Najpiękniejsza pochwała, jaka wyszła z ust samego Chrystusa, skierowana była pod adresem Jana Chrzciciela. Mówi Chrystus: „Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela. Lecz najmniejszy w królestwie niebieskim większy jest niż on”.

Co Chrystus zatem najwyżej ceni w Janie Chrzcicielu? Wydaje się, że przede wszystkim jego umiłowanie prawdy, bo to ona stanowi jeden z najpiękniejszych klejnotów ludzkiego serca. Instynktownie każdy z nas wie i czuje, kiedy ktoś mówi prawdę, a kiedy nie. To widać w naszych oczach, to widać na naszej twarzy, to promieniuje z całej naszej postawy. Bo prawda zawsze pociąga – jak magnez. I tak było z Janem, do którego tłumy ciągnęły każdego dnia. Jan mówił prawdę, tą prawdą sam żył i tą prawdą dzielił się z innymi.

Przeciwieństwem prawdy jest kłamstwo, zakłamanie, które jest mroczne, ciemne, niewyraźne. Ktokolwiek wejdzie na tą drogę, wcześniej czy później się zgubi albo co najmniej zagubi. Do wyjścia z drogi kłamstwa na drogę prawdy potrzebne jest przede wszystkim: 1. uznanie i przyznanie się, że dotychczasowe życie było kłamstwem, jeśli takie faktycznie było; 2. chęć poprawy. A te dwie postawy zakładają autentyczność, stanięcie w prawdzie i realne spojrzenie na siebie samego oczami dziecka: realne i szczere… Tymczasem…

Pewien człowiek spowiada się następująco: – Dużo przeklinałem, ale też dużo się modliłem – to się wyrównuje. Dużo piłem, ale dużo pościłem – też się wyrównuje. Dużo kradłem, ale dużo rozdałem ludziom – znowu się wyrównuje. W tym momencie spowiednik stracił cierpliwość i krzyknął: – Pan Bóg cię stworzył, a diabeł zabierze do piekła – to też się wyrównuje!

Każdy z nas jest w mniejszym lub większym stopniu grzesznikiem. Nie ma ideałów, nie jesteśmy aniołami!!!

Kiedyś duchowny ujrzał grupę dzieci, która siedziała w kole, a wśród nich był pies. Wtedy ten duchowny zapytał: – Co robią? Jedno dziecko odpowiedziało: – Opowiadamy kłamstwa, a kto wyróżni się największym, otrzyma w nagrodę tego psa. Ksiądz zawołał: „– Naprawdę? Jestem oburzony! Kiedy byłem małym chłopcem, powiedzmy w waszym wieku, nawet nie pomyślałem o tym, by kiedykolwiek skłamać!” Jeden z chłopców powiedział wtedy do kolegi: „Daj mu tego psa. On wygrał!”

Zagubieni w krętych ścieżkach kłamstwa ludzie szukali Jana, wiedząc oczywiście, że On zna prawdę o Bogu, o świecie, o człowieku, i więcej… zna radosną prawdę o zbawieniu. I do tej prawdy wyciągali oni ręce do Jana. Każdy z nas wyciąga również i swoje ręce do prawdy, a broni się przed kłamstwem. Księciem kłamstwa jest szatan. Jednak równocześnie wielu z nas chce spodobać się wszystkim, iść na kompromisy, na układy i układziki czy ustępstwa nie chcąc nikogo ani urazić, czy zdenerwować, albo bezpośrednio powiedzieć tak „prosto z mostu” co leży nam na sercu i co tak naprawdę myślimy i wtedy na nasze usta, mimo, że tego nie chcemy wkrada się kłamstwo. A przecież nie da się spodobać wszystkim, bo „jeszcze się taki nie narodził, który by wszystkim dogodził”, bo różne są opinie, zapotrzebowania, inne podchodzenie i dochodzenie do wielu spraw, zwłaszcza tych związanych z codziennym z życiem.

