3 N. Wielkanocna, Chleb życia, Łk 24, 13-35 

Total
0
Shares

W pewnym domu mieszkała starsza kobieta, która słynęła z tego, że piekła najlepszy chleb w całej okolicy. Ludzie przychodzili do niej nie tylko po chleb, ale też po radę i zwykłą rozmowę…

Pewnego dnia przyszła do niej młoda dziewczyna. Była zmęczona życiem. Rozczarowana ludźmi. Mówiła: – Ja już nie wierzę w ludzi. Każdy myśli tylko o sobie. Każdy coś udaje. Nie ma sensu się starać. Staruszka nic nie odpowiedziała. Postawiła na stole trzy rzeczy: miskę z mąką, dzbanek z wodą i małą miseczkę z zaczynem. – Co widzisz? – zapytała. – Mąkę. Wodę. I trochę czegoś, co wygląda jak stare ciasto. – Spróbuj samej mąki. Dziewczyna wzięła odrobinę do ust i skrzywiła się. – Suche. Bez smaku. – A woda? – Sama w sobie nic szczególnego. – A zaczyn? – Kwaśny. Też niezbyt dobry. Staruszka uśmiechnęła się lekko. – Widzisz, osobno to wszystko jest przeciętne. A czasem wręcz nieprzyjemne. Ale kiedy to połączysz, kiedy dasz czas, kiedy pozwolisz temu pracować… powstaje chleb. Dziewczyna milczała.

Staruszka zaczęła mieszać składniki. – Życie jest trochę jak ta mąka. Suche. Zwyczajne. Czasem ciężkie. Relacje z ludźmi są jak woda. Raz ich za dużo, raz za mało. A trudne doświadczenia… są jak zaczyn. Kwaśne. Niewygodne. Takie, które najchętniej byś wyrzuciła. – To po co one są? Staruszka spojrzała jej w oczy. – Bo bez zaczynu nie ma chleba. Zamieszała jeszcze chwilę i dodała: – Jeśli odetniesz się od ludzi, zostaniesz jak ta mąka. Sucha. Sama. Jeśli odrzucisz trudne doświadczenia, nie urośniesz. A jeśli nie dasz sobie czasu… nic się nie wydarzy. Potem przykryła ciasto i powiedziała: – Teraz trzeba poczekać. – Ile? – Tyle, ile potrzeba.

Po kilku godzinach dziewczyna wróciła. Ciasto wyrosło. Upiekły razem chleb. Kiedy go przekroiły, zapach wypełnił cały dom. Staruszka podała jej kawałek. – Spróbuj teraz.  Dziewczyna ugryzła i uśmiechnęła się pierwszy raz od dawna. – Jest dobry. – Widzisz… – powiedziała staruszka cicho – Bóg potrafi zrobić chleb nawet z tego, co w tobie wydaje się suche, trudne i kwaśne. Tylko nie uciekaj. Pozwól Mu działać. I nie zamykaj się na innych. Bo chleb nigdy nie powstaje w pojedynkę[1]. Twoje życie nie zawsze będzie „smaczne” na pierwszy rzut oka. Ale jeśli pozwolisz Bogu działać, a sobie być wśród ludzi, z tego, co zwyczajne, trudne i nawet gorzkie, może powstać coś naprawdę dobrego.

Ewangelia o uczniach idących do Emaus jest jedną z najbardziej ludzkich scen w całym Piśmie Świętym. Dwóch ludzi idzie drogą. Są rozczarowani. Smutni. Zawiedzeni. Mają wrażenie, że wszystko się skończyło. Mówią: „A myśmy się spodziewali…” To bardzo ludzkie zdanie. Ile razy człowiek tak mówi: a ja się spodziewałem, że będzie lepiej, że Bóg zadziała inaczej, że ten człowiek mnie nie zawiedzie, że ta rodzina będzie bardziej zjednoczona, że życie potoczy się inaczej. Ci dwaj uczniowie nie szli tylko drogą do Emaus. Oni szli drogą własnego bólu, zawodu i rozbitych nadziei.

I właśnie wtedy przychodzi Jezus. Nie z daleka. Nie z piorunem. Nie z wielkim hałasem. Po prostu idzie obok nich. To ważne. Chrystus bardzo często przychodzi cicho. Idzie obok człowieka. Słucha. Pozwala się wygadać. Nie wchodzi od razu z gotową odpowiedzią. Najpierw pyta: „Cóż to za rozmowy prowadzicie ze sobą w drodze?” Bóg interesuje się tym, co nosisz w sercu. Interesuje Go twoje zmęczenie. Twoje rozczarowanie. Twoje pogubienie. A potem dzieje się coś niezwykłego. Najpierw Jezus wyjaśnia im Pisma. A później siada z nimi do stołu. Bierze chleb. Błogosławi. Łamie. I podaje im. Wtedy otwierają im się oczy. I poznają Go przy łamaniu chleba. Nie przy wielkim cudzie. Nie przy huku. Nie przy sensacji. Przy stole. Przy chlebie. Przy geście bliskości. Bo stół jest miejscem szczególnym. Stół to nie tylko mebel. Stół to miejsce spotkania. Miejsce rozmowy. Miejsce pojednania. Miejsce powrotu. Miejsce, gdzie człowiek przestaje być obcy. Przy stole człowiek przestaje tylko „być obok”, a zaczyna być „z kimś”. Przy stole nie chodzi tylko o jedzenie. Przy stole chodzi o obecność.

