Wielki Piątek jest „dziwnym dniem”. Nie ma Mszy świętej. Ołtarz jest pusty. Kościół milczy.
W centrum zostaje tylko krzyż. Krzyż – narzędzie śmierci. A jednak dla chrześcijan stał się znakiem życia. Dlaczego? Bo na krzyżu widać jedną rzecz bardzo wyraźnie: Bóg nie uciekł od ludzkiego cierpienia. On wszedł w sam jego środek. Nie patrzy na nasze rany z daleka. On je nosi. Krzyż mówi: Bóg zna ból zdrady. Zna samotność. Zna niesprawiedliwość. Zna cierpienie ciała i serca. I właśnie dlatego krzyż nie jest tylko znakiem śmierci. Krzyż jest miejscem, gdzie miłość nie uciekła.
Starszy mężczyzna przychodził codziennie do szpitala. Rano. Zawsze o tej samej godzinie. Siadał przy łóżku swojej żony. Była chora na Alzheimera. Nie poznawała go od kilku lat. Pielęgniarka zapytała go kiedyś: „Po co pan codziennie przychodzi? Ona przecież nie wie, kim pan jest.” Mężczyzna uśmiechnął się spokojnie i odpowiedział: „Ona nie wie, kim ja jestem. Ale ja wiem, kim ona jest.” I dalej siedział przy jej łóżku. Trzymał ją za rękę. Czasem coś do niej mówił. To jest mały obraz krzyża. Miłość, która zostaje, nawet kiedy wszystko mówi: odejdź. Jezus na krzyżu też mógł odejść. Ale został[1].
Pewien stary stolarz robił kiedyś krzyże do kościoła. Przyszedł do niego młody chłopak i zapytał: „Dlaczego ksiądz kazał zrobić taki duży krzyż? Przecież to tylko symbol.” Stolarz nic nie powiedział. Podał chłopakowi ciężką belkę. „Podnieś ją.” Chłopak próbował. Była ciężka. Po chwili powiedział: „Nie dam rady długo tego trzymać.” Stolarz spojrzał na niego i powiedział spokojnie: „A On niósł to przez drogę całego miasta.” Krzyż przestał być dla chłopaka symbolem. Stał się czyimś ciężarem. Wielki Piątek przypomina nam jedną rzecz:
nasze życie też ma swoje belki[2]. Choroba. Samotność. Niezrozumienie. Ciężar rodziny. Ciężar odpowiedzialności. I czasem człowiek mówi: „Boże, dlaczego?” Krzyż nie daje łatwej odpowiedzi. Ale pokazuje coś ważniejszego: Bóg ten ciężar zna.
W jednym miasteczku mieszkał ksiądz, którego ludzie bardzo krytykowali. Plotki. Ocenianie. Słowa rzucane za plecami. Po kilku latach ktoś zapytał go: „Dlaczego ksiądz nigdy nie odpowiada? Nie broni się?” Ksiądz uśmiechnął się i powiedział: „Czasem człowiek musi trochę postać pod krzyżem, żeby zrozumieć Jezusa.” Nie chodziło o to, że cierpienie jest dobre. Cierpienie zawsze boli. Ale czasem krzyż uczy czegoś bardzo ważnego: pokory i miłości większej niż zranienie[3].
Co więc mówi nam krzyż dzisiaj? Krzyż mówi trzy rzeczy. Pierwsza: Bóg jest blisko tam, gdzie boli. Druga: Miłość jest prawdziwa dopiero wtedy, gdy kosztuje. I trzecia – najważniejsza: krzyż nie jest końcem historii. Bo za krzyżem przychodzi poranek. Na razie jest cisza Wielkiego Piątku. Cisza grobu. Cisza serca. Ale chrześcijanin wie jedno: Bóg potrafi wyprowadzić życie nawet z krzyża. Dlatego dziś, kiedy podejdziemy, żeby ucałować krzyż, nie całujemy tylko kawałka drewna. Całujemy miłość, która nie uciekła. Miłość, która została do końca. I która mówi do każdego z nas: „Nie jesteś sam ze swoim krzyżem.”
