W czasie II wojny światowej wielu polskich żołnierzy z armii Andersa stacjonowało w dniach Bożego Narodzenia na Bliskim Wschodzie. Niektórzy z nich mieli łaskę nawiedzenia groty Narodzenia Pańskiego w Betlejem w dzień Bożego Narodzenia. Wchodzący do groty żołnierze otrzymywali zapalone świece. Świeca była potrzebna do rozświetlenia mroku panującego w grocie i stawała się także symbolem Jasności zstępującej z nieba, symbolem Dzieciątka Jezus narodzonego w betlejemskiej stajni. Jeden z żołnierzy wszedłszy do groty zgasił swoją świecę. Przewodnik pyta dlaczego to zrobił, przecież światło świecy będzie mu potrzebne jeszcze przy wyjściu. A żołnierz wtedy odpowiadział: „Chcę zachować tę świecę, która zapłonęła w grocie. Zabiorę ją ze sobą i po zakończeniu wojny, gdy zasiądę z rodziną przy stole wigilijnym, wtedy zapalę tę świecę. Chcę by to światło, które zapłonęło w Betlejem płonęło zawsze w moim domu. Bo to światło przynosi najprawdziwszą miłość, pokój, radość i zbawienie[1].

Takim światłem, za którym powinniśmy podążać przez całe nasze życie jest Jezus Chrystus. To On, każdego dnia przynosi nam prawdziwą miłość, pokój, radość i zbawienie. Każdego dnia czytamy fragmenty Ewangelii, które dają nam refleksję nie tylko o działalności Jezusa, ale także naukę, która uczy nas, jak być wolnymi i szczęśliwymi ludźmi. 

Kiedy klęczymy i modlimy się przy żłobku, Jezus jest w naszym sercu i umyśle. Daje On nam jakąś „magiczną moc”, a tak naprawdę swojego ducha, dzięki któremu zapominamy o codziennych kłopotach i trudach codzienności, ale zarazem czujemy ogromną radość z obecnej chwili. Ta siła tkwi w modlitwie i refleksji nad nowym życiem, które daje nam Jezus przychodząc na świat. W naszym sercu pojawia się radość i wewnętrzy pokój, bo wierzymy, że rodzi się nowe. Ofiarukemy bowiemDzieciątku naszą przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Zawierzmy Jemu, Jezusowi całe nasze życie. 

Święta Bożego Narodzenia dla wielu z nas są takim nostalgicznym, pełnym zadumy i refleksji czasem w czasie, którego z sentymentem wracamy do przeszłości, ciesząc się jednocześnie teraźniejszością, ale patrzymy z optymizmem w kierunku przyszłości. To czas, kiedy nie myślimy tylko o sobie, ale przede wszystkim o innych, którzy są i będą bliscy naszemu sercu. To także takie podsumowanie roku, gdzie wspominamy w refleksji i zadumie o tym, co już poza nami. Dla wielu z nas, Święta Bożego Narodzenia mogą być czasem smutku i zmęczenia i samotności po stracie najbliższych. Przyjęcia świąteczne mogą być wtedy bardzo bolesne, bo przy wigilijnym stole nie ma tych, którzy zawsze byli obecni przy naszym boku. Z którymi dzieliliśmy się wspólnym stołem, a zawsze w Święta Bożego Narodzenia również opłatkiem, czy wyszukanym prezentem, który był przecież okazaniem kochanej osobie miłości. 

Czas przy wigilijnym stole to również uświadomienie sobie priorytetów w naszym życiu. Wartości, jakimi żyjemy i które nadają sens naszej egzystencji bardzo mogą się w nas „wypalić”, albo zapominamy o nich. Dlatego jest to czas, kiedy przypominamy sobie o priorytetach w naszym życiu. Dotyczy to osób, które są ważne w naszym życiu. 

Profesor filozofii stanął przed swymi studentami i położył przed sobą kilka przedmiotów. Kiedy zaczęły się zajęcia, wziął spory słoik po majonezie i wypełnił go po brzeg dużymi kamieniami. Potem zapytał studentów, czy ich zdaniem słój jest pełny, oni zaś potwierdzili. Wtedy profesor wziął pudełko żwiru, wsypał do słoika i lekko potrząsnął. Żwir oczywiście stoczył się w wolną przestrzeń między kamieniami. Profesor ponownie zapytał studentów, czy słoik jest pełny, a oni ze śmiechem przytaknęli. Profesor wziął pudełko piasku i wsypał go, potrząsając słojem. W ten sposób piasek wypełnił pozostałą jeszcze wolną przestrzeń. 

