Jan Chrzciciel nie wygłasza długiego kazania. Wskazuje palcem i mówi jedno zdanie, które zmienia historię: „Oto Baranek Boży”. Nie mówi: zobaczcie proroka, zobaczcie cudotwórcę, ale Baranka – Tego, który nie zwycięża przemocą, lecz miłością; nie krzykiem, lecz oddaniem życia. A potem dodaje coś jeszcze ważniejszego: „Ja to widziałem i daję świadectwo, że On jest Synem Bożym.” To jest serce dzisiejszej Ewangelii: świadectwo. Nie teoria. Nie definicja. Doświadczenie spotkania.
Baranek nie budzi lęku. Baranek pozwala się dotknąć. Baranek jest bezbronny. Takim wybiera się Bóg. Jan mówi: To On gładzi grzech świata – nie mieczem, nie potępieniem, ale miłością, która bierze ciężar na siebie. Pewien chłopiec zapytał dziadka: – Dlaczego w kościele Jezus jest zawsze taki spokojny? Dziadek odpowiedział: – Bo On nie przyszedł straszyć ludzi, tylko ich przytulać. Chłopiec pomyślał chwilę i dodał: – To dlatego ludzie się Go nie boją… tylko czasem się Go wstydzą. Baranek obnaża prawdę o nas. Pokazuje, że grzech nie jest silniejszy od miłości – ale miłość zawsze kosztuje.
Jan Chrzciciel mówi: „Ja Go wcześniej nie znałem”. To ważne zdanie. Świadek nie musi wiedzieć wszystkiego od początku. Wystarczy, że rozpozna Boga, gdy przechodzi przez jego życie. Jan widzi Ducha zstępującego jak gołębica. Widzi znak. Ale nie zatrzymuje go dla siebie. Mówi innym: To jest On. Świadectwo zawsze prowadzi do Jezusa, a nie do nas samych. Pewna kobieta przez lata nosiła w portfelu małą kartkę. Było na niej jedno zdanie: „Bóg był przy mnie, gdy wszyscy inni odeszli.” Ktoś zapytał: – Dlaczego ją pani nosi? Odpowiedziała: – Żeby pamiętać… i żeby kiedyś ktoś zapytał. Świadectwo nie polega na mówieniu wszystkiego. Czasem polega na byciu znakiem, który rodzi pytania.
Jan Chrzciciel nie jest doskonały. Ma swoje wątpliwości. Ale jest uczciwy w wierze. Mówi to, co widział i czego doświadczył. I to wystarcza. Świadek wiary to nie ktoś, komu zawsze jest łatwo. To ktoś, kto w trudzie nie rezygnuje z dobra. To ktoś, kto w cierpieniu nie traci nadziei. To ktoś, kto w grzechu wraca. Pewien nauczyciel zapytał uczniów: – Kto jest święty? Dzieci długo milczały. W końcu jedno powiedziało: – Święty to ktoś, kto upada, ale wstaje szybciej niż inni. Tak wygląda świadectwo życia.
Nie każdy stanie na ambonie jak Jan Chrzciciel. Ale każdy może być świadkiem w małych przestrzeniach codzienności: w rodzinie – gdy przebaczam, choć to boli; w pracy – gdy jestem uczciwy, choć nikt nie patrzy; w chorobie – gdy nie tracę godności i zaufania; w relacjach – gdy wybieram miłość zamiast zemsty. Ktoś zapytał starszego kapłana:
– Jak najlepiej głosić Ewangelię? Odpowiedział: – Żyj tak, żeby ktoś zapytał: Dlaczego ty jesteś inny? A wtedy masz już kazanie gotowe.
Jan Chrzciciel uczy nas jednej rzeczy: nie zatrzymywać Jezusa dla siebie. Wskazywać na Niego. Swoim życiem mówić: On jest większy. On jest nadzieją. On jest Synem Bożym. Bo świadectwo nie polega na głośnych słowach, ale na cichym życiu, które staje się drogowskazem. A kiedy ktoś zapyta: Skąd w tobie ten pokój? Skąd ta nadzieja? Wtedy – jak Jan – będziemy mogli powiedzieć prosto: „Ja to widziałem. I daję świadectwo.”
