Jest taka wietnamska opowieść: Przed wielu laty w wiosce na skraju lasu żyło dwóch braci. Jeden maił na imię Kim, drugi De. De żył samotnie i był biedny. Kim był bogaty i miał mądrą żonę Chuc. Pewnego razu Chuc pyta swego męża, dlaczego nie utrzymują kontaktu ze starszym bratem De, dlaczego jeszcze ani razu nie zaprosili go na obiad? W odpowiedzi, Kim rzekł: „Co powiedzieliby moi przyjaciele, gdyby zobaczyli mojego brata przy stole, biednego i zaniedbanego. Z pewnością poczuli by się obrażeni.” „Pewnego dnia przekonasz się, że brat, nawet leniwy i biedny jest więcej wart d przyjaciół” – dodała żona.

Następnego dnia, Kim wraca do domu i widzi rozpaczającą żonę, która tłumaczy co się stało: „Przyszedł dzisiaj żebrak i chciał obrabować dom, broniąc się popchnęłam go, a on nieszczęśliwie upadł i zabił się. Zwinęłam jego ciało w prześcieradło i ukryłam w komorze. Z pewnością nikt nie uwierzy, że ja nie chciałam go zabić”. Co robić? Żona sugeruje, aby mąż poprosił przyjaciół o pomoc w potajemnym pogrzebaniu zwłok żebraka. Kim posłuchał rady żony. Zwrócił się do przyjaciół o pomoc. Lecz każdy z nich miał wymówkę, żaden nie przyszedł z pomocą. Kim wraca do domu zrozpaczony. Żona radzi, aby poprosił brata. „Ależ ja dla niego nic nie zrobiłem, na pewno nie zechce mi pomóc” – odpowiada Kim. Jednak pod wpływem namowy żony zwrócił się do brata. Brat bez wahania przyszedł z pomocą. Nocą pochowali biednego żebraka w lesie. Jednak następnego dnia rano policja puka do okna, aresztuje Kima wraz z żoną i prowadzi do sądu.

W sądzie obok sędziego, Kim widzi trzech przyjaciół, których prosił o pomoc. To oni zgłosili morderstwo i teraz zeznają przeciw niemu. Kim nie ma wyboru, przyznaje się do winy i prowadzi policję na miejsce pochówku żebraka. We wskazanym miejscu zaczynają kopać. Jakże wszyscy byli zdziwieni, gdy po odkopaniu znaleźli kłodę drzewa owinięta płótnem. Policja żąda wyjaśnień. Wtedy włącza się żona. Mówi, że wymyśliła historie o zabiciu żebraka, aby przekonać swego męża, że na brata można zawsze liczyć, a z przyjaciółmi różnie bywa.

Ta wietnamska opowieść nie ma na celu wyeksponowania sprytu, czy kłamstwa żony. Nie ma także zamiaru pomniejszyć wartości przyjaźni, ale raczej wyeksponować czym jest rodzina dla każdego z nas, czym są więzy krwi. Uroczystość Świętej Rodziny przypomina nam znaczenie rodziny w naszym życiu. Stawia zatem przed nami Świętą Rodzinę jako wzór. Ta rodzina była związana węzami i atmosferą autentycznej miłości. Bez tej atmosfery, każda rodzina, każde małżeństwo polegnie w gruzach.

Jak to jest z rodziną, z małżeństwem? Prorok powiedział o małżeństwie: narodziliście się zjednoczeni i macie zostać zjednoczeni po wszelkie czasy. Pozostaniecie zjednoczeni, aż białe skrzydła śmierci rozdzielą wasze dni. Ale pozostawcie sobie przestrzeń w waszym wspólnym życiu. Pozwólcie, by między wami tańczył wiatr i niebo. Kochajcie się nawzajem, ale nie róbcie z miłości kajdan: starajcie się raczej, by była ona morzem, którego fale kołyszą się pomiędzy brzegami waszych dusz. Śpiewajcie i tańczcie razem i bądźcie radośni, ale pozostawcie każdemu z was chwilę samotności. Dajcie sobie nawzajem wasze serca, ale nie na przechowanie. Bądźcie sobie zawsze bliscy, ale nie stójcie zbyt blisko siebie: ponieważ kolumny świątyni stoją każda osobno. Dąb i cyprys nie rosną w swoim wspólnym cieniu…