Profesor powiedział: – Chciałbym, byście wiedzieli, że ten słój jest jak Wasze życie. Kamienie – to ważne rzeczy w życiu: Wasza rodzina: żona czy mąż, Wasi rodzice, Wasze dzieci, Wasze zdrowie. Gdyby nie było wszystkiego innego, Wasze życie i tak byłoby wypełnione. Żwir – to inne, mniej ważne rzeczy: pieniądze, mieszkanie albo auto. Piasek symbolizuje całkiem drobne rzeczy w życiu, w tym Waszą pracę. Jeśli nie włożymy kamieni jako pierwszych, później nie będzie to możliwe. Jeżeli najpierw napełnicie słój piaskiem, nie będzie już miejsca na żwir, a tym bardziej na kamienie. 

Tak jest też w życiu: Jeśli poświęcicie całą Waszą energię na drobne rzeczy (np. pracę), nie będziecie jej mieli na rzeczy istotne. Dlatego ważne jest, by zadać sobie pytanie: co stanowi kamienie w moim życiu? Następnie włożyć je jako pierwsze do słoja i dbać o nie. Zostanie Wam jeszcze dość czasu na pracę, dom, zabawę itd. Zważajcie przede wszystkim na kamienie – one są tym, co się naprawdę liczy. Reszta to piasek[2].

Święta Bożego Narodzenia to oddzielenie kamieni od żwiru i piasku. To uświadomienie sobie dla Kogo żyje i po co żyje. To zobaczenia swoich relacji z innymi ludźmi z pewnego dystansu, ale także możliwość przybliżenia się do tych, którzy są daleko ode mnie nie tylko fizycznie, ale też i duchowo. To ci, których może skrzywdziłem, albo sam zostałem skrzywdzony. Gdzie są rany i blizny, których nie zaleczył Jezus i wciąż jest ból i rozgoryczenie. Tymczasem jesteśmy wezwani do tego, aby cieszyć się każdym spotkaniem, człowiekiem i wydarzeniem, które przybliża nas do nieba.  

Pewien król pomyślał sobie kiedyś, że wszystko robiłby prawidłowo, gdyby znał właściwą na to porę; gdyby zawsze wiedział, z jakimi ludźmi ma przestawać, a z jakimi nie; i gdyby zawsze miał rozeznanie, które z jego dzieł jest najważniejsze. Zwołał wszystkich uczonych mężów swojego kraju, ale udzielili mu oni odpowiedzi, które nie były dla niego zadowalające. Postanowił wówczas spytać o to słynącego z wielkiej mądrości pustelnika. Pustelnik przekopywał właśnie grządki przed swoją chatą i sprawiał wrażenie wyczerpanego. Król wziął łopatę i kopał godzina po godzinie ziemię, zaś pustelnik przez cały czas milczał. 

O zmierzchu przyszedł z lasu brodaty mężczyzna z ciężkimi obrażeniami. Pustelnik wraz z królem pielęgnowali go, jak tylko mogli najlepiej. Tak to zastał ich wieczór. Król był w końcu tak zmęczony, że zasnął na progu. O świcie brodaty mężczyzna wyznał mu słabym głosem, że chciał go zabić z powodu wyroku śmierci dla swego brata, ale teraz, skoro uratował mu życie, będzie służył królowi po kres swoich dni wraz ze swoimi synami. 

Król wybaczył mężczyźnie, obiecał przysłać swojego lekarza i udał się ponownie do pustelnika, aby przedłożyć mu swoje trzy pytania. „Już przecież otrzymałeś odpowiedź”, odrzekł pustelnik. „Gdybyś wczoraj nie przejął mojej pracy, człowiek ten napadłby na ciebie. A zatem kopałeś moje grządki we właściwej porze, ja byłem najważniejszym człowiekiem, zaś najważniejszym dziełem było wyświadczone mi dobro. Następnie był czas na pielęgnowanie tego zranionego człowieka, to było wtedy rzeczą najważniejszą; inaczej wykrwawiłby się bez pojednania z tobą. Wówczas to on był dla ciebie najważniejszych człowiekiem, a to, co dla niego zrobiłeś, najważniejszym dziełem. 

