W pewnym mieście żył mężczyzna, który znał wszystkie ulice. Nie potrzebował mapy. Wiedział, gdzie skręcić, którędy iść, jak ominąć korki. Ludzie pytali go o drogę i zawsze dostawali dobrą odpowiedź.
Pewnego dnia w mieście pojawił się remont. Zmieniono znaki. Zamknięto starą ulicę. Otworzono nową. Mężczyzna szedł jak zwykle. – Ja tu chodzę od trzydziestu lat – mówił. Zignorował znak. Zlekceważył ostrzeżenie. I wpadł w wykop. Leżał na ziemi, wściekły i zawstydzony. A ktoś z boku powiedział cicho: – Nie wystarczy widzieć drogę. Trzeba jeszcze umieć zmienić kierunek[1]. Moja ślepota często polega na tym, że za bardzo ufam temu, co już wiem. Jezus nie zabiera wzroku. On zabiera złudzenie, że zawsze mam rację. Przejrzeć to czasem przyznać: „Panie, prowadź mnie inaczej niż dotąd”.
W jednym domu było piękne okno z widokiem na ogród. Przez lata nikt go nie mył. Domownicy mówili: – Ten ogród jest ponury. – Zawsze szary. – Nic tam nie rośnie. Pewnego dnia przyszło dziecko i umyło szybę. Wystarczyły woda i kawałek szmatki. Nagle wszyscy zobaczyli: kwiaty, kolory, światło, słońce. Ogród był ten sam. Zmieniło się tylko to, przez co patrzyli[2]. Jezus w Ewangelii nie zmienia świata na siłę. On dotyka naszych oczu. Moja ślepota to zabrudzona szyba serca: urazy, lęki, etykietki, osądy. Zmiana patrzenia zaczyna się od prostego pytania: „Panie, co we mnie trzeba oczyścić, a nie w innych?”
Niewidomy od urodzenia odzyskał wzrok. Ale w pewnej historii, trochę innej, ten człowiek po uzdrowieniu nie wyszedł z domu. Bał się światła. Bał się tego, co zobaczy. Bał się, że będzie musiał zmienić życie. Wolał półmrok. Był bezpieczny. Znany. Jezus zapytał: – Chcesz widzieć? On odpowiedział szczerze: – Chcę… ale boję się tego, co zobaczę. Jezus nie zganił go. Po prostu zapalił lampę. Czasem moja ślepota to lęk przed prawdą. Bo kiedy widzę naprawdę, nie mogę już udawać. Jezus mówi: „Przyszedłem, aby ci, którzy nie widzą, przejrzeli”. Ale przejrzeć to i zgodzić się na zmianę. Nie tylko zobaczyć. Ale pójść za tym, co się zobaczyło. Faryzeusze widzieli. A jednak byli ślepi. Niewidomy nie widział. A zobaczył prawdę. Bo ślepota nie jest w oczach. Ślepota jest w sercu, które nie chce dać się poprowadzić.