W każdym domu powinna być przede wszystkie przestrzeń do życia, tzn. dobra atmosfera, budząca zaufanie i poczucie bezpieczeństwa, a także poczucie przynależności do drugiej osoby, utożsamiania się z nią.

Kiedyś starsze małżeństwo obchodziło 60 rocznicę zawarcia związku małżeńskiego. Starzy pan mówi do swojej żony: – Zofia, nadal po tylu latach jestem Tobą zauroczony! – Co mówisz? – pyta żona – Mów głośniej, bo Cię nie słyszę!!! – Jestem nadal Tobą zauroczony – powtórzył mąż. – Mów głośniej, bo jestem głucha i nie słyszę!!! – Jestem Toba nadal zauroczony – wrzasnął mężczyzna. – Ja Tobą też jestem zmęczona – powiedziała machając ręką małżonka…

Jakże często jest jednak odwrotnie, o co mi chodzi? Kiedyś pewna rodzina zebrała się przy stole. Najstarszy syn oznajmił, że chce poślubić dziewczynę z sąsiedztwa.
„- Ależ przecież jej rodzina nie zostawiła jej ani grosza” – powiedział ojciec z pogardą.
„- A ona sama nie zaoszczędziła też nic” – dodała mama.
„- Ona nie zna się zupełnie na piłce nożnej” – wtrącił się młodszy brat.
„- Jeszcze nigdy nie widziałam dziewczyny z taką komiczną fryzurą” – powiedziała siostra.
„- Ona nie robi nic innego, tylko czyta powieści” – stwierdził wujek.
„- I ubiera się bez smaku” – – skrzywiła się ciocia.
„- Ale nie żałuje pudru i szminki” – podsumowała babcia.
„- Tak, wszystko się zgadza – powiedział syn – ale w porównaniu z wami ma ona ogromną zaletę”. Tak? A jaką? – zapytali wszyscy. „Ona nie ma rodziny”.

Warto zastanowić się, czy scenka, którą przed chwilą opowiedziałem, nie miała może miejsca i w naszym domu? Moi drodzy, własne wizje, patrzenie i ocenianie drugiej osoby nie jedno zniszczyły w przyjaźni, koleżeństwie, ale także i w rodzinie. Kiedyś ktoś powiedział, że z rodziną to tylko dobrze wychodzi się na zdjęciu, nigdzie więcej. Dzieje się tak wtedy, kiedy zachwiana zostaje równowaga między własną opinią, a opinią drugiej osoby. Kiedy na tym tle dochodzi do sprzeczek i kłótni, nawet rękoczynów.

Co w takiej sytuacji robić, aby ratować koleżeństwo, przyjaźń, małżeństwo. I odpowiedzią niech znów będzie prawdziwa historia i mądrość starszej kobiety. Otóż nowo wyświęcony ksiądz zastanawiał się długo nad swoim pierwszym kazaniem, które miał wygłosić na Mszy świętej z okazji ślubu. Podczas spaceru spotkał starszą kobietę, której przyznał się z trapiących go problemów: „Właściwie to zupełnie nie wiem, co mam powiedzieć na kazaniu nowożeńcom”. – „Ach” – odpowiedziała spontanicznie kobieta – „Proszę im powiedzieć, żeby sobie wciąż przebaczali”.

