Są takie chwile, kiedy człowiekowi wszystko się miesza. Modlitwa z ciszą. Wiara z bólem. Nadzieja z pytaniem: „Panie, jeśli naprawdę jesteś, to dlaczego tak długo nic nie robisz?” Właśnie taki jest dzisiejszy fragment Ewangelii. Łazarz choruje. Marta i Maria posyłają wiadomość do Jezusa. Nie piszą długiego listu. Nie tłumaczą się. Nie wygłaszają pięknej modlitwy. Mówią tylko jedno: „Panie, oto choruje ten, którego Ty kochasz”.
To jest bardzo ważne. Nie: „przyjdź, bo zasłużyliśmy”. Nie: „przyjdź, bo jesteśmy porządni”. Nie: „przyjdź, bo nam się należy cud”. Tylko: „Ten, którego kochasz, choruje”. I to jest modlitwa wielu ludzi. Może nawet nasza modlitwa. „Panie, moje dziecko choruje”. „Panie, moje małżeństwo choruje”. „Panie, moja wiara choruje”. „Panie, moje serce choruje”. „Panie, moja rodzina się sypie”. „Panie, ja już nie mam siły”. I wtedy człowiek czeka, że Jezus przyjdzie od razu. Że natychmiast zadziała. Że wszystko szybko naprawi. A On czasem… zwleka. I to boli najbardziej. Nie sam problem. Nie sama choroba. Ale to, że Bóg nie działa wtedy, kiedy my chcemy.
Maria i Marta też to przeżyły. Obie mówią prawie to samo: „Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł”. To nie jest tylko zdanie. To jest ból. To jest żal. To jest modlitwa, która ociera się o łzy. I Jezus nie odpowiada wykładem. Nie mówi: „uspokójcie się”. Nie mówi: „nie przesadzajcie”. Nie mówi: „musicie bardziej wierzyć”. Najpierw Jezus płacze. To jedno z najpiękniejszych zdań w całej Ewangelii: „Jezus zapłakał”. Bóg nie jest zimny. Bóg nie stoi obok ludzkiego cierpienia. Bóg nie patrzy z dystansu. On wchodzi w nasz ból. On nie tylko przychodzi do grobu Łazarza. On przychodzi też do grobów, które my nosimy w sobie. Bo człowiek może żyć z zewnątrz, a wewnątrz mieć już cmentarz. Pogrzebane marzenia. Pogrzebaną ufność. Pogrzebaną relację. Pogrzebane dobro, które kiedyś w nim było.
I właśnie tam staje Jezus. Nie tylko przy grobie Łazarza sprzed dwóch tysięcy lat. Ale przy grobie twojego serca. I mówi: „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem”. Nie mówi tylko: „daję zmartwychwstanie”. On mówi: „Ja jestem”. Czyli: życie nie jest tylko jakąś ideą, nadzieja nie jest pustym sloganem, ratunek nie jest teorią. Ratunek ma twarz Jezusa.
W pewnym miasteczku żył stary zegarmistrz. Ludzie przychodzili do niego ze starymi zegarami po dziadkach, z budzikami, które się zatrzymały, z wahadłami, które dawno przestały chodzić. Miał mały warsztat, pełen ciszy, pyłu i cierpliwości. Pewnego dnia przyszedł do niego młody człowiek z pięknym, starym zegarem ściennym. Powiedział: „To był zegar mojego ojca. Przestał chodzić w dniu jego śmierci. Nosiłem go do różnych fachowców. Każdy mówił to samo: za stary, mechanizm zużyty, nic z tego nie będzie. Ale może pan jeszcze spojrzy.” Zegarmistrz wziął zegar do ręki. Nie spieszył się. Otworzył obudowę. Długo patrzył. Czyścił, dotykał, słuchał. Młody człowiek po chwili zaczął się niecierpliwić. „Da się czy nie?” zapytał. Starzec odpowiedział spokojnie: „Za szybko chcesz usłyszeć odpowiedź. Są rzeczy, których nie naprawia się siłą. Trzeba najpierw zrozumieć, gdzie umarł ruch.”
