Trzech Króli, Światło nadziei, Mt 2, 1-12 

Total
0
Shares

Wreszcie nadszedł dzień wystawienia jasełek. Moja siostrzenica, Kaitlinn, była tak przejęta swoją rolą, że przypuszczałem, iż to jedna z głównych, choć nic nie wspomniała na ten temat. Wszyscy rodzice już tam byli, a dzieci powoli zajmowały swoje miejsca. Widziałem pastuszków przestępujących z nogi na nogę w rogu sceny mającym przedstawiać pastwisko dla owiec. Maryja i Józef stali z powagą przy żłóbku. Z tyłu niecierpliwie czekali na swoją kolej Trzej Królowie. Kait siedziała spokojnie i pewnie na brzeżku sceny.

Nauczycielka rozpoczęła opowieść: „Dawno temu Maryja i Józef mieli dziecię i nazwali je Jezus. Kiedy się narodziło, nad stajenką pojawiła się jasno świecąca gwiazda”. Na te słowa Kait wstała, wzięła dużą gwiazdę ze srebrnej folii, ustawiła się za Maryją i Józefem i uniosła ją wysoko w górę, by wszyscy widzieli.

Kiedy nauczycielka mówiła o pasterzach, którzy przyszli zobaczyć Dzieciątko, trzej pastuszkowie wysunęli się do przodu, a Kait z zapałem wymachiwała gwiazdą w górę i w dół, żeby im wskazać drogę. Kiedy przyszła kolej na Trzech Króli, Kait wyszła im na spotkanie, a potem poprowadziła na miejsce. Jej twarz promieniała równie mocno, jak musiała to robić tamta gwiazda.

Skończyły się jasełka, a po nich poczęstunek. W drodze do domu Kait z wielkim zadowoleniem oznajmiła: – Grałam główną rolę. – Naprawdę? – spytałem, zastanawiając się, dlaczego tak sądzi. – No tak – odparła – przecież pokazywałam wszystkim, jak znaleźć Jezusa. Jakież to trafne! Ukazywać innym, jak odnaleźć Jezusa, być dla nich światłem przewodnim – to najwspanialsza rola, jaką możemy odgrywać w życiu[1].

Ta opowieść zawarła istotę Świąt Bożego Narodzenia. Szukamy Jezusa przez całe życie, a jednocześnie żyjemy z Nim i ukazujemy Go innym ludziom. To istota narodzenia w nas Jezusa, który kieruje naszymi ścieżkami życia. Przez całeżycie zdążamy do Jezusa jak Trzech Króli, którzy wyruszyli ze swojego miejsca zamieszkania, zostawili wszystko, aby ofiearować swoje dary, czyli talenty, którymi Bóg ich obdarował. Nie przestraszyli się wyzwaniami. Musieli uwierzyć gwieździe, która kierowała ich do celu. Nie bali się przeciwstawić Herodowi, który chciał ich wykorzystać, aby dotrzeć do Jezusa, aby Go zabić. Oddali to, co mieli najcenniejszego, bo ryzykowali w tej podróży w nieznane własnym życiem. To, co było jednak najważniejsze, że szli razem do Jezusa, nie oddalali się od siebie, bo tworzyli wspólnotę, która się wspierała idąc w kierunku “światła nadziei”. 

Święty Pachomiusz chciał poznać znaczenie życia i codziennie rozważał święte słowa i słowa mędrców, którzy odkryli tę tajemnicę. Pewnej nocy Pan spełnił jego życzenie i zesłał mu sen. Pachomiusz ujrzał świat jako ogromną, ciemną, wręcz czarną jaskinię. W niej to istoty ludzkie poruszały się po omacku, popychając się, raniąc, potykając się, coraz bardziej zniechęcone i przygnębione, gdyż nie potrafiły znaleźć drogi wiodącej do wyjścia. Nagle jakiś mężczyzna (albo kobieta) zapalił światełko. Było ono maleńkie, ale nie ma takiej ciemności, której by nie zwyciężyło nawet maleńkie światełko. 