Na środku naszego kościoła stoi dziś krzyż. Nie ma kwiatów. Nie ma światła Wielkanocy. Jest cisza. Krzyż zawsze trochę nas zatrzymuje. Bo patrząc na niego, człowiek widzi coś bardzo ludzkiego: ból, niesprawiedliwość, samotność, łzy, otchłań ciemności. Ale chrześcijanin patrzy na krzyż inaczej. Nie tylko jak na miejsce śmierci. Patrzy na niego jak na miejsce miłości, która nie uciekła.
Pewnego dnia mały chłopiec wszedł do starego kościoła razem z dziadkiem. Na ścianie wisiał duży krzyż. Chłopiec długo patrzył na Jezusa przybitego do drewna. W końcu zapytał: „Dziadku… dlaczego oni Go zabili?” Dziadek nie odpowiedział od razu. Usiadł w ławce i powiedział spokojnie: „Bo ludzie często boją się miłości, która mówi prawdę.” Chłopiec dalej patrzył na krzyż. Po chwili zapytał: „A dlaczego On nie uciekł?” Dziadek odpowiedział: „Bo kochał.” Chłopiec zmarszczył czoło. „Ale przecież mógł zejść z krzyża.” Dziadek pokiwał głową. „Mógł. Ale wtedy nie wiedzielibyśmy, jak bardzo Bóg nas kocha.”
Chłopiec jeszcze chwilę patrzył na krzyż. A potem powiedział bardzo cicho: „To znaczy… że On tam został dla mnie?” Dziadek tylko skinął głową. I w tym jednym pytaniu dziecka jest cała tajemnica Wielkiego Piątku. Jezus został na krzyżu dla ciebie. Nie dla tłumu. Nie dla historii. Nie dla idei. Dla ciebie. Bo miłość zawsze jest osobista.
Pewien człowiek nosił na szyi mały krzyżyk. Ktoś zapytał go kiedyś: „Dlaczego go nosisz? To tylko symbol.” Człowiek odpowiedział: „To nie symbol. To przypomnienie.” „Czego?” „Że kiedy życie staje się ciężkie, Bóg już tam był przede mną.” Krzyż nie jest dekoracją. Krzyż jest miejscem, gdzie Bóg przeszedł przez najciemniejszą noc człowieka. Dlatego kiedy człowiek cierpi, nie idzie w nieznane. Idzie drogą, którą Jezus już przeszedł.
Pewien kapłan zapytał dzieci na katechezie: „Dlaczego Jezus umarł na krzyżu?” Dzieci zaczęły odpowiadać: „Za nasze grzechy.” „Żeby nas zbawić.” „Bo tak chciał Bóg.” Jedno dziecko siedziało cicho. Kapłan zapytał je: „A ty co myślisz?” Chłopiec powiedział bardzo prosto: „Bo nas bardzo kochał.” Czasem dzieci rozumieją Ewangelię najlepiej.
Kiedy patrzymy dziś na krzyż Jezusa, widzimy cierpienie. Ale Ewangelia chce nam powiedzieć coś głębszego. Krzyż jest przede wszystkim dowodem miłości Boga do człowieka. Św. Paweł napisał: „Chrystus umiłował mnie i wydał za mnie samego siebie”. Nie ogólnie za świat. Za mnie. Za każdego z nas. Ale kiedy słuchamy o krzyżu, wielu ludzi myśli: „To była historia Jezusa”. Tymczasem krzyż bardzo często stoi także w naszym życiu. Czasem jest to choroba. Czasem trudna relacja. Czasem samotność. Czasem niesprawiedliwość. Czasem ciężar odpowiedzialności za rodzinę. I wtedy człowiek pyta: „Dlaczego?” Krzyż Jezusa nie zawsze daje odpowiedź na pytanie „dlaczego”. Ale daje odpowiedź na pytanie „kto jest ze mną w tym wszystkim”.
W jednym miasteczku mieszkał nauczyciel. Był spokojnym człowiekiem, którego dzieci bardzo lubiły. Każdego dnia po lekcjach zostawał w klasie trochę dłużej. Sprawdzał zeszyty, przygotowywał kolejne zajęcia. Pewnego dnia zauważył chłopca siedzącego samemu w ławce. Inne dzieci już wyszły. Chłopiec miał spuszczoną głowę i widać było, że coś go martwi. Nauczyciel usiadł obok i zapytał: „Dlaczego jesteś taki smutny?” Chłopiec długo milczał. W końcu powiedział: „Bo życie jest niesprawiedliwe.” Nauczyciel nie odpowiedział od razu. Po chwili powiedział: „Chodź ze mną.”