Minęła godzina. Potem druga. Młody człowiek siedział już zrezygnowany. W końcu zegarmistrz bardzo delikatnie poruszył jednym maleńkim elementem, którego nikt wcześniej nie zauważył. Nakręcił mechanizm. Przez chwilę była cisza. A potem rozległo się ciche: tik… tak… tik… tak… Młody człowiek aż wstał z miejsca. Patrzył, jakby zobaczył cud. Zegar znowu żył. Zegarmistrz powiedział wtedy: „On nie był martwy. On był zatrzymany. To różnica. A nawet gdyby był bardzo blisko końca, dopóki zna się serce mechanizmu, można przywrócić mu ruch.”[1]
I tak bywa z człowiekiem. Są ludzie, którzy wyglądają normalnie, chodzą, pracują, uśmiechają się, rozmawiają, ale w środku się zatrzymali. Po śmierci kogoś bliskiego. Po zdradzie. Po upokorzeniu. Po latach modlitwy bez odpowiedzi. Po jakimś ciosie, którego nie umieją nazwać. Wszyscy inni mówią: „Daj spokój. Weź się w garść. Idź dalej.” A Jezus nie mówi: „weź się w garść”. Jezus najpierw dotyka tego miejsca, gdzie zatrzymało się życie. On wie, gdzie w nas umarł ruch. Wie, co trzeba oczyścić, co odwiązać, co podnieść, co uzdrowić. I potrafi przywrócić bicie serca tam, gdzie my już słyszymy tylko ciszę.
„Choroba ta nie zmierza ku śmierci”. To zdanie Jezusa może nas dziwić, bo przecież Łazarz naprawdę umarł. Więc co to znaczy? To znaczy, że śmierć nie będzie ostatnim słowem. To znaczy, że to, co wygląda na koniec, nie musi być końcem. To znaczy, że Bóg potrafi wejść nawet tam, gdzie człowiek postawił już kropkę. I to dotyczy nie tylko śmierci biologicznej. To dotyczy też tych wszystkich „końców”, które przeżywamy. My czasem mówimy: to już koniec tej relacji, to już koniec mojego powołania, to już koniec mojego małżeństwa, to już koniec mojej modlitwy, to już koniec nadziei, to już koniec mnie. A Jezus mówi: „Nie mów za wcześnie, że to koniec”. Bo człowiek widzi grób. A Bóg widzi jeszcze drogę. Człowiek widzi kamień. A Bóg widzi moment odsunięcia kamienia. Człowiek czuje zapach rozkładu. A Bóg przygotowuje nowe życie. Marta protestuje: „Panie, już cuchnie. Leży bowiem od czterech dni w grobie”. To bardzo ludzkie. Jakby mówiła: „Panie, za późno. Naprawdę za późno. Nie da się już tego odwrócić.” I właśnie wtedy Jezus działa. Bo Jezus nie boi się tego, co my uznaliśmy za przegrane. Nie boi się tego, co już „śmierdzi”, co jest popsute, skompromitowane, poranione, zaniedbane przez lata. My nieraz chcielibyśmy przynieść Bogu tylko to, co ładne i poskładane. A Jezus idzie właśnie tam, gdzie jest grób.
Pewna kobieta odziedziczyła po rodzicach stary dom z ogrodem. Ogród był kiedyś piękny, ale po latach zaniedbania wszystko zarosło chwastami. Na środku stało stare drzewo. Suche, szare, połamane. Nie miało liści, nie dawało owoców, wyglądało jak martwe. Sąsiedzi mówili: „Wytnij je. Po co trzymasz ten trup drewna w środku ogrodu? Tylko straszy.” Ale kobieta jakoś nie umiała go usunąć. To drzewo sadził jej ojciec. Więc wezwała ogrodnika, starszego człowieka, który znał się na ziemi jak mało kto. Popatrzył na drzewo i powiedział: „Na pierwszy rzut oka wygląda źle. Bardzo źle. Ale zanim je zetniemy, sprawdźmy, czy w środku jest jeszcze życie.”