Tak, przebaczenie i miłość są fundamentem w egzystencji człowieka. Zwłaszcza w małżeństwie. Nie jesteśmy w stanie wyeliminować sytuacji konfliktowych w naszym życiu. Ważne jest jednak to, jak do nich podchodzimy. Moi drodzy, życie nie jest łatwe, to prawda. Każdy z nas popełnił, popełnia i będzie popełniał błędy w codziennych sytuacjach życiowych. I można komuś powiedzieć nieudaczniku, nie mogę na tobie polegać, nie mam zaufania, ale czy to jest sposób na wyjście z kryzysu? Każdy kto się wywyższa będzie poniżony. A każdy kto się poniża będzie wywyższony…
Katolicy Ameryki Łacińskiej kultywują piękny zwyczaj bożonarodzeniowy zwany Las Pasadas. Poczynając od 16 grudnia, przez 9 dni trwają wieczorne „święte pielgrzymki”. Maryja i Józef w drodze do Betlejem szukają noclegu. W niektórych regionach rolę Maryi i Józefa gra młode małżeństwo. Józef prowadzi osiołka, na którym siedzi Maryja. Parze towarzyszy procesja z lampionami. Wszyscy śpiewają i modlą się. Stukają do domów i proszą o gościnę. Gospodarz z wielką radością otwiera szeroko drzwi i zwraca się do nich słowami: „Witamy was, wejdźcie do naszego skromnego domu i niech Bóg da schronienie mojej duszy, kiedy opuszczę ten świat”.
To serdeczne powitanie jest zadośćuczynieniem za niegościnność betlejemskich mieszkańców sprzed dwóch tysięcy lat i znakiem gotowości przyjęcia Chrystusa, który przychodzi do nas w gościnę, aby przemienić nasze życie. Aby to życie mogło się przeminić konieczny jest w każdym człowieku gest pochylenie się, schylenia, oddania pokłonu, uznania bóstwa Jezusa. Ciekawe jest, że właśnie dlatego…
Ten, kto chce zobaczyć w Betlejem miejsce narodzin Jezusa, musi się schylić. Wejście do Bazyliki Narodzenia ma bowiem niecały metr wysokości. Kiedyś było znacznie większe, ale przybywający tu średniowieczni władcy mieli niestety w zwyczaju wjeżdżać na koniach do wnętrza kościoła; zmniejszenie otworu miało to uniemożliwić. Możni panowie musieli więc schodzić z konia, jeśli chcieli dostać się do groty narodzenia. I tak to niskie wejście nabrało głębokiej wymowy; do dziś mówi każdemu pielgrzymowi: Człowieku, kimkolwiek byś nie był, pochyl się nad tą wielką tajemnicą! Tylko ten, kto się uniży, umniejszy, stanie się jak dziecko, może zbliżyć się do Dziecięcia, które się tu narodziło, do Wcielonego Boga. Jedynie ten, kto potrafi zejść z „siodła” władzy, zaszczytów, wszechstronnej wiedzy, wyższego wykształcenia, wysokiego mniemania o sobie, samowystarczalności, wiary w osiągnięcia nowoczesnej techniki, zrozumie, co to znaczy, że Bóg stał się Człowiekiem.
Istnieje opowieść o uczonym, który z rozmawiał z żydowskim rabinem na temat tego, czy jest Bóg, czy Go nie ma. „Przestudiowałem mnóstwo mądrych ksiąg, ale w żadnej z nich nie znalazłem Boga” – powiedział uczony. „To znaczy, że ciągle za mało się pochylasz” – odpowiedział nauczyciel. Boga trudno spotkać w mądrych księgach. Trzeba go doświadczyć w życiu, pośrodku życia – i to w postawie pokory. Kto próbuje dumnie jeździć w „siodle” swojej mądrości, nie natrafi w swoim życiu na tajemnicę Boga. Ludzie ubodzy, cierpiący, chorzy, prości o wiele łatwiej odnajdują Boga. Nie inaczej było w Betlejem: prości, niewykształceni pasterze byli pierwszymi, którzy oddali pokłon nowo narodzonemu Synowi Bożemu.

