Przed około trzystu laty misja jezuitów w Japonii była bardzo prześladowana. Straszliwe to były czasy dla młodego Kościoła w Japonii. Chrześcijanie bronili się w najodleglejszych dolinach. Ale i tam znajdowali ich cesarscy żołnierze. Chrześcijanie albo musieli wyprzeć się wiary, albo umrzeć. Ich śmierć była straszna. Wieszano ich głową w dół i opuszczano do dołów wypełnionych gnojówką. Aby przedłużyć męczarnie, krępowano przedtem mocno sznurami ciała więźniów, co utrudniało krążenie krwi. Innych wrzucano do gorących źródeł jeziora Unzen. Wielu wyrzekło się wiary, aby uniknąć cierpień. Inni umarli szybko, a jeszcze inni przecierpieli straszne tortury, zanim zmarli. Czci się ich dzisiaj jako świętych męczenników.

W Europie żył w owym czasie młody jezuita Krzysztof Ferreira, człowiek o wielkich zdolnościach przywódczych. Przełożeni zdecydowali się wysłać go do Japonii, aby ożywił misję, zorganizował opór, pocieszał prześladowanych chrześcijan i dodawał im otuchy do wytrwania. Ferreira przyjął powierzone mu zadanie. Zaopatrzony w pełnomocnictwa popłynął do Japonii. Jeszcze w Europie został mianowany zwierzchnikiem misji. W przebraniu kupca, bez przeszkód dotarł do celu. Natychmiast przystąpił do pracy i już po kilku tygodniach dodawał odwagi zrozpaczonym chrześcijanom. Na nowo zorganizował misję japońską, założył Towarzystwo Herbaciane i Towarzystwo Poetyckie. Powstały również inne zamaskowane organizacje, w których skupiali się chrześcijanie nie wzbudzając podejrzeń. Wspólnie uczestniczono we Mszy świętej, poznawano naukę Chrystusa i pocieszano się wzajemnie.

Osiemnastego października 1633 roku policja wykryła czym w istocie były owe zakonspirowane organizacje. Aresztowano Ferreirę podczas Mszy świętej, a wraz z nim wielu chrześcijan. Nikt nie chciał się wyprzeć swojej wiary, zaczęły się więc okrutne tortury. Wszyscy chrześcijanie, którzy w owym dniu zostali aresztowani, pozostali nieugięci. Wszyscy, z wyjątkiem jednego, a był nim zwierzchnik misji Krzysztof Ferreira. Właśnie ten, którego wysłano do Japonii, aby dodawał chrześcijanom odwagi do wytrwania.Za przykładem Ferreiry setki ludzi zaparły się wiary. Ale to jeszcze nie wszystko. Chrześcijanie, zanim poddano ich torturom, stawali przed sądem cesarskim, który ich albo skazywał, albo przyjmował wyrzeczenie się wiary. Ferreirze nie dość było, że ocalił życie za cenę odstępstwa; dał się jeszcze zwerbować jako tłumacz w procesie przeciwko chrześcijanom. Zwierzchnik misji został odstępcą i tak żył latami. Wzywał braci i siostry do zaparcia się wiary i asystował przy ich egzekucjach. Tak było prawie codziennie, lata całe.

Po dziewiętnastu latach, w roku 1652, stary człowiek – wówczas już 74-letni – wstał na rozprawie i powiedział: „Nie zniosę tego dłużej. Wolę umrzeć. Zabijcie również mnie. Jestem chrześcijaninem!!!”

Aresztowano go natychmiast. Torturowano całymi dniami. Tym razem Ferreira pozostał nieugięty i zmarł śmiercią męczeńską. Starzec dokonał tego, czego nie udało się dokonać młodemu mężczyźnie.

Kiedy patrzymy na krzyż i widzimy, że jest w nim miłość Chrystusa, to oznacza, ze jest w nas ogromna wiara. Jeśli bierzemy ten krzyż na własne ramiona i dźwigamy go, jednocześnie modląc się „Bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi”. I to jest nasz heroizm, który po ludzku nie jest do przyjęcia i zaakceptowania. Ten krzyż ze swoją powagą i majestatem chcemy podświadomie odrzucać, bo łamie nasze życie, serce, umysł, ale także i fizycznie jest dla nas nie do zaakceptowania. Jeśli przyjmujemy coś, co wydaje się być – i tak to czujemy – wbrew nam, to jest zgoda na krzyżowanie własnego życia. Dźwiganie tego krzyża bez wiary i miłości do Jezusa jest niemożliwe. Jeśli się nie kocha, to nie jest się gotowym na poświęcenie.