Podrapał korę w jednym miejscu. Potem w drugim. Wreszcie ułamał maleńką gałązkę i pokazał kobiecie cieniutką zieloną nitkę pod suchą warstwą. „Widzisz?” powiedział. „Jeszcze nie umarło. Jest bardzo osłabione. Jest zaniedbane. Jest niemal wyschnięte. Ale jeszcze żyje.” Przez wiele tygodni oczyszczał ziemię wokół drzewa. Podlewał je. Przycinał martwe gałęzie. Nawoził. Doglądał. Nic się nie działo. Sąsiedzi śmiali się coraz bardziej. Aż przyszła wiosna. Najpierw pojawił się jeden mały pąk. Później drugi. Potem cienkie listki. A po kilku miesiącach drzewo znów stało zielone. Kobieta patrzyła na nie ze wzruszeniem. A ogrodnik powiedział: „Największy błąd ludzi polega na tym, że zbyt szybko ogłaszają śmierć tam, gdzie potrzeba jeszcze cierpliwości.”[2]
I to jest bardzo ewangeliczne. My często wydajemy wyroki za szybko. Na innych i na siebie. Ten człowiek się nie zmieni. Ta rodzina się nie podniesie. Z tego dziecka nic nie będzie. Ta wspólnota już umarła. Ja już nigdy nie wrócę do Boga. A Jezus mówi: „Usuńcie kamień”. To znaczy: daj Mi dostęp. Nie zamykaj przede Mną swojego bólu. Nie zasuwaj grobu na amen. Nie mów: „tu już nie wchodź, Panie Boże, bo to za trudne, za brudne, za wstydliwe, za późne”. Tam, gdzie my widzimy suche drzewo, Jezus jeszcze widzi sok życia. Tam, gdzie my widzimy tylko ruinę, Jezus widzi początek cudu.
Jezus nie przychodzi tylko pocieszać. W tej Ewangelii Jezus nie ogranicza się do współczucia. On nie tylko płacze. On też woła: „Łazarzu, wyjdź na zewnątrz!” To jest słowo mocne. To nie jest tylko czułość. To jest rozkaz życia. Bo prawdziwa miłość Jezusa nie polega tylko na tym, że On nas rozumie. Ale na tym, że chce nas wyprowadzić z tego, co jest grobem. Groby są różne. Dla jednego grobem jest grzech, w który się zaplątał. Dla drugiego zniechęcenie. Dla trzeciego pycha. Dla czwartego uzależnienie. Dla piątego życie bez przebaczenia. Dla szóstego stara rana, którą nosi od lat i już nawet nie wierzy, że można ją uleczyć. Czasem człowiek tak długo siedzi w ciemności, że zaczyna ją uważać za normalność. Tak długo żyje bez pokoju, że myśli, że już inaczej się nie da. Tak długo nosi w sercu gniew, że ten gniew zaczyna nazywać charakterem. Tak długo żyje bez modlitwy, że pustkę nazywa realizmem. I wtedy Jezus mówi: „Wyjdź na zewnątrz”. Wyjdź z zamknięcia. Wyjdź z rozpaczy. Wyjdź z obojętności. Wyjdź z tego grobu, który urządziłeś sobie jak mieszkanie.
Pewien ojciec miał syna, który po bardzo bolesnym rozstaniu z narzeczoną całkiem się zmienił. Kiedyś był pogodny, pełen życia, lubił ludzi, śmiał się głośno. Po tym, co się stało, zaczął zamykać się w sobie. Przestał wychodzić. Nie odbierał telefonów. Unikał znajomych. Prawie nie rozmawiał. W domu miał swój pokój na piętrze. Zasłonięte okna. Wiecznie półmrok. Jedzenie stawiane pod drzwiami. Ojciec próbował delikatnie, potem stanowczo, potem znowu delikatnie. Nic nie działało.
Któregoś dnia nie zapukał. Po prostu usiadł pod drzwiami tego pokoju. Siedział długo. Godzinę, może dwie. W końcu powiedział: „Synu, nie mam wielkich słów. Nie umiem naprawić ci życia. Nie cofnę tego, co się stało. Ale chcę ci powiedzieć jedno. To, że ktoś odszedł, nie znaczy, że ty masz umrzeć za życia.” Po drugiej stronie była cisza. Ojciec mówił dalej: „Możesz jeszcze długo siedzieć w ciemnym pokoju. Tylko pamiętaj, że to nie jest twój dom. To jest tylko twoja kryjówka.” Minęło kilka minut. Potem przekręcił się klucz. Drzwi się otworzyły. Syn nie był od razu szczęśliwy. Nie stał się nagle dawnym sobą. Nie zaczął się śmiać. Ale zrobił pierwszy krok. Wyszedł z pokoju[3].