Jest takie opowiadanie: Jak spodobać się wszystkim? Ojciec z synem zabrali osła na targowisko. Ojciec jechał na grzbiecie zwierzęcia, a chłopiec szedł pieszo. Po drodze, ludzie mówili: „- To niebywałe: duży, silny mężczyzna siedzi na grzbiecie osła, a dziecko musi iść piechotą… To skandal!” Wówczas ojciec ulegając trochę presji społecznej zszedł z osła, a jego miejsce zajął syn. Tłum gapiów zauważył tą radykalną zmianę i skomentował: „- To straszne. Starszy człowiek idzie piechotą, a młody, wysportowany chłopiec jedzie wierzchem. To skandal!” W tej sytuacji obaj oni weszli na grzbiet osła i znowu usłyszeli głosy tłumu: „– To okrucieństwo: dwóch ludzi siedzi na jednym słabym ośle, zameczą zwierzaka-nieboraka! To skandal!”  Więc ci dwaj zeszli z niego i prowadzili go za sznurek. I znów kolejni gapie komentowali głośno: – To jakiś absurd! Chyba zwariowali i po co oni kupili tego osła, który nic nie nosi na swoim grzbiecie, a dwóch ludzi idzie pieszo i się meczą… Po co im ten osioł? To skandal! W końcu obaj wzięli tego osła na własne ręce i zaczęli go nieść, ale nawet wtedy nie zdołali uzyskać poparcia od gapiów z targowiska. W ten sposób zostali uznani za… wariatów.

Prawda czy kłamstwo, to zawsze wybór człowieka. To nie tłum gapiów będzie rozliczany ze swoich wyborów i decyzji, ale sam człowiek. Indywidulanie zdamy sprawę z naszego życia, a nie zbiorowo. A my tak próbujemy często połowicznie rozłożyć odpowiedzialność na pół, byle nie tylko na siebie w myśl zasady: „Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek”. O co mi chodzi. I znowu posłużę się opowiadaniem…

Jeszcze dziś wiele osób pisze ręcznie cyfrę 7 z poziomą kreską w połowie wysokości.
Kreska ta zanikła w większości stylów pisma maszynowego i komputerowego – co można było zauważyć powyżej. Ale czy wiecie, dlaczego ta kreska przetrwała do naszych czasów? Trzeba powrócić do czasów biblijnych, kiedy to Mojżesz wspiął się na górę Synaj. Gdy zostało mu podyktowane 10 przykazań zszedł do swego ludu i zaczął odczytywać im donośnym głosem każde przykazanie. Gdy doszedł do siódmego odczytał: ” – Nie wolno Ci kraść”. Na co z tłumu odezwały się liczne głosy: ” – Skreśl siódemkę, skreśl siódemkę!”

Dlatego w Adwencie, zwłaszcza dziś jest przed nami apostoł prawdy – Jan Chrzciciel. Człowiek, który był otwarty naprawdę, bo ją szukał i kochał ja. Obyśmy i my poprzez własne poszukiwania i refleksję – zwłaszcza w czasie tych rekolekcji – doszli do prawdy, jaką jest sam Jezus Chrystus.

W książce Dale’a Carnagie’go Jak pokonać zmartwienia i poradzić sobie ze stresem czytamy: „Bardzo łatwo stracić nadzieję, kiedy widzimy, że nic nam się nie udaje. Czasami odnosimy wrażenie, że bez względu na to, co zrobimy, nic nie osiągniemy. Poniższa przypowieść pokazuje nam, jak spojrzeć na swoje życie z innej perspektywy.

Młoda kobieta odwiedziła swoją mamę i pożaliła jej się, że życie ostatnio daje jej w kość. Nie potrafiła rozwiązać swoich problemów. Tak bardzo była znużona walką i ciągłą szamotaniną, że miała ochotę się poddać. Miała wrażenie, że gdy tylko udawało jej się uporać z jakimś problemem, natychmiast pojawiał się następny.

Mama zabrała ją do kuchni. Nalał wodę do trzech garnków i każdy z nich postawiła na ogniu. Wkrótce woda zaczęła wrzeć. Do pierwszego garnka kobieta włożyła marchewki, do drugiego jajka, a do trzeciego zmieloną kawę. Usiadła obok córki i w milczeniu wpatrywała się w trzy garnki.