Dzięki światłu zawsze można znaleźć jakąś drogę, prowadzącą do wyjścia, i dlatego wszyscy stanęli za osobą, która zapaliła światełko. Najpierw zaczęli się tłoczyć, przeszkadzając sobie wzajemnie, potem starali się ustawić jeden za drugim. Ale było ich wielu, ciemności głębokie, a światło ledwie widoczne. W końcu znaleźli odpowiednie rozwiązanie: wszyscy chwycili się za ręce. Chwyć za rękę tych, którzy są blisko ciebie, i trzymaj ich mocno, gdyż światło jest maleńkie, a ciemności coraz głębsze[2].

Trzej Królowie żyli w ciemności i dlatego poszli za światłem – Jezusem Chrystusem. Chcieli oddać pokłon małemu Dziecięciu, które miało nadać im sens ich życia. Ewangelia o Mędrcach ze Wschodu mówi nam dziś o ludziach, którzy żyli w ciemności, ale nie pogodzili się z nią. Byli uczonymi, znali gwiazdy, znali księgi, mieli wiedzę – a jednak czegoś im brakowało. Ich serca nie były spokojne. I właśnie dlatego, gdy zobaczyli światło, wyruszyli w drogę. Nie poszli za ideą. Nie poszli za teorią. Poszli za światłem, które prowadziło do Osoby – do Jezusa Chrystusa.

Ciemność, która nie zabija nadziei. Ciemność Mędrców nie była tylko brakiem światła na niebie. To była ciemność sensu. Można mieć wszystko – wiedzę, pieniądze, pozycję – a jednak nie wiedzieć, po co się żyje. Herod też żył w ciemności, ale innego rodzaju. Jego ciemność była zamknięta – pełna lęku, zazdrości i władzy. Mędrcy żyli w ciemności otwartej, która szukała odpowiedzi. I tu jest pierwsza prawda dzisiejszej Ewangelii: Nie każda ciemność oddala od Boga. Są takie ciemności, które popychają człowieka do drogi.

Pewien człowiek wracał co wieczór do domu tą samą drogą. Była długa i słabo oświetlona. Narzekał: – Dlaczego nikt nie zapali tu światła? Dlaczego zawsze jest tak ciemno? Pewnego dnia zobaczył małą latarkę leżącą na ziemi. Podniósł ją, włączył – świeciła słabo, tylko na kilka kroków przed nim. – Co mi po takim świetle? – mruknął. Ale zrobił krok. Potem drugi. I trzeci. A latarka za każdym razem oświetlała kolejny fragment drogi. Gdy dotarł do domu, zrozumiał: – Gdyby nie ta mała latarka, nigdy bym nie wyszedł z tej ciemności.

Jezus nie zawsze daje światło na całe życie. Czasem daje światło tylko na następny krok. Mędrcom nie pokazał od razu Betlejem. Najpierw dał gwiazdę. Mędrcy, gdy dotarli do Dziecięcia, upadli na twarz i oddali Mu pokłon. To bardzo ważne. Oni nie przyszli sprawdzić, czy Bóg spełni ich oczekiwania. Przyszli, by uznać, że to On jest sensem ich życia. Złoto, kadzidło i mirra nie były prezentami z grzeczności. Były wyznaniem wiary: Złoto – bo uznali w Nim Króla. Kadzidło – bo uznali w Nim Boga.Mirra – bo przyjęli prawdę, że miłość prowadzi przez krzyż.

Dallas Wiens opowiedział swoją historię przejścia przez krzyż: „Pewnego dnia malowałem kościół… a następnego obudziłem się bez twarzy. Miałem 23 lata, gdy wypadek z linią wysokiego napięcia na zawsze odmienił moje życie. Porażenie prądem przeszło przez moje ciało, paląc znaczną część twarzy. Straciłem powieki, nos, usta, a także wzrok. Obudzenie się w szpitalu z poczuciem, że fizycznie nie jestem już tą samą osobą, było ciosem, którego nie da się opisać słowami. Żyłem… ale z trudem rozpoznawałem samego siebie.

Kolejne miesiące były codzienną walką. Przeszedłem dziesiątki operacji rekonstrukcyjnych. Musiałem nauczyć się żyć w nowej rzeczywistości. Były noce pełne nieznośnego bólu i dni, w których sama myśl o wyjściu z domu mnie przerażała.Odkryłem jednak, że nie jestem sam – moja rodzina i moja mała córeczka stały się powodem, by iść dalej. Za każdym razem, gdy dotykała mojej dłoni, przypominała mi, że mam dla kogo walczyć.