Był ślepcem od urodzenia. Nie znał kolorów. Nie wiedział, czym jest światło. Znał świat po dźwiękach, zapachach i dotyku. Rozpoznawał ludzi po krokach. Wiedział, kto idzie szybko, a kto powoli. Kto zbliża się z litością, a kto z niechęcią. Kto wrzucał monetę, a kto tylko udawał, że jej szuka w kieszeni. Ludzie mówili o nim: – To przez grzech. – Na pewno jego albo rodziców. – Tak już musi być. On słyszał te słowa codziennie. I powoli zaczął w nie wierzyć. Pewnego dnia ktoś się przy nim zatrzymał. Nie rzucił monety. Nie zapytał o winę. Zapytał o niego. Potem poczuł na oczach błoto. Chciał zaprotestować, ale usłyszał: – Idź i obmyj się. Poszedł. Nie wiedział, dokąd idzie. Szukał drogi po omacku, jak zawsze. I wtedy wydarzyło się coś dziwnego. Najpierw zobaczył cień. Potem kształt. A potem światło. Świat nie był taki, jak sobie wyobrażał. Był ostrzejszy. Jaśniejszy. Bardziej wymagający. Ludzie pytali: – To ty? – To naprawdę on? A on mówił tylko: – Byłem ślepy, a teraz widzę. Zaprowadzili go do uczonych. Chcieli wyjaśnień. Chcieli kontroli. Chcieli mieć rację. A on nie znał odpowiedzi na ich pytania. Nie umiał mówić o teologii. Nie znał przepisów. Znał jedno: ciemność i światło. I nie chciał już wracać do ciemności. Wyrzucili go. Został sam. Wtedy znów przyszedł Ten, który go uzdrowił. I zapytał: – Czy wierzysz? On już wiedział, że widzieć to nie tylko mieć oczy otwarte. Widzieć to stanąć w prawdzie, nawet jeśli zostaje się samemu. I wtedy naprawdę przejrzał[3]. Niektórzy widzą oczami, ale nie chcą widzieć sercem. Inni byli ślepi, a gdy zobaczyli prawdę, nie potrafili już udawać. Moja ślepota to nie brak światła. To strach przed tym, co światło pokaże. Jezus nie boi się naszego mroku. Ale nie pozwala nam w nim zostać.
Październik 1917 roku. Atlantyk. Historia miłości silniejszej niż śmierć. Statek pasażerski przewożący włoskich imigrantów do Nowego Jorku wpadł w potężny atlantycki sztorm. Wśród pasażerów byli Antonio Russo, 28-letni stolarz, oraz jego pięcioletnia córka Maria. Dwa lata wcześniej żona Antonia zmarła przy porodzie. Ameryka była jego ostatnią nadzieją – ucieczką od biedy i szansą na przyszłość dla córki, której Włochy nie mogły jej dać.
O drugiej w nocy ogromne fale uderzyły w pokłady. Woda zalała dolne przedziały, gdzie spali pasażerowie trzeciej klasy. Statek gwałtownie się przechylił. Korytarze wypełniły się krzykami, ludzie w panice napierali na schody, tratowali się nawzajem. Antonio podniósł Marię z łóżka i ruszył naprzód, trzymając ją ponad podnoszącą się wodą. Ale tłum był zbyt gęsty, nurt zbyt silny, a przechył statku zbyt duży. Zrozumiał straszną prawdę: nie dotrą do szalup ratunkowych. Pozostały tylko minuty. W tym chaosie dotarł do iluminatora, rozbitego przez sztorm. Otwór był ledwie wystarczająco duży dla dziecka. Za nim rozciągał się czarny, lodowaty Atlantyk. W oddali Antonio dostrzegł reflektory przeczesujące wodę – szalupy ratunkowe zbliżały się. Spojrzał na Marię. Przerażoną. Zapłakaną. Wołającą mamę. Kurczowo trzymającą się jego ramion. I wtedy dokonał wyboru, który zadecydował o wszystkim. Antonio wypchnął córkę przez iluminator. Maria krzyknęła, wpadając do oceanu. Antonio krzyczał za nią, a jego głos przebił się przez ryk burzy: „Płyń, Mario! Płyń w stronę światła! Statki nadpływają! Płyń!” Wiedział, że ona ma szansę. Wiedział, że on jej nie ma. Siedem minut później statek zatonął.
Antonio Russo utonął wraz z 117 innymi pasażerami trzeciej klasy uwięzionymi pod pokładem. Jego ciała nigdy nie odnaleziono. Marię Russo wyciągnięto z wody czterdzieści pięć minut później – z ciężkim wychłodzeniem i na granicy utonięcia, ale żywą. Zawinięto ją w koce i przewieziono na statek-szpital. Miała pięć lat. Była sierotą. Straumatyzowana. W obcym kraju. Nie znała języka angielskiego. Pamiętała tylko ostatnie słowa ojca: „Płyń w stronę światła”.