Po około dwudziestu minutach włączyła ogień. Wyłowiła marchewki i przełożyła je do miski, To samo zrobiła z jajkami. Z trzeciego garnka nabrała chochlą kawę i też wlała ją do miski. A potem zwróciła się do córki: „Powiedz mi, co widzisz”.

„Marchewki, jajka i kawę, odpowiedziała córka. Matka poprosiła ją, żeby podeszła do misek i dotknęła marchewek. Córka zauważyła, że są miękkie, Potem mam poprosiła córkę, żeby rozbiła jajko. Po zdjęciu skorupki okazało się, że jajko ugotowało się na twardo. Na końcu kobieta poprosiła córkę, żeby wypiła łyk kawy. Córka uśmiechnęła się, gdy skosztowała kawy i poczuła jej głęboki aromat. A potem zapytała: „O co w tym wszystkim chodzi?”.

Matka wyjaśniła jej, że każda z tych rzeczy spotkała się z tą samą przeciwnością losu: z wrząca woda. I każda z nich zareagowała inaczej. Surowe marchewki były mocne twarde i nieelastyczne. Po zanurzeniu we wrzątku stały się miękkie i słabe. Jajko na początku było delikatne. Jego cienka skorupka chroniła płyn znajdujący się w środku, ale po kilku minutach we wrzątku wnętrze jajka zrobiło się twarde. Najbardziej niezwykłe było to, co stało się ze zmieloną kawą: zmieniła wodę, w której została zanurzona.

„Którą z tych rzeczy jesteś?”, spytała córkę. „Jak reagujesz na przeciwności losu? Jesteś marchewką, jajkiem czy ziarnem kawy?”.

Rozważamy następujące pytania: Kim jestem? Czy jestem marchewką, która wydaje się mocna, ale pod wpływem bólu i przeciwności losu robi się miękka i traci swoją siłę? Czy jestem jajkiem, które na początku ma miękkie serce, ale pod wpływem gorąca twardnieje? Czy byłem wolnym duchem, ale trudna życiowa sytuacja, taka jak śmierć bliskiej osoby, rozstanie czy problemy finansowe sprawiła, że stałem się twardy i nieustępliwy? Czy moja skorupa wygląda tak samo, ale w środku straciłem swoją elastyczność, stałem się zgorzkniały, a moje serce zrobiło się twarde?

A może jestem jak ziarno kawy? Kawa zmienia gorącą wodę – okoliczność będącą źródłem cierpienia. Kiedy woda wrze, wydobywa z kawy jej smak i aromat. Jeśli jesteśmy jak ziarno kawy, problemy w naszym życiu sprawiają, że stajemy się lepsi i zmieniamy sytuację wokół siebie. Czy wznosimy się na wyższy poziom, gdy stajemy przed naprawdę trudnymi przeciwnościami losu? Jak radzimy sobie z problemami? Czy jesteśmy marchewką, jajkiem czy ziarnem kawy?

Najszczęśliwsi ludzie wcale nie mają idealnego życia; po prostu potrafią najlepiej wykorzystać to, co przynosi im los. Fundamentem jasnej przyszłości zawsze jest zapomnienie o przeszłości; nie możemy iść naprzód, dopóki nie przestaniemy przywiązywać wagi do dawnych porażek i żalów.

Żyjmy zgodnie ze starym powiedzeniem: „Kiedy się rodzimy, płaczemy, a wszyscy dookoła nas się uśmiechają. Musimy żyć tak, żebyśmy na końcu to my byli tymi, którzy się uśmiechają, a wszyscy dookoła nas płakali”.