Gdy Jan Chrzciciel mówi: „Oto Baranek Boży”, nie jest to poetycka metafora ani pobożne zdanie do zapamiętania. To słowo rozbraja człowieka. Baranek nie oskarża – ale właśnie dlatego obnaża prawdę o nas. Bo wobec Baranka nie da się udawać.
Grzech bardzo lubi maski. Potrafi się usprawiedliwić, wytłumaczyć, nazwać „koniecznością”, „zmęczeniem”, „reakcją obronną”. Człowiek często nie boi się Boga sędziego, ale boi się Boga cichego, który patrzy z miłością. Pewien człowiek powiedział podczas spowiedzi: – Proszę księdza, ja nie zrobiłem nic strasznego. Kapłan odpowiedział spokojnie: – A czy zrobił pan wszystko, co było dobre? Zapadła cisza. I ta cisza była dłuższa niż wszystkie grzechy. Baranek nie pyta najpierw: co zrobiłeś złego? On pyta: gdzie zabrakło miłości?
Baranek nie walczy z grzechem tak, jak walczy świat. Świat chce zwyciężyć siłą, krzykiem, zemstą. Jezus zwycięża inaczej: bierze grzech na siebie. To jest skandal miłości. I właśnie tu obnaża się prawda o nas: – łatwo potępiamy, – trudno nam wziąć odpowiedzialność, – chcemy zwycięstwa bez ofiary. Pewna matka została niesłusznie oskarżona przez dziecko w szkole. Wiedziała, kto naprawdę zawinił. Mogła wszystko wyjaśnić jednym zdaniem. Zamiast tego powiedziała: – Weźcie winę na mnie. Najważniejsze, żeby moje dziecko mogło zacząć od nowa. Ktoś zapytał: – Dlaczego pani to zrobiła? Odpowiedziała: – Bo miłość czasem woli przegrać, żeby ktoś inny mógł żyć. To jest logika Baranka.
Ewangelia nie mówi: miłość jest łatwa. Mówi: miłość jest silniejsza od grzechu, ale zawsze kosztuje. kosztuje przebaczenie, gdy rana wciąż boli, kosztuje wierność, gdy świat mówi: „odpuść”, kosztuje dobro, gdy zło wydaje się skuteczniejsze. Pewien starzec codziennie odwiedzał żonę chorą na Alzheimera. Ktoś zapytał: – Po co pan przychodzi, skoro ona pana nie poznaje? Starzec odpowiedział: – Może ona nie wie, kim ja jestem… ale ja wiem, kim jestem dla niej. Miłość kosztuje czas, serce i cierpliwość. Ale to właśnie ona gładzi grzech świata – nie przez zapomnienie, lecz przez wierność.
Wielu ludzi wolałoby Boga, który ukarałby winnych i wynagrodził sprawiedliwych – szybko i jasno. Tymczasem Baranek objawia Boga, który wchodzi w brud świata, nie brudząc serca. To nas boli, bo: łatwiej osądzić niż kochać, łatwiej się obrazić niż przebaczyć, łatwiej uciec niż zostać. Ktoś zapytał: – Dlaczego Bóg pozwala, by Jego miłość była odrzucana? Odpowiedź brzmiała: – Bo miłość, która zmusza, przestaje być miłością. Baranek pozwala się zranić, bo szanuje wolność człowieka.
Baranek obnaża jeszcze jedną prawdę: chcemy, by Jezus zgładził grzech świata – byle nie przez nasze życie. A przecież chrześcijanin, który idzie za Barankiem, musi się zgodzić, że: miłość będzie wymagała ofiary, wierność nie zawsze będzie nagrodzona, dobro czasem będzie ciche i niezauważone. Pewien człowiek zapytał Boga w modlitwie: – Dlaczego droga miłości jest taka trudna? A w sercu usłyszał odpowiedź: – Bo tylko taka droga naprawdę dokądś prowadzi.
Baranek Boży nie odbiera nam godności, ale odbiera nam złudzenia. Pokazuje, że grzech nie ma ostatniego słowa – ale miłość ma swoją cenę. I właśnie dlatego, gdy patrzymy na Baranka, nie uciekamy… albo zaczynamy naprawdę żyć.
Najtrudniejszą prawdą o człowieku nie jest to, że popełnia błędy. Najtrudniejsza prawda brzmi: nie da się cofnąć czasu. Słowa, których nie da się odwołać. Decyzje, których skutki wciąż wracają. Relacje, które zostały zranione. I właśnie tu zaczyna się dojrzałość – albo ucieczka.