Na szczęście my, ludzie XXI wieku zaczynamy powoli dostrzegać, że potęga nauki nie może nas zbawić, a wysoko rozwinięta technika nie jest w stanie napełnić naszych serc. Zaczynamy pojmować, że wyższy poziom życia to nie wszystko, że tylko wtedy, gdy rozpoznamy i uznamy nad sobą kogoś zdecydowanie wyższego od nas, gdy pochylimy się, ugniemy się przed Bogiem, możemy dobrze i sensownie przeżyć swoje życie. Kto nie czci Boga, ten nie żywi też szacunku dla człowieka. Kto nie idzie za głosem sumienia, ten sam siada na tronie należnym Bogu.

Święta Bożego Narodzenia stawiają nam pytanie: czy jesteście gotowi zgiąć kolana przed Bogiem, oddać Mu cześć i uznać w Nim Pana swego życia? Z groty betlejemskiej nieustannie rozchodzi się wezwanie: miejcie odwagę umniejszyć się, stać się małym przed Bogiem — On dał nam tego przykład!
Tymczasem, patrząc na ogrom zła, jakie może wyrządzić jeden człowiek, odnosi się wrażenie, że jest on na usługach jakiejś nadnaturalnej potęgi zła. Jeden z dziennikarzy obecny na procesie w Norymberdze napisał: „Patrząc na zbrodniarzy hitlerowskich trudno uwierzyć, że ogrom zła, jakiego dokonali, jest tylko ich dziełem. Wydaje się to niemożliwe, aby tak kruchy człowiek o własnej mocy dokonał takiego zniszczenia. Odnosiłem wrażenie, że ci zbrodniarze byli na usługach jakiejś nadprzyrodzonej transcendentnej potęgi zła.

W roku 1964 władze rumuńskie osadziły w więzieniach wiele osób ze względów politycznych i religijnych. Wśród uwięzionych znalazł się ksiądz Richard Wumbrand. Spędził on w więzieniu 14 lat. W książce pt.: „In God’s Underground” opisuje więzienne lata. Przebywał w podziemnej celi, w której cały czas świeciła żarówka. Jedynym meblem była twarda prycza. Do ubikacji wyprowadzał strażnik, na którego nieraz trzeba było czekać długie godziny. Pewnej nocy Richard usłyszał stukanie w ścianę. To jego nowy sąsiad-więzień dawał znaki o sobie. To pukanie denerwowało Wumbrand’a. Później jednak zorientował się, że jego sąsiad, radiooperator chce go nauczyć alfabetu Morse’a. Po opanowaniu tej sztuki porozumiewania się Richard zapytał, czy radiooperator jest chrześcijaninem. Po długiej chwili radiooperator wystukał: „Nie mogę powiedzieć tak”. Przez wiele miesięcy prowadzili ze sobą długie rozmowy. Aż pewnej nocy radiooperator wystukał: „Chciałbym wyznać moje grzechy”. Ta prośba poruszyła bardzo głęboko Wumbrand’a. Spowiedź, przerywana milczeniem, trwała bardzo długo. Gdy radiooperator skończył, ks. Wumbrand głęboko wzruszony przekazał alfabetem Morsa słowa rozgrzeszenia. Był to dramatyczny moment dla tych dwóch mężczyzn. W odpowiedzi na rozgrzeszenie radiooperator wystukał słowa: „To są moje najszczęśliwsze chwile w ciągu moich ostatnich lat”. Autentyczne spotkanie z Chrystusem uwalnia nas od zła i czyni odpornymi na wpływ złego ducha. Dlatego papież Jan Paweł II tak często wołał: „Otwórzcie drzwi Chrystusowi”. Otwórzcie drzwi państw, domów, a przede wszystkim drzwi swoich serc…