Czasem największy cud nie polega na tym, że wszystko od razu wraca do normy. Czasem największy cud polega na tym, że człowiek po raz pierwszy od dawna otwiera drzwi. I właśnie tak działa Jezus. On czasem nie zmienia wszystkiego w jednej sekundzie. Ale daje ci siłę, żebyś zrobił pierwszy krok z grobu. A to już jest początek zmartwychwstania.
Słyszymy dziś także takie zdanie: „Rozwiążcie go i pozwólcie mu chodzić”. To też bardzo ważne. Łazarz wychodzi z grobu, ale jeszcze jest owinięty opaskami. Czyli wróciło życie, ale jeszcze trzeba go rozwiązać. To jest bardzo prawdziwy obraz naszego życia duchowego. Człowiek może już spotkać Jezusa, może już wracać do życia, może już pragnąć dobra, ale dalej być czymś związany. Można wyjść z grobu, a jeszcze być spętanym dawnymi lękami. Można zacząć nowe życie, ale dalej nie umieć sobie przebaczyć. Można się nawrócić, ale jeszcze nosić ciężar przeszłości. Dlatego Jezus daje też zadanie wspólnocie: „Rozwiążcie go”. Czyli nie wystarczy powiedzieć człowiekowi: „no to teraz żyj”. Trzeba mu czasem pomóc. Trzeba go podnieść. Wysłuchać. Nie dobić. Nie przypominać mu bez końca, jak wyglądał jego grób. To jest zadanie Kościoła. Nie tylko ogłaszać Ewangelię. Ale pomagać ludziom zdejmować bandaże. Bandaż wstydu. Bandaż winy. Bandaż samotności. Bandaż lęku. Bandaż rozpaczy. Bo są ludzie, których nie zabiła choroba ciała, ale chłód innych. Nie śmierć biologiczna, ale pogarda. Nie grób na cmentarzu, ale ciemność w sercu. A Jezus mówi dziś do nas bardzo jasno: Nie skreślajcie człowieka. Nie ogłaszajcie końca za wcześnie. Nie stawiajcie kropki tam, gdzie Ja jeszcze piszę dalszy ciąg.
Jedno z najbardziej znanych porównań papieża Pope Francis dotyczy Kościoła jako „szpitala polowego po bitwie”. Powiedział to w jednym z pierwszych wywiadów swojego pontyfikatu (2013). Wyjaśniał wtedy bardzo prostą rzecz: Kościół nie jest przede wszystkim instytucją, biurem ani sądem. Najpierw ma być miejscem ratowania człowieka. Franciszek powiedział mniej więcej tak: „Widzę Kościół jako szpital polowy po bitwie. Trzeba leczyć rany. Najpierw rany. Dopiero potem można pytać o inne rzeczy.” Chodzi o prostą logikę. Jeśli ktoś jest ciężko ranny na polu bitwy, lekarz nie zaczyna od badań cholesterolu. Najpierw zatrzymuje krwotok. Tak samo jest z człowiekiem w życiu. Czasem ktoś przychodzi do Kościoła po rozwodzie, po uzależnieniu, po latach bez Boga, po wielkiej krzywdzie, po grzechu, którego się wstydzi. I Franciszek mówi: najpierw trzeba opatrzyć rany. Nie zaczyna się od wykładu moralnego. Najpierw trzeba człowieka podnieść. Co to znaczy w praktyce? Franciszek bardzo konkretnie tłumaczył, co oznacza taki Kościół.