Jest takie opowiadanie „O kijance i białorybie”: Białoryb pojął za żonę kijankę. Jakiś czas żyli spokojnie i szczęśliwie. Ale pewnego dnia kijance zaczęły rosnąć nogi i w całym ciele poczuła tęsknotę za twardym gruntem. Wtedy zwierzyła sie mężowi:

– Słuchaj, mój mężu, muszę iść za głosem wewnętrznym i wkrótce musimy sie przeprowadzić na ląd; byłoby dobrze, abyś i ty powoli przyzwyczajał sie do takiego życia!

– Ależ kochanie- zawołał wytrącony z równowagi białoryb – co ja biedny zrobię? Moje skrzela; moje płetwy…

Kijanka nie słuchała jednak argumentów małżonka, lecz jękliwym głosem zawodziła w kółko:
– Kochasz mnie jeszcze, czy już nie?
– Naturalnie, że cię kocham – wyznał poddańczo białoryb.
– A wiec?!? – podprowadziła do oczywistego wniosku.
I białoryb wyszedł na ląd: po śmierć.

Nie ma granic poświecenia się dla drugiego człowieka. Można poświęcić się dla kogoś lub dla czegoś, dla jakiejś sprawy czy też idei. Tak powstały min. „totalitaryzmy”. Wielu z nas potrafi poświecić naprawdę wiele dla siebie i dla innych, aby zdobyć upragniony cel. Można poświecić się złej sprawie, ale też i dobrej. Dla nas chrześcijan wzorem jest Chrystus, który zaufał Ojcu i daje nam przykład dobrego wykorzystania czasu na tej ziemi. Droga ta, jak wiemy nie była łatwa.

A my, póki żyjemy Chrystusem, dopóty posiadamy moc wyznania wiary. Kiedy odrywamy wzrok od Niego – upadamy! Można to zobrazować przykładem ze starożytnej mądrości greckiej.

Niezwyciężony, wspaniały Alkioneus drwił sobie ze wszystkich ciosów nieprzyjacielskich. Wystarczyło mu dotknąć się tego miejsca ziemi, na którym się urodził, a natychmiast goiły się rany i powracały nowe siły w życiowej walce. Kiedy zaś jego przeciwnik Herakles, porwał go i zaniósł poza granicę ojczyzny, tam dopiero mógł pozbawić go życia – bo oderwał go od korzeni życia. Nic nie powinno nas odłączyć od miłości Chrystusa. On jest dla nas Drogą, Prawdą i Życiem.

Dzisiejszy fragment Ewangelii św. Marka (8, 27-35) mówi nam właśnie o krzyżu Jezusa, ale przede wszystkim o wierze. Dlatego prowokuje to nas do zadania sobie samemu pytania: Po co mówić o wierze? Czym jest wiara? Czy jest przekonaniem? Moi drodzy, TAK!!! trzeba być przekonanym przynajmniej co do jednego: że Bóg jest i że interesują Go nasze sprawy (Hbr 11,6). To jest jakby punkt wyjścia Ale to jednocześnie jest za mało. Apostoł powiada: Wierzysz, że jest jeden Bóg? Słusznie czynisz – lecz także złe duchy wierzą i drżą. Z przekonań rodzi się nowy sposób widzenia rzeczywistości. Horyzonty rozszerzają się niepomiernie. Świat staje się piękniejszy. Nawet samego siebie człowiek widzi w innym świetle. To rodzi entuzjazm i ślad tego widać w Ewangelii.

Odpowiedź Piotra: Ty jesteś Mesjasz, z takiego właśnie ludzkiego entuzjazmu płynie. Jest to bardzo potrzebne człowiekowi! Ale to wszystko mało – wiara w samej swej istocie jest oparciem ludzkiego życia na Bogu. W rezultacie człowiek potrafi na Nim budować całą swoją teraźniejszość i przyszłość. Dziękując Mu również za przeszłość.

Eugene O’Neill do 25 roku życia prowadził tzw. beztroskie życie. Nie liczył się z normami moralnymi, nie miał jakiegoś określonego celu życia. Pewnego dnia poważnie zachorował i znalazł się w szpitalu. Pozostał tam przez dłuższy czas. Ten pobyt stworzył dla niego szansę głębokiego zastanowienia się nad swoim życiem. Odkrył także zdolności pisarskie. Po wyjściu ze szpitala rozpoczęła się jego wspaniała kariera. Jego cierpienie stało się źródłem realizacji życiowego powołania.

Trochę inna sytuacja miała miejsce w życiu Oscara Wilde’a. Za przestępstwo został osądzony w więzieniu. Po odbyciu wyroku zmienił się nie tylko on, ale także jego twórczość. W utworach zaczął ukazywać prawdziwe wartości, które miały odniesienie do wiary w Boga. Zapisał wtedy” „Tam, gdzie jest cierpienie, tam jest święta ziemia”. I w innym miejscu dodał: „W jaki inny sposób, niż tylko przez złamane serce, Chrystus, mój Pan, może wejść w moje życie?”.