Marię umieszczono w nowojorskim sierocińcu. Przez wiele lat wierzyła, że jej ojciec może wciąż żyć. Nikt nie potrafił powiedzieć jej, co stało się z Antoniem Russo. Z czasem nadzieja zamieniła się w zagubienie… a potem w ból. Zaczęła wierzyć w coś niewyobrażalnego – że ojciec ją porzucił, że wrzucając ją do oceanu, uznał ją za zbędną. Z tą myślą żyła przez dwadzieścia pięć lat. Wtedy przejrzała na oczy. Prawda dotarła do niej, gdy miała trzydzieści lat. Badacz analizujący listy pasażerów zatoniętego w 1917 roku statku odnalazł nazwisko Antonio Russo wśród ofiar. Dopiero wtedy Maria zrozumiała, co zrobił jej ojciec – że poświęcił siebie, aby ona mogła żyć. Maria Russo dożyła roku 2004 i zmarła w wieku dziewięćdziesięciu dwóch lat.

W 1995 roku, mając 83 lata, opowiedziała swoją historię w wywiadzie: „Myślałam, że mój ojciec mnie zabija. Nie rozumiałam, że mnie ratuje. Przez wiele lat wierzyłam, że mnie porzucił. Prawda była taka, że oddawał mnie życiu – przez całe swoje życie”. Maria wyszła za mąż i miała czworo dzieci, dziewięcioro wnuków i sześcioro prawnuków – trzydzieści jeden potomków, którzy przyszli na świat, ponieważ jeden człowiek dokonał niemożliwego wyboru w mrocznym Atlantyku.
„Każde moje urodziny, każda dobra chwila w moim życiu istnieją tylko dlatego, że mój ojciec wybrał mnie zamiast siebie. Każdej nocy widzę jego twarz w iluminatorze. Słyszę, jak krzyczy: ‘Płyń w stronę światła”. Płynęłam w stronę światła przez siedemdziesiąt osiem lat. Mam nadzieję, że był ze mnie dumny”. Jej ostatnie słowa o Antonim Russo były proste: „Dziękuję ci, tato. Dziękuję za życie. Kocham cię”. Niektóre akty miłości trwają dłużej niż samo życie.
Jezus, uzdrawiając niewidomego, pokazał mu światło nadziei nowego życia. Ale to światło nie było tylko dla oczu. Było dla serca, które musi nauczyć się patrzeć inaczej. Bo można widzieć i dalej żyć w ciemności lęku, pychy i przyzwyczajeń. A można przejrzeć i mieć odwagę zmienić drogę, nawet jeśli światło oślepia na początku. Pytanie nie brzmi: czy widzę. Pytanie brzmi: czy pozwalam, by to światło mnie poprowadziło. Jezus jest naszym Światłem i chce, abyśmy zobaczyli inaczej. Bo jedyną rzeczą gorszą od ślepoty jest mieć wzrok i nie dostrzegać tego, co najważniejsze. Bóg chce, abyśmy zobaczyli więcej. Abyśmy zobaczyli, że może być inaczej! A w ten sposób, żebyśmy przejrzeli i nabrali nowej chęci do życia! Jedyną rzeczą gorszą od ślepoty jest widzieć, ale nie widzieć. Nie ma lepszego sposobu, by podziękować Bogu za wzrok, niż pomóc komuś w ciemności. Życzliwość to język, który głusi słyszą, a niewidomi widzą. Tam, gdzie nie ma życzliwości, tam jest ślepota, która prowadzi do tragedii. Jezus chce, abyśmy przejrzeli i żyli w prawdzie wobec Boga, człowieka i ludzi. Otwórzmy zatem nasze oczy!
J 9, 1-41
Uzdrowienie niewidomego od urodzenia
Jezus, przechodząc, ujrzał pewnego człowieka, niewidomego od urodzenia.