Kościół-szpital to Kościół, który: nie stoi z dystansu wobec ludzkiego bólu; nie zaczyna od potępienia; nie patrzy tylko na przepisy; nie zamyka drzwi przed człowiekiem zranionym Ale: towarzyszy, leczy, słucha, pomaga wracać do życia On często powtarzał, że Bóg nigdy nie męczy się przebaczaniem. To człowiek czasem męczy się proszeniem. Pewna krótka historia, która dobrze to pokazuje. Pewien młody lekarz opowiadał kiedyś o pracy na ostrym dyżurze. W nocy przywieziono człowieka po wypadku. Był pijany, agresywny, krzyczał na wszystkich. Ktoś z personelu powiedział z irytacją: „Sam sobie winien. Po co pił.” Starszy lekarz odpowiedział spokojnie: „To nie jest moment na moralne kazanie. Teraz trzeba go ratować.” Najpierw zatrzymali krwotok. Potem zszyli rany. Dopiero kilka dni później zaczęła się rozmowa o tym, dlaczego w ogóle znalazł się w takim stanie.
I dokładnie o to chodziło Papiezowi Franciszkowi. Najpierw rana. Potem droga uzdrowienia. Bardzo ewangeliczne spojrzenie. To w gruncie rzeczy jest powrót do stylu Jezusa. Jezus najpierw uzdrawiał, potem mówił: „idź i nie grzesz więcej”. Najpierw jadł z celnikami, dopiero potem ich życie się zmieniało. Najpierw dotknął trędowatego, dopiero potem wracała czystość. Jezus nie był lekarzem, który stoi daleko od chorego. On dotykał ran. I Franciszek mówi: Kościół powinien robić to samo. Papież powiedział też kiedyś bardzo prosto: „Kościół nie jest muzeum dla świętych. Jest domem dla grzeszników.” Czyli miejscem, gdzie człowiek może przyjść z raną, z winą, z pogubieniem i nie zostać od razu wyrzucony, tylko zacząć drogę leczenia. Jeśli Kościół jest szpitalem polowym, to są w nim trzy grupy ludzi: ranni – czyli większość z nas; lekarze – którzy pomagają innym; ci, którzy uczą się leczyć Ale najważniejsze jest jedno. W tym szpitalu głównym lekarzem jest Chrystus. Kapłani, wspólnota, Kościół są tylko tymi, którzy pomagają opatrywać rany. Prawdziwe uzdrowienie przychodzi od Niego. Każdemu uzdrowieniu towarzyszy ból.
Dzisiejsza Ewangelia również nie mówi, że nie będzie bólu. Nie mówi, że nie będzie łez. Nie mówi, że nie będzie grobów, strat, chorób i pytań bez odpowiedzi. Ale mówi coś większego: że śmierć nie ma ostatniego słowa, jeśli przychodzi Jezus. On nie zawsze działa szybko. Ale nigdy się nie spóźnia w sensie Bożym. On widzi więcej. Głębiej. Dalej. Dlatego może dziś trzeba Mu powiedzieć prosto: „Panie, oto choruje to miejsce we mnie, które Ty kochasz”. „Panie, stań przy moim grobie”. „Panie, odsuń kamień”. „Panie, zawołaj mnie po imieniu”. „Panie, wyprowadź mnie z tego, co we mnie umarło”. Bo chrześcijaństwo nie zaczyna się od tego, że człowiek sam się podnosi. Chrześcijaństwo zaczyna się od tego, że Jezus woła umarłego po imieniu. I dopóki On woła, dopóki On przychodzi, dopóki On stoi przy grobie, dopóty nie wolno nam mówić: „to już koniec”. Bo On sam powiedział: „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem”.
J 11, 1-45
Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem
Był pewien chory, Łazarz z Betanii, ze wsi Marii i jej siostry, Marty. Maria zaś była tą, która namaściła Pana olejkiem i włosami swoimi otarła Jego nogi. Jej to brat, Łazarz, chorował. Siostry zatem posłały do Niego wiadomość: «Panie, oto choruje ten, którego Ty kochasz». Jezus, usłyszawszy to, rzekł: «Choroba ta nie zmierza ku śmierci, ale ku chwale Bożej, aby dzięki niej Syn Boży został otoczony chwałą».
A Jezus miłował Martę i jej siostrę, i Łazarza.