Zaprowadził chłopca do małego magazynu przy szkole. Stała tam stara, ciężka skrzynia z książkami. Nauczyciel powiedział: „Podnieś ją.” Chłopiec spróbował. Skrzynia była bardzo ciężka. „Nie dam rady” – powiedział po chwili. Nauczyciel wtedy podszedł, chwycił skrzynię razem z nim i powiedział: „Spróbujmy razem.” Tym razem udało się ją przesunąć. Nauczyciel spojrzał na chłopca i powiedział spokojnie: „Widzisz… czasem ciężar jest zbyt duży dla jednego człowieka. Ale kiedy ktoś stoi obok, staje się możliwy do uniesienia.” Chłopiec zapytał: „A kto stoi obok nas w życiu?” Nauczyciel odpowiedział: „Bóg. Czasem przez drugiego człowieka. Czasem przez cichą siłę w sercu. Ale nigdy nie zostawia człowieka samego z jego ciężarem.”
I właśnie to widzimy na krzyżu Jezusa. Bóg nie patrzy z daleka na ludzkie cierpienie. On wchodzi w sam jego środek. Dlatego kiedy człowiek niesie swój krzyż, nie idzie samotnie. Chrystus już przeszedł tę drogę. I jeszcze jedno. Krzyż Jezusa pokazuje nam coś bardzo ważnego: największą siłą świata nie jest przemoc ani władza – ale miłość, która potrafi cierpieć dla drugiego. Dlatego Wielki Piątek jest trudnym dniem. Ale jednocześnie jest dniem nadziei. Bo jeśli miłość była silniejsza niż krzyż Jezusa, to znaczy, że także nasze krzyże nie są ostatnim słowem Boga o człowieku.
Wielki Piątek nie jest tylko wspomnieniem cierpienia. To dzień, w którym Bóg mówi: Nie ma takiego bólu, w który bym nie wszedł. Nie ma takiej samotności, której bym nie znał. Nie ma takiego krzyża, którego bym nie niósł razem z tobą. Dlatego chrześcijanie nie uciekają od krzyża. Bo wiedzą, że na końcu krzyża nie stoi śmierć. Na końcu krzyża stoi miłość silniejsza niż śmierć. Za dwa dni zobaczymy pusty grób. Ale dzisiaj zatrzymujemy się przy krzyżu. Bo dopiero ten, kto stanął pod krzyżem, naprawdę rozumie Wielkanoc.
Był młody chłopak, który nosił na szyi mały, drewniany krzyżyk. Dostał go od dziadka. Nosił go bardziej z przyzwyczajenia niż z wiary. Pewnego dnia wracał późno do domu. Był zmęczony, wkurzony na wszystko. Zdjął krzyżyk i rzucił na stół. „Na co mi to? I tak nic nie zmienia” – mruknął. Następnego dnia wyszedł bez niego. W pracy wszystko go drażniło. Ludzie, hałas, tempo. Ktoś go niesprawiedliwie ocenił. Ktoś inny go zignorował. Wracał jeszcze bardziej zły niż zwykle.
Po drodze zobaczył starszego człowieka, który próbował podnieść ciężką torbę. Zatrzymał się na chwilę. W głowie miał myśl: „Nie mam czasu”. Ale coś go zatrzymało. Podszedł. Pomógł. Starszy pan uśmiechnął się i powiedział tylko: „Dziękuję. Małe rzeczy robią wielką różnicę”. Chłopak poszedł dalej. I nagle poczuł… spokój. Taki prosty. Cichy. Inny niż wszystko wcześniej.
Wieczorem wrócił do domu. Zobaczył krzyżyk na stole. Wziął go do ręki i długo patrzył. I wtedy zrozumiał: krzyżyk sam w sobie nic nie robi. Ale przypomina, kim masz być. Założył go z powrotem. Od tego dnia jego życie się nie zmieniło. Dalej było trudno. Ale on zaczął się zmieniać. Krzyż nie zabiera problemów. On przypomina, jak je przeżywać.
