Pierwsze nowożytne igrzyska w Grecji w ogóle by się nie odbyły, gdyby nie pomoc bogatego Greka z Aleksandrii – Georgessa Averoffa, który podarował organizatorom milion drachm. Wcześniej premier bardzo biednej Grecji odmówił Międzynarodowemu Komitetowi Olimpijskiemu pod przewodnictwem barona Pierra de Coubertina. Przychylnie do pomysłu odniósł się za to król Jerzy I. Mimo to w ojczyźnie olimpizmu przeszkodą dla zorganizowania igrzysk był brak praktycznie jakiejkolwiek infrastruktury sportowej. To dzięki ofiarowanym przez Averoffa pieniądzom udało się w osiemnaście miesięcy wybudować owalny marmurowy stadion olimpijski na 60 tysięcy miejsc. Dzięki temu po 1503 latach, 5 kwietnia 1896 roku król Jerzy I mógł dokonać uroczystego otwarcia pierwszych nowożytnych igrzysk olimpijskich. Oczywiście, nie wszystko wyglądało tak jak dzisiaj, bo na przykład zawody pływackie nie odbywały się na basenie, a na zatoce w Pireusie.

Najsłynniejszym zwycięzcą z Aten został grecki pasterz, który wygrał bieg maratoński. Zwycięstwo w tej narodowej dla Greków konkurencji było jakby wielką nagrodą za trud i zapał włożony w przygotowanie pierwszych nowożytnych igrzysk. Dzisiaj powiedzielibyśmy, że Spiridon Louis był wyjątkowo dziwnym człowiekiem, ale wielu wyznawców olimpizmu wolałoby chyba stwierdzić, że to my żyjemy w dziwnym świecie. Spiridon nawet nie nosił się z zamiarem startu w igrzyskach, a o jego występie w pierwszej kolejności zdecydował przypadek.

Co ciekawe, również konkurencji, w której wygrał, pierwotnie w planie zawodów miało nie być. Pierre de Cubertin obawiał się po prostu, czy człowiek jest w stanie powtórzyć wyczyn żołnierza Filippidesa, nie przypłacając tego, tak jak on, swoim życiem. Dwa miesiące przed olimpiadą urządzono więc coś w rodzaju próby. Na dystansie z Maratonu do Aten stanęło dwóch biegaczy. Dobiegł tylko jeden w czasie około 4 godzin, co jednak przekonało barona do tego, że bieg maratoński jest konkurencją wartą rozegrania.

21-letni Spiridon Louis w owym czasie odbywał służbę wojskową. Jednego dnia komendant jego garnizonu miał wygłosić ważny wykład, jednak zapomniał z domu okularów. Młody pasterz zaproponował, że po nie pobiegnie. Z odległego domostwa wrócił z okularami po niespełna dwóch godzinach. Wyczyn ten przekonał komendanta, że jego żołnierz powinien trenować maraton. Przekonał go tak bardzo, że nawet gdy jego podwładny nie zakwalifikował się do igrzysk, użył swoich znajomości, aby Spiridon mógł stanąć na starcie. Stanął obok 24 innych biegaczy.

Początek biegu nie wróżył mu sukcesu, ale jego sprzymierzeńcem był upał, który coraz bardziej dawał się we znaki jego konkurentom. Na 10 kilometrów przed metą Spiridon przyspieszy!, by połykając swoich rywali, wbiec na stadion jako zwycięzca z czasem 2 godziny, 58 minut i 50 sekund. Każdy może sobie wyobrazić, co to oznaczało dla Greków. Znacznie trudniej to, czym zwycięstwo było dla samego Spiridona.

Z miejsca stał się bohaterem narodowym, ale splendory, które na niego spadły, przyćmiłyby nawet te, które znamy z dzisiejszego zawodowego sportu. Z licznych propozycji złożonych mu przez bogatych kupców wszystkie odrzucił. Sam bajecznie bogaty Averoff, który sfinansował przecież budowę stadionu olimpijskiego, zaproponował mu rękę swojej córki.

I w tym przypadku skromny pasterz taktownie odmówił. Ze wszystkich zaszczytów przyjął właściwie tylko jeden – konia i wóz, którym woził wodę po powrocie do swojej wioski, gdzie dalej wiódł swój spokojny pasterski żywot. Na wielkiej arenie pojawił się jeszcze tylko raz, za to w sposób nader symboliczny – jako flagowy reprezentacji Grecji na igrzyskach w Berlinie w 1936 roku wręczył Adolfowi Hitlerowi gałązkę oliwną- symbol pokoju.

Przyglądając się sylwetce, postaci Spiridona Louisa, maratończyka z Aten, mamy przykład odróżnienia dobrze wypełnionego powołania, od zarozumiałego pysznienia się swoimi osiągnięciami i przypisywania sobie nadzwyczajnych zasług w tym, co faktycznie jest tylko naszym często obowiązkiem. Właśnie taka postawa zewnętrznej skromności i uniżenia się, powinna towarzyszyć autentycznej uczciwości, kompetencji, wierności i rzetelności w wypełnianiu swoich codziennych obowiązków.