Ojciec z synem wyruszyli na spacer. Wtedy chłopak zapytał, jak to jest z tą elektrycznością biegnącą po drutach rozpiętych między słupami. – Nie wiem – odpowiedział ojciec – o elektryczności nigdy wiele nie wiedziałem… Kilka domów dalej chłopiec zapytał, co powoduje błyskawice i grzmoty. – Prawdę mówiąc – odrzekł ojciec – sam tego nigdy nie rozumiałem. Syn zadawał kolejne pytania przez całą drogę, ale ojciec nie potrafił odpowiedzieć na żadne z nich. Kiedy w końcu zbliżali się znowu do swego domu, chłopak zapytał: – Tato, chyba nie gniewasz się, że zadawałem ci tyle pytań? – Oczywiście, że nie – odpowiedział ojciec. A czego jeszcze masz zamiar się nauczyć…?

W Ewangelii św. Łukasza słyszymy, że aż trzy razy jak tłumy pytały Jana: Cóż mamy czynić? Podobnie jak ten mały chłopiec, tłumy zadawały pytania o bardzo ważnym dla nich znaczeniu. Z tym, że chłopiec zadawał konkretne pytania, a wypadku Jana pytania do niego kierowane były one podane od różnych warstw społecznych. Wiedza Jana jest bardzo prosta, a pytający bardzo wymagający. Faryzeuszom i Uczonym w Piśmie nakazuje dzielić się tym, to posiadają (ubraniem, jedzeniem, piciem); celnikom zaleca uczciwość w swojej pracy (tyle, ile wam wyznaczono); żołnierzom zaś, by byli sprawiedliwi (nie znęcajcie się, nie uciskajcie innych). Trzy pytania, trzy odpowiedzi dla ludzi, którzy „z napięciem snuli domysły w sercach, czy aby Jan nie jest oczekiwanym Mesjaszem”.

Charakterystyczną cechą Jana Chrzciciela jest to, że prócz wymagań i konkretnych wskazówek daje ludziom nadzieję, bo daje perspektywę przyszłości (wieczności). Ale nie głosi siebie, ale Tego, któremu nie jest godzien rozwiązać rzemyka u sandałów – Jezusa. Był tym, który mimo wielu napominań, głosił przede wszystkim dobrą nowinę – nadzieję na lepsze jutro.

Wódz jednego z indiańskich plemion, obozujących u podnóża gór, umierał. Zawołał trzech swoich synów i powiedział: – Umieram, jeden z was musi zostać moim następcą, stanąć na czele plemienia. Niech każdy z was wejdzie na Szczyt naszej świętej góry i przyniesie mi coś pięknego. Moim następcą zostanie ten, kto zdobędzie najbardziej niezwykły prezent. Po upływie kilku dni, synowie powrócili. Pierwszy przyniósł ojcu piękny kwiat, niezwykle rzadki, który rósł na samym wierzchołku góry. Drugi przyniósł kamień – był kolorowy, gładki, okrągły, wygładzony przez deszcze i piaskowe burze. Trzeci syn wrócił z… niczym. Powiedział ojcu: – Ojcze, nie przyniosłem niczego, co mógłbym pokazać. Kiedy stałem na szczycie świętej góry, ujrzałem po drugiej stronie krainę zielonych pastwisk i kryształowo czyste jezioro. Byłem tak zauroczony widokiem i swoimi myślami, że nie mogłem niczego przynieść. Ojciec powiedział: – Ty zostaniesz nowym wodzem naszego plemienia, ponieważ przyniosłeś coś najcenniejszego – widok na lepszą przyszłość.

Jan Chrzciciel został wybrany przez Boga jako ten, który głosił lepszą przyszłość – głosił przyjście Jezusa Chrystusa. Te mocne wymagania, które stawiał przed oczami uczniów, miały ich przygotować do tego przyjścia. Jan zatem stawia przed nami wyzwania, którym należałoby podołać: nakazuje dzielić się tym, co posiadamy z potrzebującymi; wskazuje uczciwość w naszych codziennych obowiązkach, oraz sprawiedliwość w ocenie, relacji z drugim człowiekiem.

Warto, podejmując trud adwentowego oczekiwania na przyjście Pana Jezusa, pamiętać o zaufaniu Panu Bogu w każdym momencie naszego życia. W chwilach radosnych, ale też i ciężkich modląc się do Niego przesiąknięci pokojem, wiarą, miłością i nadzieją. Jak to ma wyglądać?