Dziś mam dla Was niespodziankę. Mały krzyżyk. Otrzyma Go każdy z Was, który podjedzie adrować Krzyż. Otrzymacie Go, nie po to, żeby tylko wisiał na waszej szyji, czy też na ścianie albo leżał w kieszeni. On ma przypominać o czymś bardzo konkretnym. O tym, że nie jesteś sam. Nawet wtedy, kiedy jest ciężko. Nawet wtedy, kiedy wszystko się sypie. Ma on przypominać, że miłość to nie są słowa, tylko codzienne decyzje. Czasem trudne. Czasem kosztujące. Ma przypominać, żeby się zatrzymać. Zanim coś powiesz. Zanim kogoś zranisz. Zanim się poddasz. I jeszcze jedno. Ten mały krzyżyk ma przypominać, że największe rzeczy zaczynają się od małych kroków. Od jednego dobrego słowa. Od jednego gestu. Od jednego „przepraszam”. Weź go ze sobą. Niech nie będzie ozdobą. Niech będzie znakiem. Znakiem tego, że miłość kosztuje, ale ma sens. Znakiem, że nie uciekasz od trudnych rzeczy, tylko je podejmujesz. Znakiem, że w chwilach, kiedy najłatwiej zamknąć serce, Ty próbujesz je otworzyć. Znakiem, że Bóg jest blisko, nawet jeśli Go nie czujesz. I jeszcze prościej: To ma być znak, że chcesz żyć inaczej – bardziej prawdziwie, bardziej dla innych, bardziej z Bogiem, który jest miłością.
Pewien człowiek modlił się codziennie: „Panie Boże, zabierz ten krzyż z mojego życia”. I nic się nie zmieniało. Problemy te same. Ludzie ci sami. Ból ten sam. Pewnego dnia, zmęczony, powiedział już bez siły: „Nie mam już siły walczyć…”. I wtedy przyszła myśl – prosta, ale inna niż wszystkie: „A spróbuj przestać walczyć… i zacznij nieść”. Od tego dnia nic na zewnątrz się nie zmieniło. Krzyż dalej był ten sam. Ale on przestał się z nim szarpać. Zaczął iść spokojniej. Przestał pytać „dlaczego ja?”, a zaczął pytać „co mogę z tym zrobić?”. I nagle okazało się, że krzyż… nie zniknął, ale przestał go niszczyć[4]. „Słowo o krzyżu jest mocą Bożą…” (1 Kor 1,18) Krzyż nie zawsze znika. Ale może stać się siłą – jeśli przestaniesz z nim walczyć, a zaczniesz iść razem z Chrystusem. Krzyż to nie kara. Krzyż to życie – takie, jakie jest. Nie wszystko wybierasz, ale możesz wybrać, jak to uniesiesz. I często dopiero z czasem widzisz, że to, co wydawało się za ciężkie, było dokładnie na twoją miarę.
Kiedy patrzymy na krzyż, łatwo widzieć tylko cierpienie. Drzewo, gwoździe, ból. A Kościół mówi coś zupełnie odwrotnego: „Krzyżu Chrystusa, bądźże pochwalony”. Dlaczego? Bo to nie jest już znak porażki. To jest znak miłości, która poszła do końca. Na krzyżu Jezus nie przegrał życia. On oddał je za nas. I dlatego krzyż nie jest tylko czymś, co trzeba nieść. Krzyż jest miejscem, gdzie człowiek może zrozumieć, ile jest wart w oczach Boga. Dziś śpiewamy: „Krzyżu Chrystusa, bądźże pochwalony…” Spróbuj powiedzieć to nie tylko ustami. Powiedz to swoim życiem.