Niestety dziś panuje zupełnie inny duch. Uczymy się z wszystkich stron, że jeśli chcemy zaistnieć w środowisku, w świecie, zyskać uznanie, pracę, pozycję i stanowisko, trzeba postawić na autoreklamę, na bezczelność i wyrachowanie, trzeba się głośno chwalić ze swoich osiągnięć, rozpychać łokciami i zapominać o skromności. Czasami używane są różne argumenty, aby uzyskać swój cel…

Mały Beniamin usiadł przy biurku, aby napisać list do Pana Boga z prośbą o małą siostrzyczkę. Zaczął tymi słowami: „Kochany Panie Boże, zawsze byłem dobrym chłopcem…” W połowie zdania zatrzymał się i pomyślał: Zapewne Bóg w to nie uwierzy. Podarł kartkę i wrzucił ją do kosza i ponownie zaczął pisać” „Kochany Panie Boże, najczęściej byłem dobrym chłopcem…” I znowu zatrzymał się, myśląc: Z pewnością to Pana Boga nie wzruszy. Kolejna kartka powędrowała do kosza. Strapiony Beniamin poszedł o łazienki, wziął duży ręcznik i rozłożył go w pokoju na tapczanie. Po czym sięgnął po figurkę Matki Bożej, która zajmowała w pokoju honorowe miejsce i była otaczana szacunkiem. Położył ją na tapczanie, owinął delikatnie ręcznikiem i obwiązał sznurkiem. Następnie położył figurkę Matki Bożej na biurku i zaczął kolejny list: „ Kochany Panie Boże, jeśli chcesz kiedykolwiek jeszcze ujrzeć swoją matkę…” I tu wyłuszczył cały swój problem, będąc święcie przekonany, że Pan Bóg zastraszony utratą Matki, z pewnością go wysłucha… (por. Moments for Mothers).

Naiwna, ale jakże ujmująca i autentyczna postawa wiary „małego szantażysty”. W dojrzałym życiu ta wiara przybierze zapewne inny kształt… Ale czy nie przypomina ona może niektóre z naszych zachcianek względem Pana Boga? Jeśli ja zrobię to, to Ty Boże zrobisz dla mnie to… Warunkujemy działanie Pana Boga naszym działaniem i inicjatywą… Redukujemy wtedy Pana Boga do wypełniania tylko naszych zachcianek…

Chrystus uczy nas, byśmy nadziei swego zbawienia nie opierali na własnych osiągnięciach i sukcesach, lecz całym zaufaniem powierzyli je Bożemu miłosierdziu. Upodobnieni do ziarnka gorczycy, wzrastając w skromności i uniżeniu, możemy spodziewać się, że nasze życie zaowocuje efektami nieoczekiwanymi. Czymś co może nas samych bardzo mile zaskoczy…

Dziękujmy Panu Bogu za Jego opiekę nad nami, obecność w codziennych wydarzeniach zwykłych dni. Ta obecność Pana Boga powinna dodawać „skrzydeł” w osiągnięciu calu jakim jest niebo.

 

Bóg nie jest jakąś filozoficzną abstrakcją. Jest On „Bogiem i Ojcem Pana naszego, Jezusa Chrystusa” (Ef. 1,3). Bogiem naszej wiary…

W miarę jak przybywa nam lat, poszerzają się nasze horyzonty. Pojawiają się w naszym życiu coraz to nowe i trudniejsze zadania. Wykonując je wiernie, możemy coraz bardziej pogłębiać swoją wiedzę, a także bogacić nasze życiowe doświadczenie. Ale czy tak się dzieje? Choćbyśmy jednak najusilniej pracowali nad sobą, zdarzają się sytuacje nietypowe, zbyt trudne, które całkowicie nas zaskakują i przerastają. Czujemy się wtedy bezradni i bezsilni. Gorączkowo poszukujemy drogi wyjścia. Mobilizujemy największe swoje siły duchowe. Sięgamy do najciekawszych doświadczeń. Niestety, bywa, że wszystko zawodzi. Najczęściej uciekamy się wtedy po radę i pomoc do bardziej doświadczonych, którzy budzą nasze zaufanie i imponują nam dzielnością i mądrością. Jeśli są nam życzliwi, wczuwają się w naszą sytuację, na jakiś czas podtrzymują nasze siły, chętnie uczestniczą w naszych zmaganiach. Są to prawdziwi przyjaciele, których poznaje się w biedzie. Ich pomoc jest bardzo cenna, ale doraźna. Gdy się oddalają, znowu zostajemy sami z kolejnymi problemami i ze swoją słabością. Co wtedy?