Pamiętam, jak któryś z moich znajomych opowiadał mi o modlitwie małego Krzysia do Pana Boga. Wcześniej mały chłopiec ogląda wiadomości w TV, a w nich były same katastrofy, klęski żywiołowe, zbrodnie, kłótnie, napięcia – jednym słowem zamieszanie, lęk i samo zło. I kiedy po oglądnięciu tych wiadomości, mały Krzyś klęcząc przed swoim łóżkiem, patrząc na krzyż modlił się tak: „Panie Boże, chroń mamusię i tatusia, siostrzyczkę, babcie i mojego dziadka, oraz przyjaciół ze szkoły, oraz kotka. No i proszę Cię, uważaj na siebie, bo jak jeszcze Tobie coś się stanie, to będzie już po nas…”

Zaufajmy Panu Bogu w naszych codziennych sprawach. W każdej przeżywanej „przygodzie i wydarzeniu dnia codziennego”. Wtedy łatwiej nam będzie podjąć trud codziennego życia i być wytrwałym i konsekwentnym w podjętych adwentowych zobowiązaniach.

Opowiadanie, pt. „Nadzieja”, autor nieznany. W brzuchu ciężarnej kobiety były bliźniaki. Pierwszy zapytał drugiego: „- Wierzysz w życie po porodzie?” „- Jasne. Coś musi tam być! Mnie się wydaje, że my właśnie po to tu jesteśmy, żeby się przygotować na to co będzie potem”. „- Głupoty. Żadnego życia po porodzie nie ma. Jak by to miało wyglądać?” „- No nie wiem, ale będzie więcej światła. Może będziemy biegać, a jeść buzią…” „No to przecież nie ma sensu! Biegać się nie da! A kto widział, żeby jeść ustami! Przecież żywi nas pępowina”. „- No ja nie wiem, ale zobaczymy mamę, i ta się będzie o nas starać”. „- Mama? Ty wierzysz w mamę? Kto to według ciebie w ogóle jest?” „- No przecież jest wszędzie wokół nas… Dzięki niej żyjemy. Bez niej by nas nie było”. „- Nie wierzę! Żadnej mamy nie widziałem, czyli jej nie ma…” „- No jak to? Przecież jak jesteśmy cicho, możesz posłuchać, jak śpiewa albo poczuć jak głaszcze nasz świat. Wiesz, ja myślę, że prawdziwe życie zaczyna się dopiero później…”

Często zdarza wam się tracić nadzieję? Są takie momenty, kiedy wydaje wam się, że nie ma już szans, by coś ułożyło się po waszej myśli? Jest taka przepiękna opowieść, która mówi o tym, że warto wierzyć do końca…

Pewnego ranka, sześcioletnia dziewczynka czekała ze swoją mamą na otwarcie sklepu. Jej piękne, rude włosy i piegi sprawiały, że wyglądała niewinnie i uroczo. Tego dnia, mocno padało. Wokół zebrał się tłum ludzi. Niektórzy irytowali się, inni stali spokojnie. Panowała cisza. W pewnym momencie, dziewczynka odezwała się głośno: – „Mamo, pobiegajmy w deszczu”. – „Co takiego? – spytała ją mama. – „Pobiegajmy w deszczu” – powtórzyło dziecko. – „Nie, kochanie, poczekamy aż troszkę przestanie padać” – padła odpowiedź.  Po krótkiej chwili, dziewczynka znowu poprosiła: – „Mamo, pobiegajmy w deszczu”. – „Będziemy całe mokre, jeśli to zrobimy – odpowiedziała jej mama. – „Nie, mamo. Dziś rano powiedziałaś mi, że nie zmokniemy” – przekonywała ją córka. – „Dziś rano? Kiedy powiedziałam, że możemy biegać w deszczu i nie zmoknąć?” – zdziwiła się jej mama. – „Nie pamiętasz? Kiedy rozmawiałaś z tatą o jego raku, powiedziałaś: „Jeśli nasza wiara pomoże nam przez to przejść, przetrwamy wszystko”. Wokół zapanowała cisza. Mama dziewczynki również przez chwilę myślała o tym, co odpowiedzieć. To był ważny moment w życiu jej córki. Moment, w którym naiwne, niewinne zaufanie może przekształcić się w silną, pozytywną wiarę w to, że „będzie dobrze”. „Kochanie – powiedziała w końcu mama dziewczynki. – Masz rację. Biegnijmy w deszczu.”

