Paweł, Marta i Piotruś siedzą przy stole. – Mama, daj mi chleba – woła Paweł. Matka nie zareagowała. – Chcę chleba – powtórzył Paweł. A mama? Nie słyszała? Słyszała dobrze i zaczęła opowiadać bajkę: „Był sobie kiedyś czarodziejski ogród. Ze wzgórza widać było rosnące w nim piękne drzewa, kwitnące kwiaty, tryskającą fontannę. Niestety! Brama do ogrodu była zamknięta. Wszyscy chcieli wejść do wewnątrz. Ale jak to zrobić? Może przez mur? Ledwo tak pomyśleli, mur stał się jeszcze wyższy. Może rozwalić bramę? Wzięli dużą belkę i uderzyli w bramę. Na próżno! Drzewo się złamało. Może spalić bramę? Daremny trud! Brama nie zajęła się ogniem. Bezradni ludzie opuścili ręce. Wtedy pod bramę podeszło małe dziecko i wypowiedziało jedno, krótkie słowo „PROSZĘ”. Brama do czarodziejskiego ogrodu otworzyła się natychmiast. Chłopiec wszedł bez przeszkód do środka. Zaczerwieniony ze wstydu Paweł poprosił mamę: – Proszę, podaj mi trochę chleba.

Każdy z nas wezwany jest do przeżycia podróży z Chrystusem jako Jego bliski przyjaciel. Podążając bowiem, czy naśladując i ucząc się od Niego, będziemy w stanie radzić sobie z kłopotami każdego dnia. Mamy zatem przychodzić i pytać się Go, jak radzić sobie z kłopotami i zmartwieniami, ale też dzielić się radością i uśmiechem, bo przecież po to jest przyjaciel. Mamy być tymi, którzy nie są biernymi wykonawcami utartych schematów, ale kreatywnymi naśladowcami Jego przykazań, które mają nam pomóc w codzienności. Chrystus jest dla nas, chrześcijan: drogą i prawdą, ale też i pokarmem dającym życie, nie tylko to doczesne, ale przede wszystkim to wieczne. Naśladując Go każdego dnia, mamy pewność, że nie będzie to co prawda droga prosta, ale za to na pewno prowadząca do konkretnego, upragnionego celu, jakim jest dom naszego Ojca. Czy chcemy ten cel osiągnąć to już kwestia naszej decyzji, która zależy już „tylko” od nas samych. Od nasze woli zależy, czy zaangażujemy się w czynieniu „okruchów miłości” wobec siebie i bliźnich. 

Pewnego razu była sobie Miłość. Mieszkała w domu usłanym gwiazdami i przyozdobionym promykami słońca. Nadszedł dzień, w którym Miłość zapragnęła piękniejszego mieszkania. Czyż nie dziwny pomysł jak na Miłość? I uczyniła ziemię, a na ziemi uformowała ciało i tchnęła w nie życie. Żywą istotę, którą stworzyła na swoje podobieństwo nazwała człowiekiem. W nim to, we wnętrzu jego serca, Miłość zbudowała sobie dom: malutki, ale pełen życia; niezastąpiony, wciąż niespełniony, tak jak sama Miłość. Tak oto Miłość zeszła do ludzkiego serca i wcisnęła się tam cała, aby w nim zamieszkać. Tam – w samym środku. Ale któregoś dnia człowiek zaczął zazdrościć Miłości. Zapragnął przywłaszczyć sobie dom, w którym ona zamieszkała. Chciał go mieć tylko dla siebie. Tak oto człowiek wyrzucił z serca Miłość! Zaczął więc napełniać swoje serce wszystkimi bogactwami tego świata. Ono jednak wciąż pozostawało puste. Nawet wszystkie skarby ziemi nie były w stanie wypełnić owej pustki. Smutny człowiek zdobywał w pocie czoła pożywienie. Wciąż był głodny, a jego serce pozostawało okrutnie puste.

Pewnego dnia człowiek postanowił podzielić się własnym sercem z innym stworzeniem żyjącym na ziemi. Dowiedziała się o tym Miłość. Przyoblekła się w ciało, aby podbić serce człowieka. Lecz człowiek rozpoznał Miłość i przybił ją do krzyża. I dalej w pocie czoła trudził się, aby zdobyć pożywienie. Wtedy Miłość przybrała postać pokarmu. Przemieniła się w chleb i pokornie czekała. Kiedy zgłodniały człowiek go zjadł, Miłość powróciła do swego domu, do serca. Odtąd serce człowieka jest pełne życia, bo życie – to Miłość (Legenda o Miłości, Anonimowy poeta brazylijski).