+ – słowa Chrystusa
E. – słowa Ewangelisty
I. – słowa innych osób pojedynczych
T. – słowa kilku osób lub tłumu
J 18, 1 – 19, 42
Męka naszego Pana Jezusa Chrystusa
Pojmanie Jezusa
E. Po wieczerzy Jezus wyszedł z uczniami swymi za potok Cedron. Był tam ogród, do którego wszedł On i Jego uczniowie. Także i Judasz, który Go wydał, znał to miejsce, bo Jezus i uczniowie Jego często się tam gromadzili. Judasz, otrzymawszy kohortę oraz strażników od arcykapłanów i faryzeuszów, przybył tam z latarniami, pochodniami i bronią. A Jezus, wiedząc o wszystkim, co miało na Niego przyjść, wyszedł naprzeciw i rzekł do nich: + Kogo szukacie? E. Odpowiedzieli Mu: T. Jezusa z Nazaretu. E. Rzekł do nich Jezus: + Ja jestem. E. Również i Judasz, który Go wydał, stał między nimi. Skoro więc Jezus rzekł do nich: Ja jestem, cofnęli się i upadli na ziemię. Powtórnie ich zapytał: + Kogo szukacie? E. Oni zaś powiedzieli: T. Jezusa z Nazaretu. E. Jezus odrzekł: + Powiedziałem wam, że Ja jestem. Jeżeli więc Mnie szukacie, pozwólcie tym odejść. E. Stało się tak, aby się wypełniło słowo, które wypowiedział: Nie utraciłem żadnego z tych, których Mi dałeś. Wówczas Szymon Piotr, który miał miecz, dobył go, uderzył sługę arcykapłana i odciął mu prawe ucho. A słudze było na imię Malchos. Na to rzekł Jezus do Piotra: + Schowaj miecz do pochwy. Czyż nie mam wypić kielicha, który Mi podał Ojciec?
Przed Annaszem. Zaparcie się Piotra
E. Wówczas kohorta oraz trybun razem ze strażnikami żydowskimi pojmali Jezusa, związali Go i zaprowadzili najpierw do Annasza. Był on bowiem teściem Kajfasza, który owego roku pełnił urząd arcykapłański. Właśnie Kajfasz poradził Żydom, że lepiej jest, aby jeden człowiek zginął za naród.
A szedł za Jezusem Szymon Piotr razem z innym uczniem. Uczeń ten był znany arcykapłanowi i dlatego wszedł za Jezusem na dziedziniec pałacu arcykapłana, natomiast Piotr zatrzymał się przed bramą, na zewnątrz. Wszedł więc ów drugi uczeń, znany arcykapłanowi, pomówił z odźwierną i wprowadził Piotra do środka. A służąca odźwierna rzekła do Piotra: I. Czy może i ty jesteś jednym spośród uczniów tego człowieka? E. On odpowiedział: I. Nie jestem. E. A że było zimno, strażnicy i słudzy, rozpaliwszy ognisko, stali przy nim i grzali się. Wśród nich stał także Piotr i grzał się przy ogniu.
Arcykapłan więc zapytał Jezusa o Jego uczniów i o Jego naukę. Jezus mu odpowiedział: + Ja przemawiałem jawnie przed światem. Nauczałem zawsze w synagodze i w świątyni, gdzie się gromadzą wszyscy Żydzi. Potajemnie zaś nie nauczałem niczego. Dlaczego Mnie pytasz? Zapytaj tych, którzy słyszeli, co im mówiłem. Przecież oni wiedzą, co powiedziałem. E. Gdy to rzekł, jeden ze sług stojących obok spoliczkował Jezusa, mówiąc: I. Tak odpowiadasz arcykapłanowi? E. Odrzekł mu Jezus: + Jeżeli źle powiedziałem, udowodnij, co było złego. A jeżeli dobrze, to dlaczego Mnie bijesz? E. Następnie Annasz wysłał Go związanego do arcykapłana Kajfasza.
A Szymon Piotr stał i grzał się przy ogniu. Powiedzieli wówczas do niego: T. Czy i ty nie jesteś jednym z Jego uczniów? E. On zaprzeczył, mówiąc: I. Nie jestem. E. Jeden ze sług arcykapłana, krewny tego, któremu Piotr odciął ucho, rzekł: I. Czyż nie ciebie widziałem razem z Nim w ogrodzie? E. Piotr znowu zaprzeczył i zaraz zapiał kogut.
Przed Piłatem
Od Kajfasza zaprowadzili Jezusa do pretorium. A było to wczesnym rankiem. Oni sami jednak nie weszli do pretorium, aby się nie skalać i móc spożyć Paschę. Dlatego Piłat wyszedł do nich na zewnątrz i rzekł: I. Jaką skargę wnosicie przeciwko temu człowiekowi? E. W odpowiedzi rzekli do niego: T. Gdyby to nie był złoczyńca, niewydalibyśmy Go tobie. E. Piłat więc rzekł do nich: I. Weźcie Go sobie i osądźcie według swojego prawa. E. Odpowiedzieli mu Żydzi: T. Nam nie wolno nikogo zabić. E. Tak miało się spełnić słowo Jezusa, w którym zapowiedział, jaką śmiercią miał umrzeć.