Na jednym z kubków, które ktoś sprzedawał za grosze, widniał bardzo piękny napis, który brzmiał tak: „Padła/eś? Powstań, popraw koronę i zasuwaj!”. Myślę, że oddaje on naszą rzeczywistość. Nie ma ludzi, którzy się nie potknęli, czy nawet przewrócili i przy okazji bardzo poranili zarówno siebie, jak i innych wokół siebie, ale najważniejsze jest to, żeby z tego upadku, przewrócenia się, wywrotki, skaleczeń, urazów, a czasami chodzi naprawdę o drobnostki, wyciągnąć konkretne wnioski na przyszłość. Nie jesteśmy doskonali, bo nie jesteśmy Panem Bogiem, ale zostaliśmy stworzeni na obraz Pana Boga. I nawet jeśli sami się potknęliśmy i nie jest nam z tym najlepiej, to proszę nigdy nie pozbawiajmy ludzi nadziei, bo może to jedyne, co im pozostało.

Mamy być świadkami nadziei, bo to jest nasz chrześcijański obowiązek. Alex Kava („Fałszywy krok”) ujął to bardzo ładnie w słowach: „Nadzieja, to mały ptak, który śpiewa gdzieś w nas i którego nie można uciszyć”. Uciszenie tego ptaka to zabicie w kimś chęci do życia.

Pierwsze słowa Orędzia Bożego Narodzenia, jakie rozległy się na ziemi ponad dwa tysiące lat temu, brzmią: Nie bójcie się! (Łk 2, 10). Były to słowa skierowane do pasterzy, którzy bardzo zlękli się, ponieważ ujrzeli anioła. Według przekonań w Starym Testamencie człowiek, który ujrzał anioła – wysłańca Boga – musiał umrzeć. Anioł uspokoił pasterzy. Nie bójcie się – mówił. Nic umrzecie. Oto zwiastuję wam radość wielką… narodzi! się wam Zbawiciel (Łk 2, 11). Jan Paweł II za życia powiedział do nas słowa, które zapamiętamy na zawsze: Przestań się lękać! Zaufaj Bogu, który bogaty jest w miłosierdzie. Jest z tobą Chrystus, niezawodny Dawca nadziei!

Mam nadzieje, że w tych rekolekcjach dostarczyłem Wam trochę treści, które zostawią pytania, na które nie ma do końca jasnych odpowiedzi. Nie ma nigdy pewności, że to nasze myślenie jest tym właściwym, prawdziwym i pełnym. Nawet jeśli jesteśmy przekonani, że znamy prawdę, to zawsze powinna być w nas odrobina „podejrzliwości”, że do końca tak nie jest i że możemy się mylić. O co mi chodzi…

Bruno Ferrero w opowiadaniu pt. “Statek wojenny” pisze: „Pewien wojenny statek patrolował bardzo niebezpieczną część Morza Śródziemnego. W powietrzu wisiało coś złego. Widoczność była słaba, a w dodatku ograniczała ją gęsta mgła. Sam kapitan stanął na mostku i nadzorował swoją załogę. Kiedy zapanowała już ciemność, stojący na posterunku marynarz zawołał: „- Widzę światło!”. „- Czy jest nieruchome, czy się oddala?” – zapytał kapitan. „- Nieruchome, kapitanie, odpowiedział marynarz. Oznaczało to, że wojennemu statkowi zagrażało śmiertelne niebezpieczeństwo zderzenia się z innym statkiem.