Pierwszy krok: przestać uciekać przed prawdą Człowiek często reaguje na błąd na trzy sposoby: zaprzecza: „to nie była moja wina”, usprawiedliwia się: „musiałem tak zrobić”, karze się bez końca: „jestem beznadziejny”. Żaden z nich nie prowadzi do uzdrowienia. Pewien człowiek codziennie nosił w kieszeni kamień. Ktoś zapytał: – Po co ci on? Odpowiedział: – To moje błędy. Żeby o nich nie zapomnieć. Po latach nie mógł już chodzić – był zgarbiony. Mądry starzec powiedział mu: – Pamiętać to jedno. Nosić je całe życie – to coś innego. Prawda nie jest po to, by nas złamać. Jest po to, by nas uwolnić.
Akceptacja błędu to nie zgoda na zło. Zaakceptować błąd nie znaczy powiedzieć: „nic się nie stało”. To znaczy powiedzieć: „stało się – i biorę za to odpowiedzialność”. To bardzo chrześcijańskie i bardzo trudne. Pewien ojciec powiedział do syna: – Najbardziej się o ciebie nie martwię, gdy upadasz. Martwię się wtedy, gdy udajesz, że nie upadłeś. Akceptacja błędu to odwaga nazwania rzeczy po imieniu: tak, zraniłem, tak, zaniedbałem, tak, wybrałem wygodę zamiast dobra. Ale… to jeszcze nie jest koniec historii.
Błąd nie definiuje człowieka – definicją jest kierunek. Największym kłamstwem, jakie słyszy człowiek po grzechu, jest to: „Jesteś swoim błędem.” To nieprawda. Człowiek ma historię błędów, ale nie jest swoją historią. Nauczyciel zapytał uczniów: – Co robicie, gdy w zeszycie zrobicie błąd? Jedno dziecko odpowiedziało: – Skreślam i piszę dalej. Nauczyciel uśmiechnął się: – Dokładnie tak działa mądrość. Błąd jest punktem na drodze, nie metą.
Jak uczyć się na błędach – trzy proste pytania. Nie każdy błąd nas czegoś uczy. Uczy tylko ten przeżyty w prawdzie. 1. Co mnie do tego doprowadziło? Np. zmęczenie, lęk, pycha, brak rozmowy, pośpiech? 2. Kogo to zraniło – i jak mogę to naprawić? Nnie zawsze da się cofnąć skutki, ale zawsze da się zmienić postawę. 3. Co zrobię inaczej następnym razem? Nie „postaram się”, ale konkretny krok. Pewien człowiek powiedział: – Upadłem już tyle razy, że to bez sensu. Ktoś odpowiedział: – A ile razy wstałeś mądrzejszy?
Najtrudniejsze: przebaczyć samemu sobie. Czasem Bóg już przebaczył. Czasem ludzie już zapomnieli. A człowiek… nadal siebie oskarża. To też jest forma pychy: wierzyć bardziej w swój grzech niż w Boże miłosierdzie. Pewien człowiek modlił się: – Boże, zabierz mi pamięć o moich błędach. A w sercu usłyszał odpowiedź: – Nie po to ci je zostawiłem, żebyś cierpiał, ale żebyś był bardziej miłosierny – dla innych i dla siebie.
Trudna prawda o nas samych nie polega na tym, że jesteśmy słabi. Polega na tym, że uczymy się wolno. Ale każdy błąd może stać się: lekcją pokory, szkołą współczucia, początkiem nowego kierunku.Bo człowiek nie przegrywa wtedy, gdy popełnia błąd. Człowiek przegrywa dopiero wtedy, gdy przestaje się uczyć kochać.
W pewnej wiosce żył starszy mężczyzna, który codziennie chodził po wodę do studni. Nosił dwa gliniane dzbany zawieszone na drągu. Jeden był nowy i mocny. Drugi – stary, popękany, z małą rysą przy dnie. Gdy wracał do domu, z pękniętego dzbana zawsze wyciekała woda. Nowy dzban był dumny. – Widzisz? – mówił. – Ja zawsze przynoszę pełno. Ty ciągle zawodzisz. Pęknięty dzban milczał. Każdego dnia czuł wstyd. Wiedział, że jest wadliwy. Wiedział, że przez niego człowiek przynosi mniej wody, niż mógłby.