Znany trapista Thomas Merton (1915-1968) urodzony we Francji i wychowany w Stanach Zjednoczonych, autor książek: „Posiew kontemplacji”, „Znak Jonasza”, „Nikt nie jest samotną wyspą”, w pewnym okresie swego życia szukał wiary. Był niewierzącym filozofem i estetą. Spotkał się z mnichem buddyjskim w Londynie. Powiedział mu, że chciałby znaleźć wiarę, może buddyjską- „może mi swoją wiarę przekażesz?” Ten jednak zapytał Mertona z jakiej części świata pochodzi. Okazało się że z Europy. Odpowiedział mu mnich: „W takim razie najbliższa ci jest wiara chrześcijańska, taką ci wiarę sam Bóg podsunął, skoro urodziłeś się w kręgu tej kultury. Poznaj najpierw mistyków chrześcijańskich. Bóg powołując Cię do życia w Europie, powołał cię równocześnie do wyznania, które tam jest najbardziej popularne. Zacznij od tego”. Podsunął mu wtedy Ewangelię i książkę Tomasza a Kempis o naśladowaniu Chrystusa. Dodał: „Nie szukaj egzotyki, wybierz tę wiarę najbliższą, jaką ci Bóg podał”.

Gdy zawodzą wszystkie możliwości, jakimi dysponujemy, gdy sytuacja wydaje się bez wyjścia, a znikąd nie nadchodzi pomoc – warto spojrzeć na to, co przeżywamy, z innej jeszcze perspektywy. Chodzi o perspektywę wiary. W jej świetle można wszystko zobaczyć zupełnie inaczej. Wiara pozwala najpierw uświadomić nam, że trudne sytuacje, kłopoty czy tzw. nieszczęścia, które nas spotykają w życiu – jeśli nie są przez nas wprost zawinione – nie są tylko naszą prywatną sprawą. To nie jest także sprawa zgotowana nam przez złośliwych czy niedojrzałych ludzi, a tym bardziej przez przypadek czy tzw. ślepy los. (Takiego czegoś w świetle wiary w ogóle nie ma!)

W świetle wiary wszystko, co się zdarza w naszym życiu, jest częścią o wiele większej sprawy -sprawy Chrystusowej, sprawy zbawienia. Żeby zatem w pełni zrozumieć to, co nas spotyka, należy to odnieść do Chrystusa, do Jego krzyża i zmartwychwstania.

Filozof francuski Pascal doszedł w końcu do tej samej prawdy. Wielki Francuz górował intelektualnie nad swymi współczesnymi! Mając lat 11, napisał traktat „O dźwięku jako takim”. W 16 roku życia był geniuszem matematycznym i przygotował się do studiów nad stożkami (stereometria). Odkrył znane do dziś „prawo Pascala” – Prawo ciśnienia cieczy. Jednocześnie był genialnym fizykiem. Zajmuje czołowe miejsce wśród myślicieli i sław naukowych wszystkich czasów. Był on myślicielem religijnym tak samo wybitnym, jak naukowcem czy filozofem. Cóż więc uważał Pascal za swoje największe odkrycie? Odpowiedź ukrył na małym zwitku papieru, który nosił tuż przy sercu i który znaleziono po jego śmierci. Ci, którzy przypuszczali, że będzie tam wymieniona jakaś filozoficzna zawiłość czy naukowe odkrycie, przeczytali ze zdumieniem słowa: „Bóg nie jest Bogiem filozofii, jest Bogiem Abrahama, Izaaka, Jakuba i Jezusa. Jest Bogiem naszej wiary…”

Chrystus uczy nas, abyśmy nadziei swego zbawienia nie opierali na własnych osiągnięciach i sukcesach, lecz całym zaufaniem powierzyli je Bożemu miłosierdziu. Upodobnieni do ziarnka gorczycy, wzrastając w skromności i uniżeniu, możemy spodziewać się, że nasze życie zaowocuje efektami nieoczekiwanymi. Czymś co może nas samych bardzo mile zaskoczy… Tego doświadczył…

Hilary Belloc (1870 – 1953), polityk i pisarz angielski, znany był ze swej religijności i szczerości. Gdy kandydował kiedyś do parlamentu jako liberał, zaprzyjaźnieni z nim księża odradzali mu demonstrowanie swojej religijności na wiecach przedwyborczych. Belloc nie posłuchał i już na pierwszym wiecu powiedział: – Panowie, jestem katolikiem. Gdy tylko mogę, chodzę do kościoła. Gdy tylko mogę, klęczę i odmawiam różaniec. Jeżeli odrzucicie mnie z tego powodu, będę dziękował Bogu, że zaoszczędził mi hańby reprezentowania was w parlamencie. Wybrano go większością głosów.

Dziękujmy Panu Bogu za Jego opiekę nad nami, obecność w codziennych wydarzeniach zwykłych dni. Ta obecność Pana Boga powinna dodawać „skrzydeł” w osiągnięciu calu jakim jest niebo.

Łk 17, 5-10

Apostołowie prosili Pana: «Dodaj nam wiary». Pan rzekł: «Gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście tej morwie: „Wyrwij się z korzeniem i przesadź się w morze”, a byłaby wam posłuszna.

Kto z was, mając sługę, który orze lub pasie, powie mu, gdy on wróci z pola: „Pójdź zaraz i siądź do stołu”? Czy nie powie mu raczej: „Przygotuj mi wieczerzę, przepasz się i usługuj mi, aż zjem i napiję się, a potem ty będziesz jadł i pił”? Czy okazuje wdzięczność słudze za to, że wykonał to, co mu polecono?

Tak i wy, gdy uczynicie wszystko, co wam polecono, mówcie: „Słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać”».