Kapitan rozkazał nawigatorowi: „- Wyślij natychmiast znak: płyniemy na siebie, zmieńcie o 20 stopni wasz kierunek”. Po chwili przyszła odpowiedź: „- Lepiej, żebyście wy zmienili kierunek o 20 stopni”. Kapitan jeszcze raz zawołał: „- Przekaż: ja tu jestem kapitanem, zmieńcie kierunek o 20 stopni”. Kolejna odpowiedź brzmiała: „- Ja jestem marynarzem drugiej kategorii. Lepiej dla was, żebyście to wy zmienili kierunek o 20 stopni”. Kapitan rozwścieczył się do końca. „- Przekaż – wrzeszczał już na całe gardło – jesteśmy statkiem wojennym, zmieńcie kierunek o 20 stopni”. Wtedy nadeszła kolejna odpowiedź: „-A ja jestem… latarnią morską”. Wtedy statek wojenny zmienił swój kurs…

Oby te rekolekcje i to spotkanie z Janem Chrzcicielem, Jezusem i Jego Matką Maryją było takim spojrzeniem z innej perspektyw na samego siebie. Popatrzenie z pewnego dystansu, realne, bez upiększania na siebie samego oby było dla nas takim przygotowaniem do Świąt Bożego Narodzenia, które w naszej tradycji są bardzo rodzinne, skupione zwłaszcza na bezbronnym człowieku. Tej wrażliwości wobec maluczkich tego świata uczymy się poprzez życzliwość i otwartość, które poprzez gest otwartej ręki w postaci opłatka dają nam nadzieję, która podtrzymuje nasze doczesne życie. Bez nich, tzn. bez nadziei, wiary, pokoju i miłości nasze życie nie miałoby najmniejszego sensu. Nigdy nie jest za późno…

Jasio mówi do mamy: „- Mamusiu, chciałbym Ci coś ofiarować pod choinkę”. „- Nie trzeba syneczku, ale jeśli chcesz mi sprawić przyjemność, to popraw swoją jedynkę z matematyki”. „- Za późno mamusiu. Kupiłem Ci już perfumy!”.

Zawsze będzie za późno, jeśli nie mamy na coś ochoty, a zwłaszcza na poprawę własnego życia. Zawsze znajdzie się coś ważniejszego, istotniejszego, czemu poświęcamy nasz drogocenny czas, a potem okazuje się, że to nie miało najmniejszego sensu. Ile razy „złapaliśmy się” na tym, że spożytkowaliśmy czas i pieniądze na sprawy mało istotne, nie mające z perspektywy czasu wpływu na to, by polepszyć nasze życie zwłaszcza pod względem naszego ducha. Dzisiejszą pustkę człowiek „zalewa” różnym gadżetami, które nie dają mu pełnej radości z życia, tylko namiastkę szczęścia. Pozostaje pustka duchowa i chęć posiadania coraz więcej. Tymczasem nie weźmiemy tego wszystkiego do grobu, bo wszystko co posiadamy na tej ziemi, pozostanie na niej, „A śmierć zabierze wszystko, co nagromadziłeś – twoją władzę, twoje pieniądze, twój prestiż. Nic ci nie pozostanie, nawet ślad. Całe twoje życie zostanie unieważnione. Śmierć przyjdzie i zniszczy wszystko, co stworzyłeś, śmierć przyjdzie i udowodni, że wszystkie twoje pałace były tylko domkami z kart(Osho, Dojrzałość. Odpowiedzialność bycia sobą”).

Dlatego dziś życzę Wam, by Bóg, który narodził się człowiekiem, usunął z Waszych serc wszelki lęk. Niech na jego miejsce zagoszczą: pokój, radość, miłość i nadzieja. Są to wielcy doradcy, zwłaszcza dziś, gdy zabiegani w „przestrzeni świata”, szukamy tego co wydaje nam się, jest dla nas najlepsze. Niestety, jest to bardzo często namiastka szczęścia. Życzę Wam zatem, aby Święta Bożego Narodzenia przeżyte w duchu wiary, jaka ponad tysiąc lat jest mocą i światłem naszego narodu, pogłębiły w nas jedność, miłość i pokój z Chrystusem, a także między sobą. Niech we wszystkich umocnią ducha, ożywią nadzieję, wiarę i miłość, oraz dadzą pokój i siłę w przezwyciężaniu przeszkód dnia codziennego.