Przesłuchanie
Wtedy Piłat powtórnie wszedł do pretorium, a przywoławszy Jezusa, rzekł do Niego: I. Czy Ty jesteś Królem żydowskim? E. Jezus odpowiedział: + Czy to mówisz od siebie, czy też inni powiedzieli ci o Mnie? E. Piłat odparł: I. Czy ja jestem Żydem? Naród Twój i arcykapłani wydali mi Ciebie. Co uczyniłeś? E. Odpowiedział Jezus: + Królestwo moje nie jest z tego świata. Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi biliby się, abym nie został wydany Żydom. Teraz zaś królestwo moje nie jest stąd. E. Piłat zatem powiedział do Niego: I. A więc jesteś królem? E. Odpowiedział Jezus: + Tak, jestem królem. Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, kto jest z prawdy, słucha mojego głosu. E. Rzekł do Niego Piłat: I. Cóż to jest prawda? E. To powiedziawszy, wyszedł ponownie do Żydów i rzekł do nich: I. Ja nie znajduję w Nim żadnej winy. Jest zaś u was zwyczaj, że na Paschę uwalniam wam jednego więźnia. Czy zatem chcecie, abym wam uwolnił Króla żydowskiego? E. Oni zaś powtórnie zawołali: T. Nie tego, lecz Barabasza! E. A Barabasz był rozbójnikiem.
„Oto człowiek”
Wówczas Piłat zabrał Jezusa i kazał Go ubiczować. A żołnierze, uplótłszy koronę z cierni, włożyli Mu ją na głowę i okryli Go płaszczem purpurowym. Potem podchodzili do Niego i mówili: T. Witaj, Królu żydowski! E. I policzkowali Go. A Piłat ponownie wyszedł na zewnątrz i przemówił do nich: I. Oto wyprowadzam Go wam na zewnątrz, abyście poznali, że ja nie znajduję w Nim żadnej winy. E. Jezus więc wyszedł na zewnątrz w koronie cierniowej i płaszczu purpurowym. Piłat rzekł do nich: I. Oto Człowiek. E. Gdy Go ujrzeli arcykapłani i słudzy, zawołali: T. Ukrzyżuj! Ukrzyżuj! E. Rzekł do nich Piłat: I. Zabierzcie Go i sami ukrzyżujcie! Ja bowiem nie znajduję w Nim winy. E. Odpowiedzieli mu Żydzi: T. My mamy Prawo, a według Prawa powinien On umrzeć, bo sam siebie uczynił Synem Bożym.
E. Gdy Piłat usłyszał te słowa, jeszcze bardziej się uląkł. Wszedł znów do pretorium i zapytał Jezusa: I. Skąd Ty jesteś? E. Jezus jednak nie dał mu odpowiedzi. Rzekł więc Piłat do Niego: I. Nie chcesz ze mną mówić? Czy nie wiesz, że mam władzę uwolnić Ciebie i mam władzę Ciebie ukrzyżować? E. Jezus odpowiedział: + Nie miałbyś żadnej władzy nade Mną, gdyby ci jej nie dano z góry. Dlatego większy grzech ma ten, który Mnie wydał tobie. E. Odtąd Piłat usiłował Go uwolnić. Żydzi jednak zawołali: T. Jeżeli Go uwolnisz, nie jesteś przyjacielem cezara. Każdy, kto się czyni królem, sprzeciwia się cezarowi.
Wyrok
E. Gdy więc Piłat usłyszał te słowa, wyprowadził Jezusa na zewnątrz i zasiadł na trybunale, na miejscu zwanym Lithostrotos, po hebrajsku Gabbata. Był to dzień Przygotowania Paschy, około godziny szóstej. I rzekł do Żydów: I. Oto wasz król! E. A oni krzyczeli: T. Precz! Precz! Ukrzyżuj Go! E. Piłat powiedział do nich: I. Czyż króla waszego mam ukrzyżować? E. Odpowiedzieli arcykapłani: T. Poza cezarem nie mamy króla. E. Wtedy więc wydał Go im, aby Go ukrzyżowano.