Jezus miał świadomość tego, że nie jest rozumiany przez swoich słuchaczy. Miłość, o której do nich mówił w tym min. o miłość bliźniego, jak siebie samego, czy też dzielenie się z innymi tym, co się posiada, czy nadstawienie policzka, kiedy ktoś nas krzywdzi, ta nauka zupełnie do nich nie docierała. Byli oni tak bardzo zapatrzeni w siebie i przesiąknięci swoim rozumowaniem świata, prawem, przyjętymi normami społecznymi, że nie byli nie tylko w stanie zrozumieć tego, co do nich mówił, ale w konsekwencji tego nie przyjęli także Jego nauki, która wydawała się być dla nich niedorzeczna i absurdalna. Nie przyjmowali do świadomości tego, że są w jakimś stopniu upośledzeni duchowo, a było to konsekwencją tego, że byli bardzo mocno zapatrzeni w samych siebie, egoistyczni, egocentryczni, nie uwzględniający przy tym swojej ograniczoności i krótkowzroczności. Na czym ona polegała? Aby to wyjaśnić i nakreślić wpierw wysłuchajmy opowiadanie ks. Ryszarda Kopera z jego książki pt. „Nie ma innej ziemi obiecanej”:   

„Piąta ławka w kościele zawsze była pusta. Nawet gdy przyszły święta Bożego Narodzenia czy Wielkanocy i brakowało miejsc, nikt w niej nie siadał. Parafianie woleli dostawiane krzesła niż tę ławkę. Jeśli ktoś z przypadkowych gości usiadł w niej, wtedy kolektorzy wskazywali mu grzecznie inne miejsce. I nikt z tego powodu nie czuł się urażony. Każdy z parafian wiedział, że w piątej ławce nie siadamy. Chociaż nikt tak dokładnie nie wiedział, dlaczego. Piątka ławka wyglądała  identycznie  jak  pozostałe. Była czysta i odnowiona, tak jak inne. Nie było żadnego błędu w jej konstrukcji.

Nie wiadomo, kiedy ławka „obrosła” legendami. Jeden z nauczycieli nastraszył dzieci, mówiąc, że w tej ławce siedzi diabeł. A któż chciałby siedzieć u boku tej istoty? Inny zaś mówił, że to miejsce zajmuje sam Jezus i ze względu na szacunek do Niego nie powinniśmy go zajmować. Mówiono także, że w tej ławce z niewyjaśnionych przyczyn zmarł jeden parafianin i lepiej unikać tego miejsca. Byli i tacy, którzy nie siadali w tym miejscu  ze  względu  na szacunek dla świętości, ponieważ wedtug niektórych podań ławka została wykonana z drzewa  rosnącego  na  świętym  miejscu, a zatem nie godziło się na nim siadać. Ale tak naprawdę, nikt nie  był pewien,  dlaczego piąta ławka jest zawsze pusta i dlaczego nie powinno się w niej siadać.

Z czasem liczba wiernych w kościele zwiększała się, potrzebowano nowych siedzących miejsc, ale nikt z uczestników Mszy św. nie chciał usiąść w piątej ławce. Ostatecznie proboszcz zdecydował się wyjaśnić tajemnicę. Po trzech dniach przeglądania archiwum parafialnego odnalazł notatnik swego poprzednika sprzed 50 lat, w którym było zapisane:,,Parafia nie ma wystarczająco pieniędzy, aby naprawić przeciekający dach. Kościelny przykrył papą piątą ławkę, aby ją zabezpieczyć przed zniszczeniem oraz postawił wiadro, do którego skapywała woda” (na podstawie artykułu ks. Kennetha Bergera Jacksoville opublikowanego w „Journal Comier” z maja 1992 r.).