W taki sposób nasza wiara często rodzi się i powinna rodzić się w splotach naszych wydarzeń codziennego życia. Często niestety rozwija się w cierpieniu i smutku. Dla wielu wtedy już jest niestety za późno… Tradycyjnie przypowieść mam nadzieje zobrazuje to co chce przekazać…

Było dwóch ludzi. Jeden Bohater, drugi Mięczak. Bohater – człowiek uzdolniony, tryskający życiem, powszechnie lubiany. Człowiek sukcesu. Dobrze zarabiał jako kierownik działu. W tej samej firmie pracował Mięczak. Wiedzę miał ogromną, talenty też. Nie miał jednak siły przebicia. Wobec trudności chował się jak ślimak w muszli. Zostawały mu najmniej efektowne i najgorzej płatne zadania. Taki życiowy niedorajda i pechowiec. Mięczak był człowiekiem religijnym. Wiarę miał prostą, dziecięcą, nie zastanawiał się nad jej zawiłościami, może nawet ich nie dostrzegał. Bohater przeciwnie – lubił dyskutować na tematy religijne, ale tak naprawdę wiara nie interesowała go wcale. Sobie zawdzięczał wszystko.

Któregoś dnia jechali samochodem, z nimi ich dzieci. Z tyłu najechała na nich ogromna wywrotka. Tak nieszczęśliwie, że obie dziewczynki z ciężkimi obrażeniami trafiły do szpitala. „Zrobiliśmy, co możliwe” -powiedział lekarz. Mięczak dwoił się i troił, okazało się, że możliwe są jeszcze inne drogi ratowania dziecka. Mięczak chodził, jeździł, załatwiał. Przeszedł samego siebie. To już nie był ten Mięczak co przedtem. Zaś Bohater bez reszty się załamał. Całymi popołudniami przesiadywał milcząco w fotelu, nie reagował na nic. Dzieci wróciły do domów z bardzo widocznymi śladami przebytego wypadku. Tak już miało zostać do końca ich życia. Córka Bohatera zastała dom pogrążony w smutku. Dlatego jej udziałem stał się smutek. Córka Mięczaka zastała dom pełen nadziei, radości, wręcz entuzjazmu: razem będziemy się uczyć nowego życia, żebyś teraz bardziej niż przedtem cieszyła się życiem. „Teraz? Jak nie potrafię prosto chodzić i na buzi mam blizny?”. Tak, właśnie teraz – odpowiedział – i zobaczysz, że to możliwe. Miał rację. Fizyczna ułomność dziecka zeszła na dalszy plan wobec radości, wobec żywiołowości, jaką potrafił obudzić w niej ojciec.

Ostateczną próbą wiary jest krzyż. Jezus tę próbę przeszedł. A szedł ku niej z pełną świadomością rzucając jej wyzwanie. Piotr, który wtedy tego jeszcze nie rozumiał, został ostro napomniany. A my? Trudno pójść na spotkanie cierpieniu. Jeszcze trudniej, gdy ono zaskoczy znienacka. Dobrze, jeśli zawczasu naszą siłą będzie wiara. Nie zawsze sprawdzają się w życiu tak proste schematy jak przypowieść o Bohaterze i Mięczaku. Ale bez wątpienia wiara jest i powinna być istotnym elementem naszego życia. Bo z jednej strony pozwala przetrwać czas krzyża, z drugiej – dodaje sił, by każdy dzień wypełniać dobrem. Taką wiarę widać poprzez dobre uczynki a nie przez tylko słowa. I o taką wiarę, czyli o wiarę czynów, a nie tylko deklaracji, módlmy się dziś w czasie tej Mszy świętej.

Mk 8, 27-35

Zapowiedź męki Chrystusa

Jezus udał się ze swoimi uczniami do wiosek pod Cezareą Filipową. W drodze pytał uczniów: «Za kogo uważają Mnie ludzie?»

Oni Mu odpowiedzieli: «Za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za jednego z proroków».

On ich zapytał: «A wy za kogo Mnie uważacie?»

Odpowiedział Mu Piotr: «Ty jesteś Mesjasz». Wtedy surowo im przykazał, żeby nikomu o Nim nie mówili.

I zaczął ich pouczać, że Syn Człowieczy wiele musi wycierpieć, że będzie odrzucony przez starszych, arcykapłanów i uczonych w Piśmie; że zostanie zabity, ale po trzech dniach zmartwychwstanie. A mówił zupełnie otwarcie te słowa.

Wtedy Piotr wziął Go na bok i zaczął Go upominać. Lecz On obrócił się i patrząc na swych uczniów, zgromił Piotra słowami: «Zejdź Mi z oczu, szatanie, bo nie myślisz po Bożemu, lecz po ludzku».

Potem przywołał do siebie tłum razem ze swoimi uczniami i rzekł im: «Jeśli ktoś chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z powodu Mnie i Ewangelii, zachowa je».