Uczniowie Jego zadali Mu pytanie: «Rabbi, kto zgrzeszył, że się urodził niewidomy – on czy jego rodzice?» Jezus odpowiedział: «Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale stało się tak, aby się na nim objawiły sprawy Boże. Trzeba nam pełnić dzieła Tego, który Mnie posłał, dopóki jest dzień. Nadchodzi noc, kiedy nikt nie będzie mógł działać. Jak długo jestem na świecie, jestem światłością świata».
To powiedziawszy, splunął na ziemię, uczynił błoto ze śliny i nałożył je na oczy niewidomego, i rzekł do niego: «Idź, obmyj się w sadzawce Siloam» – co się tłumaczy: Posłany. On więc odszedł, obmył się i wrócił, widząc.
A sąsiedzi i ci, którzy przedtem widywali go jako żebraka, mówili: «Czyż to nie jest ten, który siedzi i żebrze?» Jedni twierdzili: «Tak, to jest ten», a inni przeczyli: «Nie, jest tylko do tamtego podobny». On zaś mówił: «To ja jestem».
Mówili więc do niego: «Jakżeż oczy ci się otworzyły?» On odpowiedział: «Człowiek, zwany Jezusem, uczynił błoto, pomazał moje oczy i rzekł do mnie: „Idź do sadzawki Siloam i obmyj się”. Poszedłem więc, obmyłem się i przejrzałem». Rzekli do niego: «Gdzież On jest?» Odrzekł: «Nie wiem».
Zaprowadzili więc tego człowieka, niedawno jeszcze niewidomego, do faryzeuszów. A tego dnia, w którym Jezus uczynił błoto i otworzył mu oczy, był szabat. I znów faryzeusze pytali go o to, w jaki sposób przejrzał. Powiedział do nich: «Położył mi błoto na oczy, obmyłem się i widzę».
Niektórzy więc spośród faryzeuszów rzekli: «Człowiek ten nie jest od Boga, bo nie zachowuje szabatu». Inni powiedzieli: «Ale w jaki sposób człowiek grzeszny może czynić takie znaki?» I powstał wśród nich rozłam. Ponownie więc zwrócili się do niewidomego: «A ty, co o Nim mówisz, jako że ci otworzył oczy?» Odpowiedział: «To prorok».
Żydzi jednak nie uwierzyli, że był niewidomy i że przejrzał, aż przywołali rodziców tego, który przejrzał; i wypytywali ich, mówiąc: «Czy waszym synem jest ten, o którym twierdzicie, że się niewidomy urodził? W jaki to sposób teraz widzi?» Rodzice zaś jego tak odpowiedzieli: «Wiemy, że to jest nasz syn i że się urodził niewidomy. Nie wiemy, jak się to stało, że teraz widzi; nie wiemy także, kto mu otworzył oczy. Zapytajcie jego samego, ma swoje lata, będzie mówił sam za siebie». Tak powiedzieli jego rodzice, gdyż bali się Żydów. Żydzi bowiem już postanowili, że gdy ktoś uzna Jezusa za Mesjasza, zostanie wyłączony z synagogi. Oto dlaczego powiedzieli jego rodzice: «Ma swoje lata, jego samego zapytajcie».
Znowu więc przywołali tego człowieka, który był niewidomy, i rzekli do niego: «Oddaj chwałę Bogu. My wiemy, że człowiek ten jest grzesznikiem». Na to odpowiedział: «Czy On jest grzesznikiem, tego nie wiem. Jedno wiem: byłem niewidomy, a teraz widzę». Rzekli więc do niego: «Cóż ci uczynił? W jaki sposób otworzył ci oczy?» Odpowiedział im: «Już wam powiedziałem, a wy nie słuchaliście. Po co znowu chcecie słuchać? Czy i wy chcecie zostać Jego uczniami?»
Wówczas go obrzucili obelgami i rzekli: «To ty jesteś Jego uczniem, a my jesteśmy uczniami Mojżesza. My wiemy, że Bóg przemówił do Mojżesza. Co do Niego zaś, to nie wiemy, skąd pochodzi».