Przyzwyczajenia, nawyki – szczególnie te dobre – są w naszym życiu potrzebne. Jedno z polskich porzekadeł mówi:,,Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci”. Jeśli wpoimy dzieciom pewne zasady, to możemy spodziewać się, że w wieku dojrzałym będą one owocować. Jednak w pewnych dziedzinach przyzwyczajenia, schematy nawyki, rutyna mogą stać się niebezpieczne, szczególnie wtedy, gdy chodzi o rzeczywistość dynamiczną, rozwijającą się. Przykładem tego jest opowieść o przeciekającym dachu kościoła. Dach został załatany, woda nie kapała już na ławkę,parafianie mogli w niej bezpiecznie zajmować miejsce, ale woleli jej unikać, bo od dawna przyzwyczaili się do tego. Co więcej, wymyślali najdziwniejsze historie, które miały tłumaczyć zaistniałą sytuację.

Taką  dynamiczną  rzeczywistością w naszym życiu jest wiara w Boga. Bóg jest niezmienną i stałą doskonałością, ale nasze pojmowanie i przyjmowanie Go ma charakter dynamiczny i jest ciągłym wzrastaniem do pełni wiary. Dorosły   człowiek   nie   może   się   zatrzymać   na   obrazach i symbolach wiary, które odgrywały ważną rolę w przeży waniu jego relacji do Boga w okresie dziecińs twa. ,,Boziu, Boziu, daj zdrówka” – jest to piękna modlitwa małego dziecka, ale gdyby dorosły człowiek nadal zamykał swoją modlitwę w tych formach, to by znaczyło, że zatrzymał się na pewnym etapie wiary, przyzwyczaił się do zewnętrznych form religijnośc i na nich się skoncentrował, omijając to, co jest najważniejsze.

Faryzeusze byli zbyt skoncentrowani na pewnych odwiecznych zwyczajach, tradycjach, prawach, co było po wodem tego, że żywa, autentyczna wiara ginęła w tych skostniałych przyzwyczajeniach. To było także źródłem konfliktu z Chrystusem, który przynosił dynamiczną  jak ogień rzeczywistość zbawiającej wiary”[1].

Aby była w nas wiara potrzebne jest nasze zaangażowanie bez reszty, oddanie się w całości, poświecenie i zaufanie do końca i to bez żadnych „ale”. Trzeba zaufać Bogu, aby przemienić swoje życie i dzielić się nim z innymi ludźmi jak chlebem, które daje życie, ale nie to ziemskie, ale to wieczne o którym mówi Jezus. Mamy się spalać dla niego, wypełniać Nim nasze wnętrze: serce, rozum, wolę, emocje, pragnienia, plany. Mamy zaufać do końca, ale jak bardzo?  

Istniały kiedyś dwie bryły lodu. Powstały w czasie długiej zimy, w grocie utworzonej z pni, kamieni, krzewów, pośród lasu na stokach góry. Leżały naprzeciwko siebie z ostentacyjną obojętnością. Ich stosunki cechowała pewna oziębłość. Czasami jakieś „dzień dobry”, czasami „dobry wieczór”. Nic ponadto. Nie potrafiły „przełamać lodów”. Każda bryła myślała o drugiej: „Mogłaby chociaż wyjść mi naprzeciw”. Bryły jednak nie mogą samodzielnie wędrować. Z tego powodu nic się nie działo i każda bryła lodu zamykała się jeszcze bardziej w sobie. W grocie mieszkał borsuk. Pewnego dnia stwierdził: – Szkoda, że musicie być tutaj. Jest wspaniały, słoneczny dzień!

Dwie bryły lodu zatrzeszczały ponuro. Od maleńkości wiedziały, że słońce stanowi dla nich wielkie niebezpieczeństwo. Tym razem, o dziwo, jedna z dwóch brył zapytała. – Jak wygląda słońce? – Jest cudowne… Jest życiem… – odpowiedział zaambarasowany borsuk.

– Czy mógłbyś zrobić szparę w sklepieniu tej nory? Chciałabym zobaczyć słońce… – wyznała bryła lodu. Borsuk nie kazał sobie powtórzyć tego dwa razy. Zrobił dziurę w gmatwaninie korzeni i ciepłe, mile światło słoneczne wdarło się niczym złocisty promień. Po kilku miesiącach, w południe, gdy słońce rozgrzewało powietrze, jedna z brył poczuła, że trochę się topi i rozpuszczając się, stawała się przejrzystym strumykiem wody. Czuła się inaczej, nie była już tą dawną bryłą lodową. Druga bryła również zrobiła to cudowne odkrycie. Dzień po dniu, z dwóch brył lodu wypływały dwa strumyki wody, które kierowały się ku wejściu do groty. Po pewnym czasie połączyły się razem, tworząc przejrzyste jeziorko, w którym odbijało się niebo. Dwie bryły lodu odczuwały jeszcze zimno, ale odkryły również swą kruchość i samotność oraz troskę i niepewność. Zdały sobie sprawę, że są podobnie zbudowane, i że w rzeczywistości potrzebują jedna drugiej.

