mi się tekst w niedziela.pl: Wśród wielu chorób współczesnej cywilizacji obojętność jest jedną z bardziej zaraźliwych. Wirus obojętności zaatakował już ogromną część społeczeństwa. Z jednej strony powoli umieramy na obojętność, z drugiej – zewsząd rozlega się niemy krzyk: nikomu na mnie nie zależy!

Choroba ta ujawnia się niepostrzeżenie – wystarczy, że nie zabieram głosu, przytakuję, zgadzam się na wszystko. To dobry, skuteczny sposób na bezkolizyjne życie. Usypia wrażliwość, zmysł moralny. Duchowe otępienie. Zżerani przez obojętność umieramy, a przecież do życia zostaliśmy stworzeni.

Dlaczego ludzie są obojętni? Dlaczego w potrzebie nie otrzymujemy pomocy nawet od przyjaciół czy rodziny? Odpowiedzi jest kilka.

Życie człowieka bywa trudne. Z największym wysiłkiem dźwiga on własne ciężary. Boi się każdego następnego dnia. Ucieka od każdego nowego problemu, nawet jeśli to problem nie jego, a kogoś bliskiego. Wiele razy ludzie potraktowali nas obojętnie nie dlatego, że są złymi ludźmi, a dlatego, że sami siebie nie mogą unieść. A to znieczula wrażliwość. Być może rodzi się w nich nawet strach, że każdy dodatkowy ciężar sprawi, iż utracą kontrolę nad własnym losem. Obojętność ze strachu.

Ale może też istnieć inny powód ludzkiej obojętności. Niejednokrotnie, potrzebując czyjejś pomocy, nie potrafimy czy nie chcemy o nią poprosić, nie wysyłamy jasnego sygnału o naszych kłopotach i potrzebach. Może kieruje nami wstyd, może źle rozumiana ambicja nakazuje nam mierzyć się z bólem własnymi siłami. A może po prostu zwykła duma, przeradzająca się niekiedy w zwyczajną pychę, podsuwa nam myśl: przecież ktoś powinien się domyślić, że cierpię, powinien mnie zauważyć, powinien mi pomóc. Obojętność własnej produkcji.

Jest jeszcze inny rodzaj obojętności. Zauważamy go zazwyczaj dość późno. Dostrzegamy go w innych, choć wlecze się za nami jak cień. Dosłownie cień naszego życia. Kiedy myślimy o obojętności, łatwiej nam myśleć z pretensją o innych ludziach, trudniej zaś spojrzeć wstecz i zobaczyć tych, którzy czekali na naszą pomoc, tych, których sami kiedyś minęliśmy obojętnie. Każde dobro wraca do człowieka, lecz jak ma do nas wrócić, jeśli nigdy przez nas nie zostało zrodzone? Obojętność wraca do tego, kto pozwolił jej wokół siebie zaistnieć. Obojętność rodzi obojętność.

Jest takie opowiadanie hiszpańskiego pisarza księdza Calderona (1600-1681), w którym jest mowa o tym, komu przydzielić ostatnie miejsce w piekle. Gospodarze tej „instytucji” są jednomyślni w tym względzie: owo „zaszczytne” miejsce powinien otrzymać największy z grzeszników wyczekujących na przyjęcie przed bramą piekielną. Tu jednak zaczął się problem, bo nikt z kolejki nie wydawał się jednoznacznie „godny” tego „wyróżnienia”. Dopiero gdy wysoka komisja przepytywała na tę okoliczność niepozornego człowieka stojącego z boku, całe piekło odetchnęło z ulgą. Okazało się bowiem, że właśnie ten, który – jak sam twierdził – znalazł się w tym gronie tylko przez przypadek, który niczego złego nie zrobił, ale – owszem – widział, jak ludzie ludziom byli wilkami, jak popełniali zbrodnie, ale mimo to nie reagował na to, bo go to nic nie obchodziło, bo mu było wszystko jedno (obojętne!!!) – ten właśnie zajął ostatnie miejsce w czeluściach piekielnych, zarezerwowane dla największego grzesznika![2]   

Obojętność to choroba długo utajona. Wydaje się pozornie niegroźna, nie wywołuje natychmiastowych kataklizmów. Jej destrukcyjna siła wynika jednak z faktu, że potrafi uderzyć zawsze, wszędzie, w każdego. Nie ma dla niej świętości.