Na to odpowiedział im ów człowiek: «W tym wszystkim dziwne jest to, że wy nie wiecie, skąd pochodzi, a mnie oczy otworzył. Wiemy, że Bóg nie wysłuchuje grzeszników, ale wysłuchuje każdego, kto jest czcicielem Boga i pełni Jego wolę. Od wieków nie słyszano, aby ktoś otworzył oczy niewidomemu od urodzenia. Gdyby ten człowiek nie był od Boga, nie mógłby nic uczynić».
Rzekli mu w odpowiedzi: «Cały urodziłeś się w grzechach, a nas pouczasz?» I wyrzucili go precz.
Jezus usłyszał, że wyrzucili go precz, i spotkawszy go, rzekł do niego: «Czy ty wierzysz w Syna Człowieczego?» On odpowiedział: «A któż to jest, Panie, abym w Niego uwierzył?» Rzekł do niego Jezus: «Jest nim Ten, którego widzisz i który mówi do ciebie». On zaś odpowiedział: «Wierzę, Panie!» i oddał Mu pokłon.
A Jezus rzekł: «Przyszedłem na ten świat, aby przeprowadzić sąd, żeby ci, którzy nie widzą, przejrzeli, a ci, którzy widzą, stali się niewidomymi». Usłyszeli to niektórzy faryzeusze, którzy z Nim byli, i rzekli do Niego: «Czyż i my jesteśmy niewidomi?» Jezus powiedział do nich: «Gdybyście byli niewidomi, nie mielibyście grzechu, ale ponieważ mówicie: „Widzimy”, grzech wasz trwa nadal».
Wersja krótsza
Ewangelia (J 9, 1. 6-9. 13-17. 34-38)
Jezus, przechodząc, ujrzał pewnego człowieka, niewidomego od urodzenia. Splunął na ziemię, uczynił błoto ze śliny i nałożył je na oczy niewidomego, i rzekł do niego: «Idź, obmyj się w sadzawce Siloam» – co się tłumaczy: Posłany. On więc odszedł, obmył się i wrócił, widząc.
A sąsiedzi i ci, którzy przedtem widywali go jako żebraka, mówili: «Czyż to nie jest ten, który siedzi i żebrze?» Jedni twierdzili: «Tak, to jest ten», a inni przeczyli: «Nie, jest tylko do tamtego podobny». On zaś mówił: «To ja jestem».
Zaprowadzili więc tego człowieka, niedawno jeszcze niewidomego, do faryzeuszów. A tego dnia, w którym Jezus uczynił błoto i otworzył mu oczy, był szabat. I znów faryzeusze pytali go o to, w jaki sposób przejrzał. Powiedział do nich: «Położył mi błoto na oczy, obmyłem się i widzę».
Niektórzy więc spośród faryzeuszów rzekli: «Człowiek ten nie jest od Boga, bo nie zachowuje szabatu». Inni powiedzieli: «Ale w jaki sposób człowiek grzeszny może czynić takie znaki?» I powstał wśród nich rozłam. Ponownie więc zwrócili się do niewidomego: «A ty, co o Nim mówisz, jako że ci otworzył oczy?» Odpowiedział: «To prorok».
Rzekli mu w odpowiedzi: «Cały urodziłeś się w grzechach, a nas pouczasz?» I wyrzucili go precz.
Jezus usłyszał, że wyrzucili go precz, i spotkawszy go, rzekł do niego: «Czy ty wierzysz w Syna Człowieczego?» On odpowiedział: «A któż to jest, Panie, abym w Niego uwierzył?» Rzekł do niego Jezus: «Jest nim Ten, którego widzisz i który mówi do ciebie». On zaś odpowiedział: «Wierzę, Panie!» i oddał Mu pokłon.
[1] Opowiadanie pt. “Człowiek, który znał wszystkie drogi”
[2] Opowiadanie pt. „Okno, które nigdy nie było myte”
[3] Opowiadanie pt. „Ślepiec, który przejrzał”