Pan Bóg kocha nawet łobuza, widząc w nim to wszystko, co się jeszcze nie rozwinęło, a co mogłoby go zmienić w… świętego. Ktoś kiedyś dobrze to ujął: „Wady są to zalety, które się jeszcze nie rozwinęły”. A czego potrzeba, żeby się rozwinęły? Posłuchajcie…

Żył sobie pewien ogrodnik, który kochał róże tak, jakby były jego dziećmi (bo prawdziwych dzieci nie miał). A kto kocha to: dba, troszczy się, osłania, karmi, broni, poświęca wiele swego czasu (życia)… Tak kochał swoje róże ów ogrodnik. Jak bardzo się więc rozzłościł, gdy zobaczył pewnego dnia na grządce z różami (niebieskimi!) kępę ostów, co kwitły, jak dmuchawce. Powyrywał je natychmiast z korzeniami. Lecz osty chciały żyć, więc pochwytały się mocno ziemi i tym szybciej zaczęły odrastać. Ogrodnik płakał ze złości, choć róże dalej rosły, tylko że w jakim towarzystwie?! Zapytał więc pewnego pustelnika, co ma robić. Pustelnik, który kochał bez wyjątku wszystko, co żyje, powiedział: „Weź i pokochaj te osty, a najbardziej ich kwiaty”. No cóż, nie miał innego wyjścia ogrodnik i zaczął kochać osty MIMO WSZYSTKO.

Po kilku tygodniach do jego ogrodu zaczęli przychodzić inni ogrodnicy, nie mogąc nadziwić się niespotykanie pięknym kwiatom ostów, które kwitły tak błękitnie, iż można było podejrzewać, że albo pożyczyły tego koloru od róż-sąsiadek, albo od błękitu, którego im nikt nie zasłaniał. Ogrodnik już nie wiedział, co kochać bardziej: róże, które z zazdrości zaczęły rosnąć w kolce, czy osty, które tak się zajęły kwitnięciem, że kolce potraciły? Pomyślał więc, że chyba kocha bardziej osty, bo tyle go to kochanie kosztowało. Co więc pomoże rozwijać się temu, co dobre, piękne i kochane? Właśnie: TROCHĘ KOCHANIA I MIŁOŚCI, jak trochę słońca dla kwiatów. A przecież z ludźmi jest tak samo…

Zło lubi straszyć, tak jak szatan chce, by albo w niego nie wierzyć wcale, albo bać się go tak, żeby już żadnego dobrego człowieka nie widzieć, albo już nie wierzyć, że w złym jest jeszcze dobroć, którą trzeba w nim obudzić i pielęgnować. Zło straszy nas z filmowych horrorów, z codziennych wiadomości, z policyjnych programów telewizyjnych, z gazet, a nawet z filmów (niby) dla każdego… Można w końcu uwierzyć, że nie dzieje się nic dobrego, że w każdym z nas siedzi „kawał diabła” lub „półdiablęcia”, po którym wszystkiego złego można się spodziewać. I wtedy przestaje się wierzyć w Dobrego Boga, w to, że dobro i tak zawsze w końcu zwycięży zło, a nawet przestaje się wierzyć w to, że można samemu być tak dobrym, że się nawet o tym nie marzyło. Dlaczego?

Zbliżają się święta, lecz w rodzinie Jasia się nie przelewa. Zdesperowany Jasio pisze list do św. Mikołaja: „Drogi św. Mikołaju, jestem bardzo biedny, ale chciałbym dostać na gwiazdkę klocki Lego, piłkę i kolejkę elektryczna.” Panie na poczcie nie bardzo wiedzą co zrobić z tym listem, gdyż Jasio nie napisał adresu do Mikołaja. Postanawiają przeczytać list. Tak się wzruszają losem biednego Jasia, że postanawiają spełnić jego życzenia. Jednak pracownice poczty same dużo nie zarabiają, więc pieniędzy starczyło tylko na piłkę i klocki. Wysyłają prezenty do Jasia. Po jakimś czasie przychodzi list od Jasia, panie na poczcie otwierają go i czytają: „Drogi Mikołaju dziękuję Ci za wspaniale prezenty, a tę kolejkę to pewnie te złodzieje z poczty ukradły…” To się nazywa wdzięczność…