Pewnego dnia nie wytrzymał. – Przepraszam – powiedział do starca. – Zawsze tracę wodę. Jestem bezużyteczny. Powinieneś mnie wyrzucić. Starzec uśmiechnął się łagodnie, ale nic nie odpowiedział.
Następnego dnia, gdy wracali od studni, starzec powiedział: – Spójrz uważnie na drogę po swojej stronie. Dzban spojrzał. Po jego stronie drogi rosły kwiaty – czerwone, żółte, fioletowe. Po stronie drugiego dzbana była tylko sucha ziemia. – Czy zauważyłeś? – zapytał starzec. – Od dawna wiem, że jesteś pęknięty. I dlatego każdego dnia podlewasz tę drogę. Posiałem tam nasiona. Dzięki tobie mam kwiaty na stole. Pęknięty dzban po raz pierwszy nie poczuł wstydu. Poczuł zdumienie. – Ale ja wciąż tracę wodę… – wyszeptał. – Tak – odpowiedział starzec. – I właśnie to jest twoja lekcja. – Jaka? – Że błąd nie musi być końcem. Może stać się początkiem dobra, jeśli się na nim nauczysz żyć. Dzban milczał długo. Po chwili zapytał: – A jeśli ktoś przez swoje pęknięcie zranił innych? Starzec przystanął. – Wtedy trzeba się zatrzymać. Uklęknąć. Poprosić o przebaczenie. I pozwolić, by Bóg zasiał coś nowego właśnie tam, gdzie boli najbardziej.
Starzec mówił dalej: – Wielu ludzi chce być jak nowy dzban: bez rys, bez historii, bez błędów. Ale wtedy często stają się twardzi i zimni. Ci, którzy pękli – jeśli nie uciekają od prawdy – uczą się współczucia. Pokory. Cierpliwości. – A jeśli ktoś nie chce patrzeć na swoje pęknięcia? – zapytał dzban. – Wtedy – odpowiedział starzec – będzie je nosił jak ciężar. – A jeśli się na nie zgodzi? – Wtedy staną się drogą, po której ktoś inny odnajdzie życie.
Pewnego dnia nowy dzban pękł. Upadł i rozbił się na kawałki. Pęknięty dzban zadrżał.
– Teraz ja też skończę na śmietniku – pomyślał. Starzec wziął rozbity dzban i ułożył z jego kawałków ścieżkę w ogrodzie. A stary, pęknięty dzban nadal nosił wodę. – Dlaczego mnie jeszcze nie wyrzuciłeś? – zapytał. Starzec odpowiedział cicho: – Bo nauczyłeś się, jak nieść to, czego nie da się już naprawić.
Uczyć się na własnych błędach to nie znaczy przestać pękać. To znaczy przestać udawać, że jesteśmy cali. Błąd, który jest przyjęty w prawdzie, staje się: źródłem pokory, szkołą miłosierdzia, miejscem, gdzie Bóg potrafi zasadzić kwiaty. Bo w życiu nie chodzi o to, by nigdy nie upaść, ale by pozwolić, żeby nawet nasze pęknięcia nauczyły nas kochać mądrzej[1].
J 1, 29-34
Chrystus jest Barankiem, który gładzi grzech świata
Jan zobaczył podchodzącego ku niemu Jezusa i rzekł: «Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata. To jest Ten, o którym powiedziałem: „Po mnie przyjdzie Mąż, który mnie przewyższył godnością, gdyż był wcześniej ode mnie”. Ja Go przedtem nie znałem, ale przyszedłem chrzcić wodą w tym celu, aby On się objawił Izraelowi».
Jan dał takie świadectwo: «Ujrzałem ducha, który zstępował z nieba jak gołębica i spoczął na Nim. Ja Go przedtem nie znałem, ale Ten, który mnie posłał, abym chrzcił wodą, powiedział do mnie: „Ten, nad którym ujrzysz ducha zstępującego i spoczywającego na Nim, jest Tym, który chrzci Duchem Świętym”. Ja to ujrzałem i daję świadectwo, że On jest Synem Bożym».
[1] Opowiadanie pt. Szkoła pękniętego dzbana