W 2011 roku zostałem pierwszym człowiekiem w Stanach Zjednoczonych, który przeszedł całkowity przeszczep twarzy. Powrót do zdrowia nie był łatwy: dożywotnie leki, fizjoterapia i wyzwanie zaakceptowania nowej twarzy, która nie była moją… Ale zabieg przywrócił mi utracone funkcje — mogłem znów się uśmiechać i poczuć zapach kwiatów. To coś więcej niż odzyskanie wyglądu, było to odzyskanie tożsamości, pewności siebie i chęci do życia. Czasami nie możesz wrócić do tego, kim byłeś… ale po drodze możesz odkryć kogoś silniejszego.

Pewna kobieta powiedziała kiedyś: – Nie przyszłam do kościoła, bo wszystko rozumiałam. Przyszłam, bo nie rozumiałam już nic. Było mi ciemno. Przyszła zmęczona, zraniona, bez wielkich modlitw. Usiadła w ławce i tylko powiedziała w sercu: – Boże, jeśli jesteś, pokaż mi drogę. Nie wydarzył się cud od razu. Ale po czasie powiedziała: – Moje życie się nie uprościło. Ale przestało być bez sensu. Tak właśnie działa gwiazda. Nie usuwa wszystkich problemów. Ale prowadzi do Jezusa. Mędrcy nie bali się ciemności, bo uwierzyli światłu. Nie bali się drogi, bo wiedzieli, do Kogo idą. Dziś każdy z nas jest trochę jak Trzej Królowie: idziemy z pytaniami, z niepokojem serca, z pragnieniem sensu. Jeśli w twoim życiu jest ciemno – to jeszcze nie koniec. To może być początek drogi. Bo kto idzie za światłem Chrystusa, nawet w nocy, zawsze dojdzie do Betlejem.

Mt 2, 1-12

Pokłon mędrców ze Wschodu

Gdy Jezus narodził się w Betlejem w Judei za panowania króla Heroda, oto mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali: «Gdzie jest nowo narodzony Król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem Jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać Mu pokłon».

Skoro to usłyszał król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima. Zebrał więc wszystkich arcykapłanów i uczonych ludu i wypytywał ich, gdzie ma się narodzić Mesjasz. Ci mu odpowiedzieli: «W Betlejem judzkim, bo tak zostało napisane przez Proroka: A ty, Betlejem, ziemio Judy, nie jesteś zgoła najlichsze spośród głównych miast Judy, albowiem z ciebie wyjdzie władca, który będzie pasterzem ludu mego, Izraela».

Wtedy Herod przywołał potajemnie mędrców i wywiedział się od nich dokładnie o czas ukazania się gwiazdy. A kierując ich do Betlejem, rzekł: «Udajcie się tam i wypytajcie starannie o Dziecię, a gdy Je znajdziecie, donieście mi, abym i ja mógł pójść i oddać Mu pokłon». Oni zaś, wysłuchawszy króla, ruszyli w drogę.

A oto gwiazda, którą widzieli na Wschodzie, postępowała przed nimi, aż przyszła i zatrzymała się nad miejscem, gdzie było Dziecię. Gdy ujrzeli gwiazdę, bardzo się uradowali. Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; padli na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę.

A otrzymawszy we śnie nakaz, żeby nie wracali do Heroda, inną drogą udali się z powrotem do swojego kraju.


[1] Autor nieznany, Główna rola w jasełkach, https://adonai.pl/opowiadania/duchowe/?id=240

[2] Bruno Ferrero, Jak pustelnik Pachomiusz poznał tajemnicę znaczenia życia, 

Total
0
Shares
(fot . Waiting For The Word / flickr.com / CC BY 2.0)

Chrzest Pański, Talent i powołanie, Mt 3, 13-17

Co roku w niedzielę po Objawieniu Pańskim (Trzech Króli) obchodzimy Święto Chrztu Chrystusa. Niedziela ta otwiera w liturgii…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Może spodoba Ci się też...