Uczniowie padli na twarz. Przestraszyli się światła. Chwała Boga ich przerosła. Ile razy my też leżymy „twarzą w dół”? Przygnieceni grzechem. Zmęczeni życiem. Rozczarowani sobą. Jezus podchodzi. Dotyka. I pierwsze, co mówi to mówi: Wstań.
Ktoś kiedyś opowiadał historię chłopca, który uwielbiał biegać z latawcem. Pewnego dnia silny wiatr porwał zabawkę i zaplątał ją wysoko na drzewie. Chłopiec płakał, siedząc pod drzewem. Przechodził starszy mężczyzna i zapytał: – Dlaczego nie próbujesz jej zdjąć? – Nie da się. Za wysoko. Starzec podał mu długi kij. Chłopiec kilka razy próbował – bez skutku. Upadał, złościł się, chciał odejść. – Spróbuj jeszcze raz – powiedział starzec. Za którymś razem latawiec spadł. Chłopiec spojrzał w górę – starca już nie było.
Czasem Jezus nie zdejmuje od razu naszego ciężaru. On daje nam kij. Daje siłę. I mówi: Wstań. Spróbuj jeszcze raz. Bo czysta dusza to nie dusza bez upadków.To dusza, która wstaje. Uczniowie bali się światła. Często boimy się prawdy o sobie. Boimy się spowiedzi. Boimy się ciszy. Boimy się Boga, który widzi wszystko. Lęk zamyka oczy. A zamknięte oczy nie zobaczą chwały. Jest takie opowiadanie, historia dziewczynki, która bała się spać w ciemnym pokoju. Wołała mamę każdej nocy. Mama zapaliła małą lampkę i powiedziała: – Zobacz, światło jest z tobą.
Po kilku dniach dziewczynka powiedziała: – Mamo, już się nie boję. – Dlaczego? – Bo wiem, że światło nie walczy z ciemnością. Ono po prostu świeci. Tak działa łaska. Czystość duszy nie polega na tym, że nie ma w niej cieni. Polega na tym, że jest w niej światło. A lęk? Lęk mówi: „Uciekaj.” Bóg mówi: „Nie lękaj się.” Człowiek czystego serca nie boi się Boga. Bo wie, że Bóg nie przyszedł go zniszczyć, ale przemienić.
Dlaczego Jezus zabrania mówić o Przemienieniu? Bo są doświadczenia Boga, które trzeba najpierw przeżyć w ciszy. Dojrzeć. Pozwolić im wniknąć w serce. Jest taka historia młodego ogrodnika, który zasadził róże. Codziennie wykopywał je, żeby sprawdzić, czy już rosną. Oczywiście – usychały. Przyszedł stary ogrodnik i powiedział: – Jeśli chcesz zobaczyć kwiat, musisz pozwolić korzeniom pracować w ciszy. Tak jest z duszą. Jeśli po każdej modlitwie chcemy natychmiast efektów… Jeśli po każdej spowiedzi chcemy od razu czuć się święci… Jeśli każdą łaskę chcemy opowiedzieć światu… Korzenie nie zapuszczą się głęboko. Czystość duszy rodzi się w ciszy. W ukryciu. W wierności małym rzeczom.
Pewien człowiek narzekał, że z jego domu nie widać pięknych gór. Mówił: – Wszyscy zachwycają się widokiem. Ja nic nie widzę. Zmienił okulary. Nic. Przestawił meble. Nic. Winił pogodę. W końcu przyszedł przyjaciel i przetarł okno. Było całe w kurzu. Góry były tam cały czas. To nie one zniknęły. To szyba była brudna. Tak jest z Bogiem. Chwała Boga nie znika. To nasze serce bywa zakurzone: pychą, zazdrością, gniewem, nieczystością, obojętnością. Czystość duszy to przetarte okno. I nagle człowiek zaczyna widzieć. Widzieć dobro. Widzieć sens cierpienia. Widzieć Boga w drugim człowieku.
Jezus mówi dziś do każdego z nas: Wstań – nawet jeśli upadłeś. Nie lękaj się – nawet jeśli boisz się prawdy. Nie opowiadaj od razu – pozwól łasce dojrzeć. Bo tylko czyste serce potrafi zobaczyć chwałę Boga. A chwała Boga nie jest gdzieś daleko na górze Tabor. Ona zaczyna się w duszy, która odważyła się wstać, która przestała się bać, i która nauczyła się milczeć przed Tajemnicą.