Zapamiętaj więc sobie: Najważniejszym czasem jest zawsze dana chwila. Najważniejszym człowiekiem jest zawsze ten, z którym los nas w danej chwili zetknął. A najważniejszym dziełem jest zawsze czynienie mu dobra….. To jest życiowym powołaniem człowieka”…[3]

Jesteśmy stworzeni z miłości i dla miłości przez samego Boga. To on jest dawcą życia, którego nikt nie może nam odebrać. A jeśli to robi, to działa przeciw Bogu i z tego będzie przed Jego obliczem rozliczony. Lepiej, żeby się nie narodził, niż zdał sprawę ze swoich złych i niecnych czynów. Człowiek bowiem jest stworzony, aby siał miłość i dobroć, którą, jeśli się dzieli w około siebie, wtedy mamy przedsionek nieba na ziemi. Dzielenie się miłością to nasz chrześcijański obowiązek, abyśmy „siali miłość tam, gdzie panuje nienawiść”. 

Jest taka „Przypowieść o utraconej miłości”, która mówi o tym, że „był sobie kiedyś pewien mały chłopiec, a może już nie taki mały. Ale był i jest (choć już nie taki mały). Miał rodzinkę, w której MIŁOŚĆ z trudem torowała sobie w codzienności drogę. Ale trwała w jedności… Ten chłopiec dorastał, poznawał świat, ludzi… Myślał, że wie czego chce. Więcej, wydawało się że lepiej wie niż najbliżsi. Przestał ich słuchać, przestał słuchać głosu serca, a zaczął słuchać kolesiów z podwórka. I to oni byli dla niego drogowskazem na dalsze życie. Pewnego razu nastąpiła wielka kłótnia między nim a ojcem. Tak wielka, że nastały dni kiedy przechodzili obok siebie obojętnie, w milczeniu, jak obcy na osiedlowej uliczce. I tak dni płynęły… 

O co się pokłócili? Pewno o nic istotnego, o nic za co warto byłoby niszczyć MIŁOŚĆ… Ojciec kilka razy wychodził na spotkanie, szukając okazji do zgody, a on za każdym razem odtrącał rękę wyciągniętą na pojednanie… Pewnego jednak razu stała się rzecz straszna… ojciec nie wrócił do domu… nagle w ciągu jednej chwili zabrakło ukochanego człowieka (o czym zrozumiał później)… w domu zrobiło się cicho, pusto, smutno… Chłopiec już nic nie mógł zrobić, ani podać dłoni na zgodę, ani powiedzieć „przepraszam”, „dziękuje za wszystko”, „kocham”… I wtedy jego serce „umarło” a z oczy wypłynęły dwie duże łzy… Ale czas goi rany, choć tej nigdy DO KOŃCA ŻYCIA NIE ZAGOI, tak więc ten mały chłopiec rozejrzał się wokoło zobaczył, że nie jest sam, ale że obok jest mama, rodzeństwo… i zaczął ich kochać, kochać, kochać… bo się bał, że znowu nie zdąży powiedzieć KOCHAM! 

Jaki z tego morał? Może ten znany z wiersza ks. Twardowskiego „Spieszmy się kochać ludzi bo tak szybko odchodzą…” Kochajmy, bo czas mija, ludzie odchodzą… a my ciągle kochamy nie tych , których mamy kochać… Kochamy siebie, kochamy swoją racje, kochamy swoje plany i marzenia… A obok są ludzie, i to blisko nas, którzy umierają z braku MIŁOŚCI… * Miłości utraconej(?) a może właśnie odzyskanej tracąc kogoś – kogoś odnalazł… ale czy musimy coś tracić by coś odnaleźć? Odpowiedzią są nasze codzienne wybory i na pozór drobne ale istotne oznaki naszej miłości”[4].

To opowiadanie oddaje chyba istotę tych Świąt Bożego Narodzenia. To Bóg, który jest miłością rodzi się w naszych sercach. To On daje nam wiarę, nadzieję i miłość, które, jeśli będą przez nas praktykowane i wprowadzane w codzienne życie, to wtedy rodzi się w nas nowe, przemieniające, budujące i dające wolność. A jedynie w wolności stać nas na wielkie rzeczy. Na odnowę naszego ducha, który potrafi zdziałać cuda w naszym doczesnym życiu, wywracając je czasami do góry nogami, ale tylko po to, aby zobaczyć więcej w świetle Jezusa Chrystusa. To On do nas przychodzi pod postacią małego, niewinnego dziecka, które swoją niewinnością, otwartością i zaufaniem przemienia oblicze tej ziemi. 