Gdy posłyszał o jego chorobie, pozostał przez dwa dni tam, gdzie przebywał. Dopiero potem powiedział do swoich uczniów: «Chodźmy znów do Judei».
Rzekli do Niego uczniowie: «Rabbi, dopiero co Żydzi usiłowali Cię ukamienować i znów tam idziesz?»
Jezus im odpowiedział: «Czyż dzień nie liczy dwunastu godzin? Jeśli ktoś chodzi za dnia, nie potyka się, ponieważ widzi światło tego świata. Jeżeli jednak ktoś chodzi w nocy, potknie się, ponieważ brak mu światła».
To powiedział, a następnie rzekł do nich: «Łazarz, przyjaciel nasz, zasnął, lecz idę go obudzić».
Uczniowie rzekli do Niego: «Panie, jeżeli zasnął, to wyzdrowieje». Jezus jednak mówił o jego śmierci, a im się wydawało, że mówi o zwyczajnym śnie.
Wtedy Jezus powiedział im otwarcie: «Łazarz umarł, ale raduję się, że Mnie tam nie było, ze względu na was, abyście uwierzyli. Lecz chodźmy do niego».
A Tomasz, zwany Didymos, rzekł do współuczniów: «Chodźmy także i my, aby razem z Nim umrzeć».
Kiedy Jezus tam przybył, zastał Łazarza już od czterech dni spoczywającego w grobie. A Betania była oddalona od Jerozolimy około piętnastu stadiów. I wielu Żydów przybyło przedtem do Marty i Marii, aby je pocieszyć po utracie brata.
Kiedy więc Marta dowiedziała się, że Jezus nadchodzi, wyszła Mu na spotkanie. Maria zaś siedziała w domu. Marta więc rzekła do Jezusa: «Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł. Lecz i teraz wiem, że Bóg da Ci wszystko, o cokolwiek byś prosił Boga».
Rzekł do niej Jezus: «Brat twój zmartwychwstanie».
Marta Mu odrzekła: «Wiem, że powstanie z martwych w czasie zmartwychwstania w dniu ostatecznym».
Powiedział do niej Jezus: «Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, to choćby umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki. Wierzysz w to?»
Odpowiedziała Mu: «Tak, Panie! Ja mocno wierzę, że Ty jesteś Mesjasz, Syn Boży, który miał przyjść na świat».
Gdy to powiedziała, odeszła i przywołała ukradkiem swoją siostrę, mówiąc: «Nauczyciel tu jest i woła cię». Skoro zaś tamta to usłyszała, wstała szybko i udała się do Niego. Jezus zaś nie przybył jeszcze do wsi, lecz był wciąż w tym miejscu, gdzie Marta wyszła Mu na spotkanie. Żydzi, którzy byli z nią w domu i pocieszali ją, widząc, że Maria szybko wstała i wyszła, udali się za nią, przekonani, że idzie do grobu, aby tam płakać.
A gdy Maria przyszła na miejsce, gdzie był Jezus, ujrzawszy Go, padła Mu do nóg i rzekła do Niego: «Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł».
Gdy więc Jezus zobaczył ją płaczącą i płaczących Żydów, którzy razem z nią przyszli, wzruszył się w duchu, rozrzewnił i zapytał: «Gdzie go położyliście?»
Odpowiedzieli Mu: «Panie, chodź i zobacz!» Jezus zapłakał. Żydzi więc mówili: «Oto jak go miłował!» Niektórzy zaś z nich powiedzieli: «Czy Ten, który otworzył oczy niewidomemu, nie mógł sprawić, by on nie umarł?»
A Jezus, ponownie okazując głębokie wzruszenie, przyszedł do grobu. Była to pieczara, a na niej spoczywał kamień.
Jezus powiedział: «Usuńcie kamień!»
Siostra zmarłego, Marta, rzekła do Niego: «Panie, już cuchnie. Leży bowiem od czterech dni w grobie».
Jezus rzekł do niej: «Czyż nie powiedziałem ci, że jeśli uwierzysz, ujrzysz chwałę Bożą?»