Dlatego tak wiele zależy od naszych stołów. Jak wyglądają nasze stoły w domu? Czy to jeszcze miejsce spotkania? Czy może już tylko miejsce, gdzie stawia się talerz i szybko odchodzi? Czy przy naszym stole jest czas na rozmowę? Na wysłuchanie? Na wspólne bycie? Na chleb łamany z drugim człowiekiem? Bo można mieć wielki dom i pusty stół. Można mieć pełną lodówkę i głodne serca. Można siedzieć obok siebie latami i wcale się nie spotkać.  Chleb w tej Ewangelii też nie jest przypadkowy. Chleb to symbol prostoty. Codzienności. Życia. Ale też otwartej ręki. Bo chleba się nie zaciska w pięści. Chleb się podaje. Chleb się dzieli. Chleb się łamie.

A człowiek, który naprawdę kocha, ma rękę otwartą. Nie zaciśniętą. Nie zamkniętą. Nie kurczowo trzymającą wszystko dla siebie. Otwarta ręka mówi: proszę, weź. Jest dla ciebie miejsce. Jest dla ciebie czas. Jest dla ciebie dobroć. Jest dla ciebie kawałek mojego życia. Zaciśnięta ręka nic nie daje. Otwarta ręka staje się podobna do ręki Chrystusa.

I jeszcze jedno zdanie z tej Ewangelii jest przepiękne: „Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze?” Serce człowieka zaczyna pałać wtedy, gdy spotyka prawdę, miłość i obecność. Nie wtedy, gdy ktoś go osądza. Nie wtedy, gdy ktoś go upokarza. Ale wtedy, gdy ktoś naprawdę jest. Słucha. Rozumie. Podnosi. Ile ludzi dziś ma zimne serca. Nie dlatego, że są źli. Ale dlatego, że nikt z nimi naprawdę nie usiadł. Nikt ich nie wysłuchał. Nikt im nie połamał chleba dobroci. Nikt nie rozgrzał ich serca obecnością. Może dlatego świat jest taki chłodny. Bo jest coraz mniej stołów, przy których ludzie naprawdę się spotykają. Jest dużo ekranów, a mało spojrzeń. Dużo informacji, a mało rozmowy. Dużo rzeczy, a mało chleba podanego z serca. 

A Jezus dziś przypomina: wróć do stołu. Wróć do chleba. Wróć do rozmowy. Wróć do obecności. Bo może Chrystus znowu chce przyjść właśnie tam. Nie w nadzwyczajności. Ale przy zwyczajnym stole. W domu. W rodzinie. We wspólnocie. W Eucharystii. Najpełniej poznajemy Go przecież przy łamaniu Chleba eucharystycznego. To tutaj otwierają się oczy wiary. To tutaj serce zaczyna pałać. To tutaj człowiek odkrywa, że nie jest sam w swojej drodze.

Pewien stary piekarz mieszkał na końcu małego miasteczka. Codziennie rano piekł chleb. Ludzie mówili, że jego pieczywo nie jest najlepsze w okolicy, bo bywają miejsca z bardziej chrupiącą skórką i ładniejszym zapachem. A jednak przed jego piekarnią zawsze stała kolejka. Młody chłopak, który dopiero zaczynał pracę, zapytał go kiedyś: – Jak pan to robi? Inni mają nowocześniejsze piece, lepszą reklamę, piękniejsze witryny. A do pana ludzie wracają codziennie. Staruszek uśmiechnął się i nic nie odpowiedział.

Nazajutrz kazał chłopakowi przyjść bardzo wcześnie rano. Kiedy wyjęli pierwsze bochenki z pieca, piekarz wziął jeden jeszcze ciepły chleb, zawinął w płótno i wyszedł. Szli razem wąską uliczką. Zatrzymali się przy małym, zaniedbanym domu. Starzec zapukał. Otworzyła starsza kobieta. – Dzień dobry, pani Elżbieto. Przyniosłem świeży chleb. Kobieta uśmiechnęła się, a w oczach stanęły jej łzy.

Potem poszli dalej. Następny chleb zaniósł samotnemu wdowcowi. Jeszcze następny rodzinie, której ojciec stracił pracę. Jeden bochenek zostawił przy drzwiach człowieka, z którym od lat był skłócony. Chłopak patrzył zdziwiony. – To pan rozdaje tyle chleba za darmo? Piekarz odpowiedział spokojnie: – Nie za darmo. Za człowieka. – Nie rozumiem. Starzec zatrzymał się i odłamał kawałek jeszcze ciepłego chleba. – Widzisz, synu, ludzie nie wracają tu po mąkę, wodę i drożdże. Wracają po znak, że ktoś jeszcze pamięta, że są. Chleb jest dobry, kiedy jest świeży. Ale serce człowieka jest dobre, kiedy jest otwarte. A otwarte serce poznaje się po tym, czy umie łamać się z innymi.