Chrystus żyje – dziś się nam narodził… aby to On był źródłem naszej nadziei, miłości i pokoju. Oby „gwiazda wiary” prowadziła Wasze kroki ku Chrystusowi i dała pewność w każdej chwili ten naszej wędrówki przez tę ziemię, która jest dziś pełna niepokoju i niebezpieczeństw, potencjalnych wojen i konfliktów, gdzie wielu może stracić życie. 

Pierwsze słowa Orędzia Bożego Narodzenia, jakie rozległy się na ziemi ponad dwa tysiące lat temu, brzmią: Nie bójcie się! (Łk 2, 10). Były to słowa skierowane do pasterzy, którzy bardzo zlękli się, ponieważ ujrzeli anioła. Według przekonań w Starym Testamencie człowiek, który ujrzał anioła – wysłańca Boga – musiał umrzeć. Anioł uspokoił pasterzy. Nie bójcie się – mówił. Nic umrzecie. Oto zwiastuję wam radość wielką… narodzi! się wam Zbawiciel (Łk 2, 11).

Życzę, aby Bóg, który narodził się człowiekiem, usunął z Waszych serc wszelki lęk. Niech na miejscu lęku zagoszczą: pokój, radość i nadzieja. Są to wielcy doradcy, zwłaszcza dziś, gdy zabiegani w „przestrzeni świata” szukamy tego, co wydaje nam się często, że jest dla nas najlepsze. Dlatego życzę Wam z całego serca, aby Święta Bożego Narodzenia przeżyte w duchu wiary, jaka ponad tysiąc lat jest mocą i światłem naszego narodu, pogłębiły w nas jedność, miłość i pokój z Chrystusem, a także między sobą. Niech we wszystkich umocnią ducha, ożywią nadzieję, wiarę i miłość, oraz dadzą siłę w przezwyciężaniu przeszkód dnia codziennego. 

Na zakończenie modlitwa św. Franciszka z Asyżu. Niech nam towarzyszy na najbliższy rok:  

O Panie, uczyń z nas narzędzia Twojego pokoju,
Abyśmy siali miłość tam, gdzie panuje nienawiść;
Wybaczenie tam, gdzie panuje krzywda;
Jedność tam, gdzie panuje zwątpienie;
Nadzieję tam, gdzie panuje rozpacz;
Światło tam, gdzie panuje mrok;
Radość tam, gdzie panuje smutek.
Spraw abyśmy mogli,
Nie tyle szukać pociechy, co pociechę dawać;
Nie tyle szukać zrozumienia, co rozumieć;
Nie tyle szukać miłości, co kochać;
Albowiem dając, otrzymujemy;
Wybaczając, zyskujemy przebaczenie,
A umierając, rodzimy się do wiecznego życia.
Przez Chrystusa Pana naszego.
Amen.

J 1, 1-18

Słowo stało się ciałem

Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, z tego, co się stało.

W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła.

Pojawił się człowiek posłany przez Boga, Jan mu było na imię. Przyszedł on na świadectwo, aby zaświadczyć o światłości, by wszyscy uwierzyli przez niego. Nie był on światłością, lecz został posłany, aby zaświadczyć o światłości.

Była światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi. Na świecie było Słowo, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego – którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili.

A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy.

Jan daje o Nim świadectwo i głośno woła w słowach: «Ten był, o którym powiedziałem: Ten, który po mnie idzie, przewyższył mnie godnością, gdyż był wcześniej ode mnie». Z Jego pełności wszyscy otrzymaliśmy – łaskę po łasce.

Podczas gdy Prawo zostało dane za pośrednictwem Mojżesza, łaska i prawda przyszły przez Jezusa Chrystusa.

Boga nikt nigdy nie widział; ten Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca, o Nim pouczył.

 

Wersja krótsza

J 1, 1-5. 9-14

Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, z tego, co się stało.

W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła.

Była światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi. Na świecie było Słowo, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego – którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili.

A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy.


[1] Światło z Betlejem, https://ryszardkoper.com.pl/przyklad/page/17/

[2] Opowiadanie pt. „Kamienie”

[3] Życiowe powołanie, autorem tej bajki jest Lew N. Tołstoj

[4] Przypowieść o utraconej miłości