Bo właśnie gazetowo-ekranowe zło te marzenia w nas systematycznie niszczy. Dlatego im więcej zła się pokazuje, tym więcej trzeba czytać dobrych opowieści, tym więcej z dobrymi ludźmi przebywać i tworzyć wiele dobrych wspólnych rzeczy; tym więcej dobrze ludziom (nawet złym) życzyć i przez „okulary miłości” widzieć dobro, które jak wiosenne kwiatki dopiero pod ziemią się rodzą i w nas rozwijają…

Pamiętajcie: „WADY TO ZALETY, KTÓRE SIĘ JESZCZE NIE ROZWINĘŁY”. Trzeba im pomóc – i w sobie, i w innych. Chrystus jest dla nas chrześcijan: drogą, prawdą i życiem, ale też i pokarmem dającym życie, nie tylko to doczesne, ale przede wszystkim to wieczne. Naśladując Go naszym życiem, mamy pewność, że nie będzie to co prawda droga prosta, ale za to na pewno prowadząca do konkretnego celu jakim jest dom naszego Ojca. Czy chcemy ten cel osiągnąć to już kwestia naszej wolnej woli i zależy to „tylko” od nas samych.

Jest takie opowiadanie pt. Legenda o Miłości, napisana przez anonimowego poetę brazylijskiego: „Pewnego razu była sobie Miłość. Mieszkała w domu usłanym gwiazdami i przyozdobionym promykami słońca. Nadszedł dzień, w którym Miłość zapragnęła piękniejszego mieszkania. Czyż nie dziwny pomysł jak na Miłość? I uczyniła ziemię, a na ziemi uformowała ciało i tchnęła w nie życie. Żywą istotę, którą stworzyła na swoje podobieństwo nazwała człowiekiem. W nim to, we wnętrzu jego serca, Miłość zbudowała sobie dom: malutki, ale pełen życia; niezastąpiony, wciąż niespełniony, tak jak sama Miłość.

Tak oto Miłość zeszła do ludzkiego serca i wcisnęła się tam cała, aby w nim zamieszkać. Tam – w samym środku. Ale któregoś dnia człowiek zaczął zazdrościć Miłości. Zapragnął przywłaszczyć sobie dom, w którym ona zamieszkała. Chciał go mieć tylko dla siebie. Tak oto człowiek wyrzucił z serca Miłość! Zaczął więc napełniać swoje serce wszystkimi bogactwami tego świata. Ono jednak wciąż pozostawało puste. Nawet wszystkie skarby ziemi nie były w stanie wypełnić owej pustki. Smutny człowiek zdobywał w pocie czoła pożywienie. Wciąż był głodny, a jego serce pozostawało okrutnie puste.

Pewnego dnia człowiek postanowił podzielić się własnym sercem z innym stworzeniem żyjącym na ziemi. Dowiedziała się o tym Miłość. Przyoblekła się w ciało, aby podbić serce człowieka. Lecz człowiek rozpoznał Miłość i przybił ją do krzyża. I dalej w pocie czoła trudził się, aby zdobyć pożywienie. Wtedy Miłość przybrała postać pokarmu. Przemieniła się w chleb i pokornie czekała. Kiedy zgłodniały człowiek go zjadł, Miłość powróciła do swego domu, do serca. Odtąd serce człowieka jest pełne życia, bo życie – to Miłość”.

Módlmy się dzisiaj, abyśmy świadomi obecności zła na ziemi nie poświęcali mu zbyt dużo czasu, bo przecież ważniejsza jest miłość, dlatego dobru i dla dobra poświęcajmy nasze krótkie ziemskie życie.