W pewnym miasteczku pojawił się człowiek z megafonem. Codziennie stawał na rynku i ogłaszał: – Dziś kupiłem nowy samochód! – Dziś zrobiłem najlepszy obiad w życiu! – Dziś mam tysiąc polubień! – Dziś wygrywam! Ludzie słuchali. Jedni z zazdrością, inni z irytacją. Ale on mówił dalej. Głośno. Coraz głośniej. Pewnego dnia przez miasteczko przechodził starszy ogrodnik. Usiadł na ławce i przez chwilę patrzył na tego człowieka. Następnego dnia ogrodnik przyniósł małą sadzonkę drzewa. Posadził ją na rynku – bez słowa. Człowiek z megafonem zaśmiał się: – Co to za atrakcja? Ja mam nowy telefon, nowe ubrania, nowe sukcesy! A ty sadzisz patyk? Ogrodnik nic nie odpowiedział.
Minęły lata. Megafon zardzewiał. Telefon się zepsuł. Samochód się zestarzał. A drzewo urosło. Dawało cień zmęczonym. Owoce głodnym. Miejsce rozmów zakochanym. Pewnego dnia ktoś zapytał ogrodnika: – Dlaczego nigdy nie mówiłeś o tym, co robisz? Starzec odpowiedział: – Bo to, co najważniejsze, rośnie w ciszy[1].
Mamy tendencję do chwalenia się wszystkim. Mówimy o zakupach, sukcesach, planach. Opowiadamy o sobie – nieustannie. A jak rzadko mówimy o: – przebaczeniu, które było trudne, – modlitwie, która zmieniła serce, – łasce, która ocaliła relację, – walce z własną słabością. Człowiek łatwo mówi o tym, co błyszczy. Trudniej mówić o tym, co dojrzewa w sercu. Bo prawdziwe rzeczy są jak korzenie – nie widać ich, ale bez nich wszystko się przewróci.
Mały chłopiec przyszedł do ojca i powiedział: – Tato, dlaczego puste beczki tak głośno dudnią, kiedy się je toczy? Ojciec odpowiedział: – Bo są puste. Pełna beczka toczy się cicho. Człowiek, który jest pełen Boga, nie potrzebuje megafonu. Jego życie mówi samo. Może dlatego Jezus czasem mówił: „Nie opowiadajcie nikomu…” Bo to, co najświętsze, nie potrzebuje reklamy. Potrzebuje wierności. A czystość duszy zaczyna się wtedy, gdy przestajemy mówić o wszystkim i zaczynamy żyć tym, co najważniejsze.
Słyszymy dziś, że Jezus zabrał Piotra, Jakuba i Jana – i zaprowadził ich na górę wysoką, osobno. Jezus nie przemienił się w tłumie. Nie na rynku. Nie w hałasie. Bo są rzeczy, których nie zobaczysz z doliny. W dolinie jest codzienność. Pośpiech. Telefony. Plotki. Zmęczenie. Na górze – jest cisza. I światło.
W pewnej wiosce żył chłopiec, który narzekał, że świat jest szary i brzydki. – Wszyscy mówią o pięknym wschodzie słońca – mówił. – Ja nigdy go nie widziałem. Starszy człowiek zapytał: – O której wstajesz? – O dziewiątej. – A słońce wschodzi o piątej. Pewnego dnia starzec obudził go bardzo wcześnie i zaprowadził na wzgórze za wioską. Chłopiec był zły, zaspany, marudził. Ale gdy stanęli na szczycie, zobaczył, jak ciemność powoli ustępuje. Jak niebo różowieje. Jak pierwsze promienie dotykają domów. Stał w ciszy. – Dlaczego nikt mi o tym nie powiedział? – zapytał. Starzec uśmiechnął się: – Mówili. Ale nie chciałeś wstać[2].
Tak jest z nami. Chcemy widzieć światło, ale nie chcemy wejść wyżej. Nie chcemy wstać wcześniej. Nie chcemy wyjść z wygodnej doliny. Góra to wysiłek. Na górę się nie wjeżdża windą. Na górę się idzie. Czasem pod wiatr. Czasem zmęczonym krokiem. Góra to: – modlitwa, kiedy nie chce się modlić; spowiedź, kiedy wstyd; przebaczenie, kiedy boli; milczenie, kiedy kusi, by mówić. Światło nie przychodzi do człowieka schowanego w cieniu własnej wygody. Pewien człowiek całe życie mieszkał w piwnicy swojego domu. Narzekał, że świat jest ciemny. Przyjaciel zaprosił go kiedyś na dach. – Po co? – zapytał. – Tutaj jest bezpiecznie. Ale w końcu wszedł. Gdy stanął na górze, zobaczył przestrzeń, niebo, słońce. – Dlaczego wcześniej tu nie przyszedłem? – zapytał. – Bo bałeś się wyjść z piwnicy – odpowiedział przyjaciel[3].