Usunięto więc kamień. Jezus wzniósł oczy do góry i rzekł: «Ojcze, dziękuję Ci, że Mnie wysłuchałeś. Ja wiedziałem, że Mnie zawsze wysłuchujesz. Ale ze względu na otaczający Mnie tłum to powiedziałem, aby uwierzyli, że Ty Mnie posłałeś». To powiedziawszy, zawołał donośnym głosem: «Łazarzu, wyjdź na zewnątrz!» I wyszedł zmarły, mając nogi i ręce przewiązane opaskami, a twarz jego była owinięta chustą. Rzekł do nich Jezus: «Rozwiążcie go i pozwólcie mu chodzić».
Wielu zatem spośród Żydów przybyłych do Marii, ujrzawszy to, czego Jezus dokonał, uwierzyło w Niego.
Wersja krótsza
J 11, 3-7. 17. 20-27. 33b-45
Siostry Łazarza posłały do Jezusa wiadomość: «Panie, oto choruje ten, którego Ty kochasz». Jezus, usłyszawszy to, rzekł: «Choroba ta nie zmierza ku śmierci, ale ku chwale Bożej, aby dzięki niej Syn Boży został otoczony chwałą».
A Jezus miłował Martę i jej siostrę, i Łazarza.
Gdy posłyszał o jego chorobie, pozostał przez dwa dni tam, gdzie przebywał. Dopiero potem powiedział do swoich uczniów: «Chodźmy znów do Judei».
Kiedy Jezus tam przybył, zastał Łazarza już od czterech dni spoczywającego w grobie.
Kiedy więc Marta dowiedziała się, że Jezus nadchodzi, wyszła Mu na spotkanie. Maria zaś siedziała w domu. Marta więc rzekła do Jezusa: «Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł. Lecz i teraz wiem, że Bóg da Ci wszystko, o cokolwiek byś prosił Boga».
Rzekł do niej Jezus: «Brat twój zmartwychwstanie».
Marta Mu odrzekła: «Wiem, że powstanie z martwych w czasie zmartwychwstania w dniu ostatecznym».
Powiedział do niej Jezus: «Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, to choćby umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki. Wierzysz w to?»
Odpowiedziała Mu: «Tak, Panie! Ja mocno wierzę, że Ty jesteś Mesjasz, Syn Boży, który miał przyjść na świat».
Jezus wzruszył się w duchu, rozrzewnił i zapytał: «Gdzie go położyliście?»
Odpowiedzieli Mu: «Panie, chodź i zobacz!» Jezus zapłakał. Żydzi więc mówili: «Oto jak go miłował!» Niektórzy zaś z nich powiedzieli: «Czy Ten, który otworzył oczy niewidomemu, nie mógł sprawić, by on nie umarł?»
A Jezus, ponownie okazując głębokie wzruszenie, przyszedł do grobu. Była to pieczara, a na niej spoczywał kamień.
Jezus powiedział: «Usuńcie kamień!»
Siostra zmarłego, Marta, rzekła do Niego: «Panie, już cuchnie. Leży bowiem od czterech dni w grobie».
Jezus rzekł do niej: «Czyż nie powiedziałem ci, że jeśli uwierzysz, ujrzysz chwałę Bożą?»
Usunięto więc kamień. Jezus wzniósł oczy do góry i rzekł: «Ojcze, dziękuję Ci, że Mnie wysłuchałeś. Ja wiedziałem, że Mnie zawsze wysłuchujesz. Ale ze względu na otaczający Mnie tłum to powiedziałem, aby uwierzyli, że Ty Mnie posłałeś». To powiedziawszy, zawołał donośnym głosem: «Łazarzu, wyjdź na zewnątrz!» I wyszedł zmarły, mając nogi i ręce przewiązane opaskami, a twarz jego była owinięta chustą. Rzekł do nich Jezus: «Rozwiążcie go i pozwólcie mu chodzić».
Wielu zatem spośród Żydów przybyłych do Marii, ujrzawszy to, czego Jezus dokonał, uwierzyło w Niego.
[1] Opowiadanie: “O zegarmistrzu i zatrzymanym zegarze”
[2] Opowiadanie: “O ogrodniku i suchym drzewie”
[3] Opowiadanie: “O człowieku, który zamknął pokój”