Czy jest lekarstwo na ten „śmiercionośny wirus”, na tę współczesną „pandemię gatunku ludzkiego”? W poszukiwaniu szczepionki najpierw trzeba znaleźć kogoś, kto jest na daną chorobę odporny. Istnieje tylko Jeden, który nigdy nie stał się obojętny – Bóg. Zaszczepić się Bogiem. Przyjąć Jego słowo, Jego sposób patrzenia na świat, Jego pełną miłości nieobojętność wobec tych, którzy patrzą już obojętnie na Boga, na ludzi, a nawet na siebie samych.

Mój lekarz Chrystus. 

Wśród lekarzy są specjaliści od różnych chorób. Idziemy do nich, kiedy coś nam dolega. Czekamy w kolejce niepewni diagnozy. Niektórzy z nas „dorobili” się już nawet „swojego” lekarza, bo ich choroby są przewlekłe.

Kiedyś jeden pan przyszedł do lekarza i mówi do niego: – Panie doktorze, mam problem! – Jaki? – odpowiada lekarz. – To zaczyna być irytujące i ciągle łapię „doła”, bo wszyscy mnie ignorują! Na co lekarz: – Następny proszę!   

Zdarza się, że choruje nam dusza. Objawy tej choroby mogą być różne, czasem trudne do zdiagnozowania. Co wtedy robić? Do kogo iść? 

Mój lekarz: Chrystus – specjalista od duszy. Chcemy Mu opowiedzieć o swoich dolegliwościach – o zagubieniu, rozczarowaniu, samotności, obojętności, bezradności i bezduszności. Zawierzmy Mu, a On nam pomoże, wyleczy nas, uzdrowi[3].

Jedyne czego nam potrzeba, to tzw. minimum: „chęci tego uzdrowienia”! 

„Pragnienie jest połową życia. Obojętność jest połową śmierci”! 

Mt 4, 12-23

Na Jezusie spełnia się zapowiedź Izajasza

Gdy Jezus posłyszał, że Jan został uwięziony, usunął się do Galilei. Opuścił jednak Nazaret, przyszedł i osiadł w Kafarnaum nad jeziorem, na pograniczu ziem Zabulona i Neftalego. Tak miało się spełnić słowo proroka Izajasza: «Ziemia Zabulona i ziemia Neftalego, na drodze ku morzu, Zajordanie, Galilea pogan! Lud, który siedział w ciemności, ujrzał światło wielkie, i mieszkańcom cienistej krainy śmierci wzeszło światło».

Odtąd począł Jezus nauczać i mówić: «Nawracajcie się, albowiem bliskie jest królestwo niebieskie».

Przechodząc obok Jeziora Galilejskiego, Jezus ujrzał dwóch braci: Szymona, zwanego Piotrem, i brata jego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. I rzekł do nich: «Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi». Oni natychmiast, zostawiwszy sieci, poszli za Nim.

A idąc stamtąd dalej, ujrzał innych dwóch braci: Jakuba, syna Zebedeusza, i brata jego, Jana, jak z ojcem swym Zebedeuszem naprawiali w łodzi swe sieci. Ich też powołał. A oni natychmiast zostawili łódź i ojca i poszli za Nim.

I obchodził Jezus całą Galileę, nauczając w tamtejszych synagogach, głosząc Ewangelię o królestwie i lecząc wszelkie choroby i wszelkie słabości wśród ludu.

Wersja krótsza

Mt 4, 12-17

Gdy Jezus posłyszał, że Jan został uwięziony, usunął się do Galilei. Opuścił jednak Nazaret, przyszedł i osiadł w Kafarnaum nad jeziorem, na pograniczu ziem Zabulona i Neftalego. Tak miało się spełnić słowo proroka Izajasza: «Ziemia Zabulona i ziemia Neftalego, na drodze ku morzu, Zajordanie, Galilea pogan! Lud, który siedział w ciemności, ujrzał światło wielkie, i mieszkańcom cienistej krainy śmierci wzeszło światło».

Odtąd począł Jezus nauczać i mówić: «Nawracajcie się, albowiem bliskie jest królestwo niebieskie».


[1] Mnie to nie interesuje, czyli owoce obojętności

[2] Kazimierz Wójtowicz CR, Glosarium, O ostatnim miejscu w piekle, s. 617.

[3] https://www.niedziela.pl/artykul/147493/nd/Obojetnosc