Przyleciały dwa szczygiełki ze skowronkiem i napiły się wody. Owady brzęczały wokół jeziorka, wiewiórka o długim, puszystym ogonie wykąpała się w nim. Wśród tej radości odbijały się dwie bryły lodu, które teraz odnalazły serce.

Takie jest życie człowieka: pełne miłości i poświęcenia bez granic. Ale można tę miłość bardzo łatwo zniszczyć, podeptać, brutalnie zgładzić, choćby jednym złym zdaniem, a czasem i jednym słowem. Tego miał świadomość Jezus, który mówi: „Nie szemrajcie między sobą!”. Miał On świadomość tego, że otwartość na drugiego człowieka może zmienić go na dobre, ale „szemranie poza jego placami” i takie właśnie działanie przeciw niemu, nie jest dla niego pokarmem dającym życie. Szemrania, obmowy, plotki – to one niszczą życie między ludźmi. Są pokarmem, który nie daje energii. Działa raczej jak trucizna, która – jeśli jest wchłonięta przez ludzkie ciało – to działa jak jad węża. Niszczy ona nie tylko wewnętrznie, ale i zewnętrznie. Zabija w nas życie i jego owoce oraz odbiera radość z przeżycia każdego dnia. Przez taką truciznę nasz umysł, ale i nasze relacje z innymi ludźmi są mocno zachwiane. Nie stajemy się pokarmem dla innych, gdy sami jemy zatrute jedzenie.

Jezus wciąż zachęcał do jedzenia i picia ze stołu, który daje moc oczyszczania się ze swoich złych nawyków, wad i grzechów. Tylko przy Jego stole, ale też i sakramencie spowiedzi – rozmowy z Bogiem, możemy poznać, czym jest życiodajna moc Jego słowa. W ten sposób karmimy tak naszego ducha i serce, które są „motorem” naszego działania. Tylko wtedy jesteśmy dobrym pokarmem dla innych ludzi, gdy dajemy im nas samych: dobrym słowem, uśmiechem, zainteresowaniem, dzieleniem się swoją wiarą, nadzieją i miłością. Święty Brat Albert powiedział: „Powinno się być dobrym jak chleb; powinno się być jak chleb, który dla wszystkich leży na stole, z którego każdy może kęs dla siebie ukroić i nakarmić się, jeśli jest głodny”.

J 6, 41-51

Żydzi szemrali przeciwko Jezusowi, dlatego że powiedział: «Ja jestem chlebem, który z nieba zstąpił». I mówili: «Czyż to nie jest Jezus, syn Józefa, którego ojca i matkę my znamy? Jakżeż może On teraz mówić: Z nieba zstąpiłem».

Jezus rzekł im w odpowiedzi: «Nie szemrajcie między sobą! Nikt nie może przyjść do Mnie, jeżeli go nie pociągnie Ojciec, który Mnie posłał; Ja zaś wskrzeszę go w dniu ostatecznym. Napisane jest u Proroków: „Oni wszyscy będą uczniami Boga”. Każdy, kto od Ojca usłyszał i przyjął naukę, przyjdzie do Mnie. Nie znaczy to, aby ktokolwiek widział Ojca; jedynie Ten, który jest od Boga, widział Ojca. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto we Mnie wierzy, ma życie wieczne. 

Ja jestem chlebem życia. Ojcowie wasi jedli mannę na pustyni i pomarli. To jest chleb, który z nieba zstępuje: Kto go je, nie umrze. Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli ktoś spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. Chlebem, który Ja dam, jest moje Ciało, wydane za życie świata».


[1] Ks. Ryszard Koper, Nie ma innej ziemi obiecanej, Rok B, Propozycje rozważań homiletycznych, Częstochowa 2004, ss. 228-232.