Po latach, gdy stary piekarz umarł, młody przejął piekarnię. Zmienił piece, odnowił sklep, zrobił nowy szyld. Zostawił jednak jedną rzecz bez zmiany: każdego ranka odkładał kilka ciepłych bochenków dla tych, którzy najbardziej potrzebowali nie chleba, ale czyjejś pamięci. I dopiero wtedy zrozumiał, dlaczego przed tą piekarnią zawsze była kolejka. Bo ludzie przychodzili nie tylko po chleb. Przychodzili po odrobinę serca.

Nie każdy głód da się nakarmić słowami. Nie każde zimno ogrzeje pieniądz. Czasem wystarczy kawałek chleba, miejsce przy stole i człowiek, który naprawdę jest. Tam właśnie najłatwiej rozpoznać Chrystusa.

Może dziś trzeba zadać sobie bardzo proste pytanie: czy przy moim stole jest miejsce dla drugiego? Czy moje ręce są otwarte? Czy moje serce jeszcze potrafi pałać? Czy umiem z kimś usiąść, wysłuchać, podzielić się chlebem, czasem, dobrym słowem? Bo Chrystusa poznaje się nie tylko w wielkich rzeczach. Bardzo często poznaje się Go przy łamaniu chleba. Przy stole. W rozmowie. W obecności. W Eucharystii. I w drugim człowieku. Oby nasze domy nie były tylko miejscem jedzenia, ale miejscem spotkania. Oby nasze stoły nie były tylko pełne potraw, ale pełne miłości. Oby nasze ręce nie były zaciśnięte, ale otwarte. A nasze serca niech pałają, kiedy Chrystus będzie szedł z nami drogą życia. 

Łk 24, 13-35

Poznali Chrystusa przy łamaniu chleba

W pierwszy dzień tygodnia dwaj uczniowie Jezusa byli w drodze do wsi, zwanej Emaus, oddalonej o sześćdziesiąt stadiów od Jeruzalem. Rozmawiali oni z sobą o tym wszystkim, co się wydarzyło. Gdy tak rozmawiali i rozprawiali z sobą, sam Jezus przybliżył się i szedł z nimi. Lecz oczy ich były jakby przesłonięte, tak że Go nie poznali.

On zaś ich zapytał: «Cóż to za rozmowy prowadzicie z sobą w drodze?» Zatrzymali się smutni. A jeden z nich, imieniem Kleofas, odpowiedział Mu: «Ty jesteś chyba jedynym z przebywających w Jerozolimie, który nie wie, co się tam w tych dniach stało».

Zapytał ich: «Cóż takiego?»

Odpowiedzieli Mu: «To, co się stało z Jezusem Nazarejczykiem, który był prorokiem potężnym w czynie i słowie wobec Boga i całego ludu; jak arcykapłani i nasi przywódcy wydali Go na śmierć i ukrzyżowali. A my spodziewaliśmy się, że On właśnie miał wyzwolić Izraela. Ale po tym wszystkim dziś już trzeci dzień, jak się to stało. Nadto, jeszcze niektóre z naszych kobiet przeraziły nas: były rano u grobu, a nie znalazłszy Jego ciała, wróciły i opowiedziały, że miały widzenie aniołów, którzy zapewniają, iż On żyje. Poszli niektórzy z naszych do grobu i zastali wszystko tak, jak kobiety opowiadały, ale Jego nie widzieli».

Na to On rzekł do nich: «O, nierozumni, jak nieskore są wasze serca do wierzenia we wszystko, co powiedzieli prorocy! Czyż Mesjasz nie miał tego cierpieć, aby wejść do swej chwały?» I zaczynając od Mojżesza, poprzez wszystkich proroków, wykładał im, co we wszystkich Pismach odnosiło się do Niego.

Tak przybliżyli się do wsi, do której zdążali, a On okazywał, jakby miał iść dalej. Lecz przymusili Go, mówiąc: «Zostań z nami, gdyż ma się ku wieczorowi i dzień się już nachylił». Wszedł więc, aby zostać wraz z nimi. Gdy zajął z nimi miejsce u stołu, wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał go i dawał im. Wtedy otworzyły się im oczy i poznali Go, lecz On zniknął im z oczu. I mówili między sobą: «Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał?»

W tej samej godzinie zabrali się i wrócili do Jeruzalem. Tam zastali zebranych Jedenastu, a z nimi innych, którzy im oznajmili: «Pan rzeczywiście zmartwychwstał i ukazał się Szymonowi». Oni również opowiadali, co ich spotkało w drodze i jak Go poznali przy łamaniu chleba.


[1] Opowiadanie pt. „Mąka”

Total
0
Shares
(fot. pixie_bebe / flickr.com / CC BY-ND 2.0)

Na dobranoc i dzień dobry – Łk 24, 13-35

Zastali wszystko tak, jak kobiety opowiadały… Uczniowie z Emaus W pierwszy dzień tygodnia dwaj uczniowie Jezusa byli w…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Może spodoba Ci się też...