Czasem jesteśmy schowani: w urazach, w grzechach, w lęku, w przeciętności. A Jezus mówi: „Chodź wyżej.” „Twarz Jego zajaśniała jak słońce…”. Na górze uczniowie zobaczyli światło. Ale to światło było tam zawsze. To oni musieli wejść wyżej, żeby je zobaczyć. Chwała Boga nie rodzi się dopiero na górze. Ona jest. My tylko z doliny jej nie widzimy. Czystość duszy to jak wspinaczka. Im wyżej idziesz, tym więcej światła. Jeśli chcemy zobaczyć światło: nie możemy być schowani. Nie możemy żyć tylko „na dole”. Trzeba wejść na górę modlitwy. Na górę ciszy. Na górę odwagi. Bo światło Boga nie dociera do człowieka, który całe życie siedzi w piwnicy własnych lęków. A Jezus dziś mówi do nas tak, jak do Piotra, Jakuba i Jana: „Chodź. Wejdź wyżej. Osobno. Tam zobaczysz światło.”
Kard. Fulton J. Sheen często powtarzał: „Bóg nie wybiera uzdolnionych. On uzdalnia wybranych.” On mówił wprost: największą tragedią człowieka nie jest brak światła, lecz odmowa otwarcia oczu. Sheen opowiadał kiedyś historię w swoim stylu, z humorem i ostrą puentą: Pewien człowiek modlił się o światło. – Panie, pokaż mi moją drogę! I pewnego dnia Bóg zapalił światło. Człowiek spojrzał… i zobaczył swoje braki, egoizm, niedojrzałość. Szybko zgasił lampę i powiedział: – Panie, ja prosiłem o światło na drogę, nie o światło na mnie! Sheen komentował: „Światło Boga najpierw oświeca nas samych. I to boli. Ale tylko wtedy możemy naprawdę widzieć.”
Bóg powołuje – i daje światło. Kiedy Jezus zabrał uczniów na górę, nie powiedział: „Najpierw stańcie się doskonali, wtedy zobaczycie światło.” On ich powołał jako rybaków. Z lękami. Z ambicjami. Z niedojrzałością. A potem ich oświecił. Bo powołanie nie jest nagrodą za świętość. Powołanie jest drogą do świętości. Wyobraźmy sobie świecę w ciemnym kościele. Świeca mogłaby powiedzieć: – Jestem za mała. Za słaba. Za krucha. Ale kiedy zostaje zapalona – nie mówi już o sobie. Ona po prostu świeci. Kard. Sheen powiedziałby: „Nie jesteś światłem. Jesteś knotem. To Bóg jest ogniem.” I tu jest tajemnica: kiedy pozwalamy się zapalić, Bóg oświeca nie tylko nas, ale i przestrzeń wokół nas.
Bóg dziś powołuje każdego z nas. Może do kapłaństwa. Może do małżeństwa. Może do bycia cichą latarnią w rodzinie. I mówi: Nie bój się swojej słabości. Nie bój się światła. Nie bój się, że jesteś mały. Bo gdy Bóg powołuje, On również oświeca. A człowiek, który pozwala się oświecić, sam zaczyna świecić.
Mt 17, 1-9
Czystość duszy zapewnia oglądanie chwały Boga
Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba oraz brata jego, Jana, i zaprowadził ich na górę wysoką, osobno. Tam przemienił się wobec nich: twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło. A oto ukazali się im Mojżesz i Eliasz, rozmawiający z Nim.
Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: «Panie, dobrze, że tu jesteśmy; jeśli chcesz, postawię tu trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza».
Gdy on jeszcze mówił, oto obłok świetlany osłonił ich, a z obłoku odezwał się głos: «To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie!» Uczniowie, słysząc to, upadli na twarz i bardzo się zlękli.
A Jezus zbliżył się do nich, dotknął ich i rzekł: «Wstańcie, nie lękajcie się!» Gdy podnieśli oczy, nikogo nie widzieli, tylko samego Jezusa.
A gdy schodzili z góry, Jezus przykazał im, mówiąc: «Nie opowiadajcie nikomu o tym widzeniu, aż Syn Człowieczy zmartwychwstanie».
[1] Opowiadanie pt. „„Człowiek z megafonem”
[2] Opowiadanie pt. „Chłopiec, który nie widział wschodu słońca”
[3] Opowiadanie pt. „Człowiek w piwnicy”