Droga krzyżowa i ukrzyżowanie
Zabrali zatem Jezusa. A On sam, dźwigając krzyż, wyszedł na miejsce zwane Miejscem Czaszki, które po hebrajsku nazywa się Golgota. Tam Go ukrzyżowano, a z Nim dwóch innych, z jednej i drugiej strony, pośrodku zaś Jezusa. Wypisał też Piłat tytuł winy i kazał go umieścić na krzyżu. A było napisane: Jezus Nazarejczyk, Król żydowski. Napis ten czytało wielu Żydów, ponieważ miejsce, gdzie ukrzyżowano Jezusa, było blisko miasta. A było napisane w języku hebrajskim, łacińskim i greckim. Arcykapłani żydowscy mówili do Piłata: T. Nie pisz: Król żydowski, ale że On powiedział: Jestem Królem żydowskim. E. Odparł Piłat: I. Com napisał, napisałem.
E. Żołnierze zaś, gdy ukrzyżowali Jezusa, wzięli Jego szaty i podzielili na cztery części, dla każdego żołnierza jedna część; wzięli także tunikę. Tunika zaś nie była szyta, ale cała tkana od góry do dołu. Mówili więc między sobą: T. Nie rozdzierajmy jej, ale rzućmy o nią losy, do kogo ma należeć. E. Tak miały się wypełnić słowa Pisma: Podzielili między siebie szaty moje, a o moją suknię rzucili losy. To właśnie uczynili żołnierze.
Testament dany z krzyża
A obok krzyża Jezusowego stały: Matka Jego i siostra Matki Jego, Maria, żona Kleofasa, i Maria Magdalena. Kiedy więc Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: + Niewiasto, oto syn Twój. E. Następnie rzekł do ucznia: + Oto Matka twoja. E. I od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie.
Śmierć Jezusa
Potem Jezus, świadom, że już wszystko się dokonało, aby się wypełniło Pismo, rzekł: + Pragnę. E. Stało tam naczynie pełne octu. Nałożono więc na hizop gąbkę nasączoną octem i do ust Mu podano. A gdy Jezus skosztował octu, rzekł: + Dokonało się! E. I skłoniwszy głowę, oddał ducha.
Wszyscy klękają i przez chwilę zachowują milczenie.
Przebicie serca
Ponieważ był to dzień Przygotowania, aby zatem ciała nie pozostawały na krzyżu w szabat – ów bowiem dzień szabatu był wielkim świętem – Żydzi prosili Piłata, żeby ukrzyżowanym połamano golenie i usunięto ich ciała. Przyszli więc żołnierze i połamali golenie tak pierwszemu, jak i drugiemu, którzy z Nim byli ukrzyżowani. Lecz gdy podeszli do Jezusa i zobaczyli, że już umarł, nie łamali Mu goleni, tylko jeden z żołnierzy włócznią przebił Mu bok, a natychmiast wypłynęła krew i woda. Zaświadczył to ten, który widział, a świadectwo jego jest prawdziwe. On wie, że mówi prawdę, abyście i wy wierzyli. Stało się to bowiem, aby się wypełniło Pismo: Kość jego nie będzie złamana. I znowu w innym miejscu mówi Pismo: Będą patrzeć na Tego, którego przebili.
Złożenie Jezusa do grobu
Potem Józef z Arymatei, który był uczniem Jezusa, lecz krył się z tym z obawy przed Żydami, poprosił Piłata, aby mógł zabrać ciało Jezusa. A Piłat zezwolił. Poszedł więc i zabrał Jego ciało. Przybył również i Nikodem, ten, który po raz pierwszy przyszedł do Jezusa nocą, i przyniósł około stu funtów mieszaniny mirry i aloesu. Zabrali więc ciało Jezusa i owinęli je w płótna razem z wonnościami, stosownie do żydowskiego sposobu grzebania. A w miejscu, gdzie Go ukrzyżowano, był ogród, w ogrodzie zaś nowy grób, w którym jeszcze nie złożono nikogo. Tam to więc, ze względu na żydowski dzień Przygotowania, złożono Jezusa, bo grób znajdował się w pobliżu.
[1] Opowiadanie pt. “Człowiek przy szpitalnym łóżku”
[2] Opowiadanie pt. „Historia o krzyżu z warsztatu”
[3] Opowiadanie pt. “Historia z małego miasteczka”
[4] Krzyż, który nie zniknął









